Mam wrażenie, że większość rytualnych praktyk, które znam, zakłada pełną gotowość, skupienie, wewnętrzną harmonię. A co z tymi momentami, kiedy zaczynasz rytuał i po chwili w głowie pojawia się: "robisz to źle", "za słabo się skupiasz", "tamten ruch był niezgrabny"? Dla mnie to jest realny problem, nie filozoficzny. Chodzi mi o to, czy w ogóle da się zbudować rytuał, który zamiast wymagać od siebie perfekcji, pozwala po prostu być, bez oceniania każdego kroku. Może ktoś świadomie to wbudował w swoją praktykę?
To jest temat, o którym rzadko się mówi wprost, a siedzi w połowie rozmów o praktyce. Mnie zajęło sporo czasu, zanim przestałam traktować własne rytuały jak egzamin. Nie mam gotowego przepisu, ale zaczęłam od czegoś małego: wybrałam jeden konkretny gest w rytuale, który miał być celowo niedoskonały. Nie symboliczny, nie głęboki, po prostu zrobiony byle jak. I zauważyłam, że nic się nie posypało. To było dla mnie ważne, bo zrozumiałam, że perfekcjonizm to mój nawyk, a nie wymóg samego rytuału.
Ja się zastanawiam, czy problem nie leży wcześniej, jeszcze przed samym rytuałem. Jeśli wchodzę z nastawieniem "muszę to dobrze zrobić", to ocenianie jest już z góry zaprogramowane. Próbowałam kiedyś robić krótką "bramkę" przed właściwym rytuałem - kilka minut tylko na to, żeby sprawdzić, z jakim wewnętrznym komentarzem wchodzę. Nie żeby go usunąć, ale żeby przynajmniej wiedzieć, że jest. Nie zawsze pomagało, ale przynajmniej nie zaskakiwało mnie to w połowie.
A mnie zastanawia coś innego w tym, co piszecie. Mówicie o radzeniu sobie z ocenianiem w trakcie rytuału, ale czy sam rytuał może być zbudowany tak, żeby od razu nie wywoływał tej presji? Bo może problem jest też w tym co wybieramy. ojej, Skomplikowane rytuały z wieloma krokami do zapamiętania chyba z definicji prowokują do oceniania, czy się robi to dobrze.
Czytam tę dyskusję i mam pytanie, które mi chodzi po głowie od początku: czy zawieszenie oceny to w ogóle cel sam w sobie, czy środek do czegoś? Bo jak myślę o swoich najlepszych praktykach, to nie były te, podczas których przestałam się oceniać. Były te, podczas których ocenianie po prostu przestało być ważne, bo byłam czymś pochłonięta. To jest dla mnie różnica.
U mnie zadziałało powtarzanie. Rytmiczne, manualne czynności: owijanie sznura, rysowanie okręgów, skandowanie tego samego fragmentu. Nie dlatego, że "tak trzeba", ale dlatego, że rytm fizyczny gdzieś zagłuszał wewnętrzny komentarz. Badania nad ASMR i monotonnym ruchem potwierdzają, że powtarzalne działania obniżają aktywność tej części mózgu odpowiedzialnej za samoocenę - nie pamiętam nazwy, ale to ten region przy zakręcie obręczy. Znalazłam to kiedyś jeśli chodzi o medytacji uważność, nie rytuałów, ale mi się to połączyło.
Wchodzę tu trochę z boku, bo temat mnie zaczepił. W tradycji apofatycznej - tej, która zakłada, że bliżej prawdy jest milczenie niż opis - jest podobny mechanizm. Nie po to, żeby wyciszyć ocenianie, ale żeby pozbawić go gruntu. Jak nie masz czego nazwać, nie możesz tego źle zrobić. Niektóre tradycje buddyjskie robią to przez koan - zadanie bez logicznej odpowiedzi, żeby umysł analityczny sam się zmęczył. Nie twierdzę, że to przepis na rytuał, ale czy ktoś próbował czegoś w tym rodzaju? Celowo wejść w coś, co nie ma "właściwej" formy, właśnie po to, żeby ocenianie nie miało punktu zaczepienia?
Czytam to i mam mieszane odczucia. Z jednej strony zgadzam się, że perfekcjonizm potrafi zupełnie rozłożyć praktykę 🙁 Z drugiej - jak słyszę o celowym robieniu czegoś "byle jak" albo o rytuale bez formy, to mam wrażenie, że wchodzimy w strefę, gdzie traci się coś istotnego. Nie dlatego, że rytuał musi być technicznie bezbłędny, ale dlatego, że intencja i skupienie to nie to samo co ocenianie. Czy naprawdę chcemy wyłączyć ocenianie, czy może raczej zamienić ocenianie-jako-karanie na coś w rodzaju uważnego bycia świadkiem siebie?
Tak, mam na to coś konkretnego. Przed rytuałem mówię sobie jedno zdanie, zawsze to samo: "cokolwiek tu przyniosę, jest wystarczające". Nie afirmacja w stylu motywacyjnego plakatiku, tylko coś w rodzaju ustawienia intencji. Żeby głos świadka był naprawdę neutralny, a nie tylko bardziej uprzejmą wersją krytyki. Nie zawsze to wychodzi, ale samo wypowiedzenie tego zdania robi robotę jako sygnał dla siebie samej.
Mogę zapytać o coś głupiego? Czytam tę rozmowę i trochę się gubię. Rozumiem ocenianie siebie w sensie: 'no dobra, ale dlaczego miałoby to w ogóle wychodzić w rytuałach? W sensie - czy to nie jest po prostu problem z samooceną w ogóle, który pojawia się przy wszystkim co robimy? Albo rytuały jakoś specjalnie to wyostrzają?
Dołączam się tutaj, bo to co pisze Runiarka o powtarzalnych ruchach i Mistique o byciu świadkiem, te dwie rzeczy się u mnie splatają. W pracy z ciałem, którą robię, jest taki moment, który nazywam "oddaniem inicjatywy ciału". Chodzi o to, że przestajesz reżyserować każdy ruch i pozwalasz, żeby ciało samo dokończyło gest. To nie jest brak kontroli, to jest inny rodzaj prowadzenia. I w tym miejscu ocenianie zazwyczaj milknie, bo nie ma już podmiotu, który miałby coś oceniać. Ciekawa jestem, czy ktoś miał coś podobnego w kontekście rytualnym, nie koniecznie przez pracę z ciałem.
Chcę wejść w ten wątek z nieco innej strony. dużo tu o wyciszaniu krytycznego głosu, ale może pytanie powinno brzmieć inaczej: skąd bierze się ten głos akurat w kontekście rytuału? Bo u mnie nie pojawia się tak samo przy każdej praktyce. Pży pewnych rytuałach wchodzę jak w wodę, przy innych cały czas jakaś część mnie komentuje. Różnica nie była w moim nastawieniu danego dnia, ale w tym, czy czułem się z daną formą swojsko, czy był jakiś element "obcości" albo zapożyczenia z tradycji, która nie jest do końca moja. jak pracuję z czymś, co mam głęboko zinternalizowane, ocenianie po prostu nie ma miejsca. Może więc zamiast waczyć z ocenianiem, warto zapytać: co jest źródłem tego poczucia, że coś powinienem robić "właściwie"?
Czytam tę rozmowę i uderza mnie coś przy runach. Jak losuję je dla siebie i dla pytania, które jest dla mnie naprawdę ważne, to zanim jeszcze zacznę interpretować, już ocneiam sam układ. "Za dużo Merkstav, to źle wróży". I to ocenianie dzieje się jeszcze przed rytuałem w sensie ścisłym. Czy ktoś ma podobnie, że krytyk wchodzi już na etapie przygotowania albo pierwszego sygnału?
no dobra, to jest dobre pytanie, ale chcę je nieco odwrócić. Czy oczekiwanie zawsze jest problemem? Mam wrażenie, że czasem jest po prostu intencją, która trzyma kierunek. Problem zaczyna się, kiedy oczekiwanie zamienia się w wymaganie - kiedy nie "chcę, żeby coś się wydarzyło", tylko "musi się wydarzyć, bo inaczej zrobiłam to źle". Gdzie ty u siebie widzisz tę granicę?
Wchodzę tu, bo to wróciło do wątku, który mnie też nie opuszcza. jest praktyka z tradycji islamskiej mistyki - muraqaba - która jest dokładnie ćwiczeniem w obserwacji bez interwencji. Nie chodzi o to, żeby zatrzymać myśl oceniającą, tylko żeby ją zobaczyć i nie działać na jej podstawie. Różnica jest subtelna, ale w praktyce ogromna: nie walczysz z krytykiem, tylko przestajesz go słuchać jako wyroczni. Mam wrażenie, że wiele osób próbuje uciszyć głos, zamiast go zdegradować w hierarchii.
Przepraszam, że wchodzę z czymś tak podstawowym, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie o obserwowaniu głosu oceniającego bez reagowania na niego - ale jak to wygląda dosłownie? Czy po prostu kontynuujesz rytuał, jakby ten głos był radiem w tle, czy robisz coś konkretnego, żeby go "odsunąć"?
Chcę wrócić do wątku z Malwinią o szybkim wejściu, bo to mi dało do myślenia. Astrologia praktyczna ma coś podobnego - są techniki, gdzie nie analizujesz wykresu w nieskończoność przed wyroczną, tylko dajesz sobie ograniczony czas i wchodzisz. Podobno dokładność rośnie, bo intuicja działa zanim analityczny umysł zdąży wszystko skwasić. Zastanawiam się, czy to ta sama mechanika.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno małe spostrzeżenie. Dużo tu o tym, jak wyciszyć ocenianie albo je obejść. Ale nikt nie powiedział wprost: czy po udanym rytuale, gdzie głos milczał, czujecie coś innego jakościowo? Czy to jest inny rodzaj zmęczenia, spokoju, czy może po prostu nic szczególnego?
To rozróżnienie między rytuałem a teatrem jest ważne, ale może nie tam, gdzie je lokalizujesz. Teatr w rozumieniu Victora Turnera i jego "rites of passage", też jest rytuałem - performatywność nie wyklucza skuteczności symbolicznej. Pytanie, które mi się tu nasuwa, jest innne: czy twoja wątpliwość co do "prawdziwości" pojawia się przed wejściem, czy właśnie jest produktem głosu oceniającego w trakcie? Bo to są dwie zupełnie różne sytuacje.
Wchodzę tu, bo przy pracy energetycznej też to mam - tę potrzebę świadka :/ Rozwiązałam to przez prowadzenie zapisu w trakcie, ale nie narracyjnego, tylko skrótowego, niemal symbolicznego. Kilka słów które piszę zanim zacznę i po. Daje mi to poczucie, że jest ktoś - ja sama, ale z zewnątrz - kto to widzi. Krytyk trochę cichnie, bo "protokół jest prowadzony". Nie wiem czy to działa na poziomie energetycznym, ale na poziomie psychologicznym na pewno.
Przepraszam, że znowu przerywam z czymś może naiwnym, ale chcę się upewnić. Mówimy teraz o prowadzeniu czegoś w rodzaju dziennika jako sposobie na wyciszenie głosu oceniającego? I to naprawdę pomaga, nie tylko jako placebo? Bo dla mnie to brzmi trochę jak "robię notatki, żeby nie myśleć" co nie bardzo ma sens w mojej głowie.
To przekonanie, że "skoro robię, to muszę robić dobrze" - to jest chyba najbardziej powszechny mechanizm i najbardziej nieuchwytny. Bo jest zaszyty głębiej niż rytuał. o matko, rytuał go tylko wyciąga na powierzchnię, bo jest miejscem, gdzie nie możesz uciec do działania.
Zatrzymuję się na tym pytaniu o uczciwość wobec tradycji, bo ono wydaje mi się ważniejsze niż na pierwszy rzut oka. Ojcowie Kościoła mieli na to termin - "akribeia" (ścisłość) i "oikonomia" (rozeznanie), które były w ciągłym napięciu. Akribeia to pełne przestrzeganie litery, oikonomia to dostosowanie do człowieka i okoliczności ojej spory o to, które jest ważniejsze, trwały wiekami i nie zostały rozstrzygnięte jednoznacznie nawet w teologii. Więc pytanie Runiarski jest stare jak forma rytuału.
Właśnie to rozróżnienie - refleksja po kontra komentarz w trakcie - jest czymś, co próbuję u siebie ćwiczyć. Przy pracy z ciałem energetycznym zauważyłam, że komentarze w trakcie prawie zawsze są dezorientujące. Natomiast po - potrafię zobaczyć coś użytecznego. Ale żeby to po było możliwe, muszę przez czas rytuału jakoś zarządzić tym w trakcie. I tu wracam do pytania, które chyba jest rdzeniem tego wątku: jak?
Hm, ale to trochę mi nie gra. Przy pracy z czakrami też stosuję zappis, ale on bywa bardzo oceniający, bo czakry mają stan - otwarta, zablokowana, przeciążona. To są już oceny, nawet jeśli techniczne. I nie przeszkadzają mi one w trakcie, wręcz pomagają, bo mam schemat. Może to zależy od typu pracy?
Wracam do wątku Ametystki.2, bo mi coś nie daje spokoju. Napisałaś, że przy rytuałach, które robisz od dawna, wchodzisz bez wątpliwości. Czy to oznacza, że dawność samo w sobie wycisza krytyka? Jeśli tak - to może odpowiedzią na to, z czym przyszłaś na ten wątek, jest po prostu czas?
Faktycznie chodzi mi o coś trochę innego niż tylko wyciszenie. Czytając tę rozmowę, zaczynam myśleć, że łaskawość w rytuale nie polega na tym, żeby czegoś nie słyszeć - tylko na tym, żeby to, co słyszę, nie miało prawa do ostatniego słowa. Że mogę zrobić coś niedoskonale i to wciąż będzie rytuał, nie jego karykatura.
