Nie wiem jak to napisać, żeby nie wyszło za głupawo, ale od jakiegoś czasu mam poczucie, że się zgubiłam. Nie chodzi o jakiś jeden dramat, bardziej o to, że kilka rzeczy zmieniło się naraz - praca, relacja, przeprowadzka - i w pewnym momencie spojrzałam w lustro i pomyślałam, że nie wiem za bardzo kto tam stoi. Brzmi może abstrakcyjnie. Znajoma wspomniała, że rytuały mogą w czymś takim pomóc, bo pomagają "zakotwiczać się" w sobie, ale nie rozumiem jak to ma działać. Znaczy - jak zapalenie świecy albo jakiś tam rytuał miałoby mi powiedzieć kim jestem? Czy ktoś przez to przechodził?
To wcale nie brzmi głupawo, wręcz przeciwnie. Ja miałam podobny moment po tym, jak skończyłam długi związek i jednocześnie zmieniłam pracę. Jakby wszystkie punkty odniesienia nagle zniknęły. Zaczęłam wtedy robić proste rzeczy codziennie rano - herbata, chwila ciszy czasem zapisanie jednej myśli. Nie wiem czy to "rytuał" w pełnym znaczeniu, ale ta powtarzalność naprawdę coś robiła 🙂 Dawała poczucie, że są rzeczy, które robię bo chcę, nie dlatego że ktoś oczekuje. I to zaczęło składać się w jakiś obraz siebie.
Różnica jest i to spora. Regularne parzenie kawy jest nawykiem. Rytuał zakłada intencję - robisz coś w określony sposób w określonej chwili, z pełną uwagą skierowaną na to co chcesz wzmocnić albo przetworzyć. W tradycjach, na których się wychowałam, rytuały przejścia miały konkretny cel: pomóc człowiekowi "przeprowadzić się" z jednej wersji siebie do drugiej. Nie dlatego, że zapalona świeca zmienia rzeczywistość sama z siebie, ale dlatego, że twój umysł dostaje sygnał: zamykam tamto, otwieram to. oj czy to rozróżnienie ma dla ciebie sens?
To co Gizelka opisuje faktycznie ma oparcie w bardziej tradycyjnym podejściu do run - w staroskandynawskiej tradycji samo wypowiedzenie imienia czy atrybutu było aktem tworzącym, nie opisującym. Galdrowie śpiewali runy właśnie po to żeby coś powołać do istnienia, nie żeby opisać to co już jest. Więc ta intuicja z "nazywaniem siebie" jest zaskakująco blisko źródła.
Biała przestrzeń za ostatnią strona - to dobre określenie i myślę, że wiele osób na tym forum by się pod tym podpsało. ehh, chcę jednak zapytać, bo to ważne dla doboru rytuału: czy ta "biała przestrzeń" jest dla ciebie raczej spokojna, czy raczej niepokojąca? Bo to zmienia podejście. Inaczej pracuje się z zamknięciem, inaczej z oczekiwaniem.
Właśnie, i to jest klucz którego wiele osób szuka w złej kolejności. Ale mam pytanie do Teodorki03 - napisałaś że wiesz co chcesz puścić. Czy to są rzeczy zewnętrzne, jak praca, miejsce, relacja? Czy jest w tym też coś wewnętrznego, jakaś wersja siebie, jakiś sposób funkcjonowania, który też odpuszczasz razem z tym?
To co napisałaś o tej "wersji siebie, która kontrolowała" - to jest bardzo konkretny materiał do rytuału. I to właśnie ten rodzaj pożegnania jest najtrudniejszy, bo żegnasz nie miejsce ani pracę, tylko sposób bycia. Mam pytanie, bo to ważne dla tego co mogłoby mieć sens: czy to była tożsamość z wyboru, czy raczej coś co narosło z konieczności?
A przepraszam, bo może jestem tu jedynym który nie wie co to Van Gennep - to jest jakaś konkretna tradycja czy bardziej teoria? Bo zaczyna to brzmieć jak antropologia, nie ezoteryka. Nie mówię że źle, po prostu chcę wiedzieć skąd to pochodzi.
To jedno nie wyklucza drugiego i myślę, że właśnie dlatego rytuały działają niezależnie od tego czy ktoś jest wierzący czy nie. Mechanizm psychologiczny i symboliczny mogą być jednym. Zresztą sami terapeuci zaczynają to dostrzegać - jest coraz więcej pracy z rytuałem w nurcie narracyjnym, na przykład u Michaela White'a i Davida Epstona. Oni dosłownie proponowali klientom tworzenie ceremonii pożegnania starych tożsamości.
To bardzo dobre pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi ale mam pewną obserwację: czesto wiemy, że zamknięcie "zadziałało" nie dlatego że poczujemy ulgę, ale dlatego że przestajemy wracać myślami do tego co zamykaliśmy. Nie z siłą, nie ze strachem - po prostu coraz rzadziej. Czy to jest coś, czego możesz szukać u siebie?
To co napisałaś Teodorka o utracie kontaktu z własnym czuciem - to jest bardzo istotna rzecz i właśnie dlatego pytałam wcześniej o te wewnętrzne zasoby. Bo rytuał zbudowany na intuicji działa zupełnie inaczej niż rytuał zbudowany na zewnętrznej strukturze. Jeśli teraz nie ufasz swojemu odczuwaniu, może warto zacząć od czegoś co jest bardzo proste i mierzalne - nie "poczujesz kiedy", tylko konkretny czas, konkretna forma. Czy miałaś kiedyś doświadczenie z jakimś rytuałem, nawet małym, gdzie naprawdę coś poczułaś?
To jest dokładnie to o czym myślałam kiedy czytałam całą tę rozmowę. Ogień działa inaczej niż inne żywioły przy pożegnaniach. Sama robiłam podobną rzecz po przeprowadzce, kiedy zostawiałam tam naprawdę duży kawał swojeggo życia. Napisałam co zostawiam, nie co tracę - to była drobna różnica w słowach ale zmieniała całą intencję. Że to jest mój wybór, nie moja strata.
To co opisuje Rumianek79 ma analogię w nordyckiej praktyce seiðr - tam też część pracy działa się na poziomie intencji i słowa, zanim w ogóle doszło do fizycznego działania. Ale mam pytanie do Teodorki, bo to ważne: tamten rytuał ze spalaniem był samotny czy w obecności kogoś? To nie bez znaczenia jeśli chodzi o to jak budować coś teraz.
I właśnie to jest ciekawe w kontekście tematu Teodorki, bo ona teraz nie ma zewnętrznej wspólnoty która mogłaby "zatwierdzić" zmianę. Mówiła że te zmiany były w pracy, w życiu - czyli struktura społeczna się posypała. Rytuał dla siebie samej może być wtedy jedyną możliwą formą, ale też trudniejszą, bo nie ma zewnętrznego lustra.
Czytam tę rozmowę i myślę o czymś innym. Teodorka mówiła na początku że nie wie kim jest. I teraz zastanawiam się - czy to pytanie "kim jestem" jest dobrym punktem startowym do rytuału, czy jednak lepiej zacząć od "czego mi brakuje" albo "co zostało". Bo "kim jestem" jest tak szerokie że można się w nim zgubić.
Tak. i to jest naprawdę dobry materiał - nie abstrakcyjny, tylko prawdziwy. Herbata, mapy, spacer - to są rzeczy które są twoje niezależnie od tego co się zmieniło wokół. Znam podejście w którym rytuał buduje się właśnie z takich drobnych, stałych elementów - nazywa się je "anchors", kotwice tożsamości. Chodzi o to że nawet jeśli wszystko inne się zmienia, te małe codzienne rzeczy mówią: jesteś tu, jesteś sobą.
Ten "rok zerowy" o którym pisze Runiarka to ciekawe pojęcie, ale mam wrażenie że numerologia trochę tu upraszcza. bo cykl dziewięcioletni zakłada że wszyscy wchodzimy w zmianę w tym samym rytmie, a przecież Teodorka nie zaczęła tracić tożsamości dlatego że przypadło jej konkretne liczenie - tylko dlatego że jej życie faktycznie się posypało. Co wtedy? Jak numerologia sobie radzi z tym że rzeczywistość nie czeka na właściwy rok?
Wracając do Teodorki i tego co napisała o herbacie i mapach - zastanawiam się nad czymś. Ona sama znalazła te rzeczy nie były jej podpowiedziane. To znaczy że gdzieś głębiej wie co jest jej. Może pytanie nie brzmi "kim jestem" tylko "jak to zebrać w całość"? I czy rytuał może być właśnie tym zbieraniem?
Jagodzianka, to mnie zatrzymało. Bo faktycznie te rzeczy po prostu są - nie musiałam ich szukać, po prostu wyszły same kiedy o tym pisałam. Ale jak to zebrać w całość to właśnie nie wiem. Czy rytual może wyglądać tak że... po prostu robię te rzeczy ale świadomie? Tzn. herbata zamiast być herbatą staje się czymś więcej?
Tak, dokładnie w tym kierunku. To się nazywa różnie w różnych tradycjach, ale zasada jest podobna - gest codzienny podniesiony do rangi intencji. Japońska ceremonia herbaty to jest właśnie to: te same ruchy, te same składniki, ale w towarzystwie świadomości. Nie musisz nic wymyślać od zera. możesz wziąć to co już robisz i zapytać siebie w trakcie: co to dla mnie znaczy. I nie oczekiwać odpowiedzi od razu 🙂
To jest świetne pytanie Gizelki. bo z tego co obserwuję - i u siebie i u innych - często intencja przychodzi przez powtórzenie, nie przed nim. Ciało zapamiętuje, zanim głowa zdąży zrozumieć. I może właśnie o to hodzi w rytuałach budowanych z codziennych rzeczy - nie wchodzisz w to z gotową teorią, tylko pozwalasz żeby praktyka coś pokazała.
Myślę że to poczucie przychodzi samo, choć to brzmi mgliście. Pamiętam że u mnie był taki moment - robiłam to samo co zawsze, ale nagle coś się zmieniło w środku. Trudno to opisać inaczej niż że zaczęłam to odczuwać jako swoje, a nie jako przyzwyczajenie. Może to właśnie jest odpowiedź na pytanie Kamilki - nie ma wyraźnej granicy, ale jest moment gdy się po prostu wie.
Chcę wejść z czymś konkretnym. W tradycji nordyckiej mamy pojęcie seiðstafr - laski lub słupa, który służył jako fizyczny punkt skupienia podczas praktyki. Ale ważniejsze jest to, że seiðr jako całość zakładał wielokrotne wejście w ten sam stan, tą samą ścieżką. powtarzalność nie była nudą - była warunkiem. Teodorka już ma swoje ścieżki: herbata, mapy, spacer. Pytanie czy jest gotowa żeby je potraktować poważnie jako punkt wyjścia, a nie tylko jako tło.
no i, Np. robisz herbatę i w tym czasie nie robisz nic innego. Nie patrzysz w telefon, nie myślisz co będziesz robić za godzinę. Tylko herbata. i może jedno pytanie do siebie - jedno nie pięć. Na przykład: co dziś jest moje? Nie szukasz odpowiedzi. Zadajesz pytanie i pozwalasz żeby ciało usiadło z tym. To jest sposób na podniesienie zwykłej czynności do funkcji rytuału.
Dokładnie to miałam na myśli kiedy pisałam o odosobnieniu przy spalaniu. To nie był wielki gest - byłam sama było cicho. Ale ta cisza była celowa. I myślę że Teodorka już to intuicyjnie robi - mówiła że lubi chodzić przed snem. Spacer przed snem to już jest coś, co ją wydziela z reszty dnia. Może nie potrzeba więcej elementów, może potrzeba tylko tej świadomości że to już działa.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Wszyscy mówicie o rytuałach jako czymś co Teodorka ma budować sama. Ale czy nie ma jakiegoś systemu - czakry, bioenergoterapia cokolwiek - który mówi co się blokuje kiedy człowiek traci poczucie kto jest? Bo może to nie jest kwestia rytuału tylko czegoś co jest zablokowane energetycznie.
To zależy od tradycji, ale jest kilka powtarzających się motywów. Częste jest fizyczne oznaczenie siebie - nie w sensie tatuażu, choć i to bywa, ale np. namaszczenie olejkiem założenie czegoś co się wybrało świadomie, położenie ręki na sercu i powiedzenie swojego imienia. Brzmi prosto, ale to właśnie ta prostota jest tu ważna. Ciało potrzebuje konkretnego gestu, nie abstrakcji.
