Nie wiem czy dobrze trafiłam z tym pytaniem w tę kategorię, ale może ktoś mi pomoże. Od dłuższego czasu mam problem z tym, że kiedy patrzę w lustro, czuję się jakbym patrzyła na kogoś obcego. Nie chodzi o to, że mam jakieś poważne zaburzenia czy coś - po prostu nie lubię tego co widzę i mam wrażenie, że to "ja" w lustrze to nie jestem naprawdę ja. Zastanawiam się czy jakiś rytuał mógłby mi pomóc to przepracować, zmienić sposób w jaki siebie postrzegam. Czy w ogóle coś takiego istnieje? Czy to ma sens jako temat do pracy rytualnej?
To ma bardzo dużo sensu jako temat rytualny, spokojnie. Praca z lustrem to jedna z najstarszych form pracy z tożsamością - jest w tradycjach szamańskich, w niektórych nurtach wicca, nawet w praktykach tantrycznych, choć tam wygląda zupełnie inaczej. Ale zanim zacznę cokolwiek proponować - to uczucie obcości wobec swojego odbicia, to pojawia się cały czas czy w jakichś konkretnych momentach? Bo to dosyć ważne przy doborze podejścia.
Ja robiłam kilka lat temu co się nazywa "mirror gazing" - wpatrywanie się w lustro przy świecy przez dłuższy czas. To nie jest nic nowego, Franz Bardon opisywał to w swoich pracach, ale też jest w dużo starszych tradycjach. U mnie efekt był dziwny - najpierw twarz zaczyna się "rozmywać" co jest normalnym efektem optycznym przy takim patrzeniu, a potem przez chwile widziałam siebie zupełnie inaczej. Ale uwaga - to nie jest coś co robisz raz i czujesz się super. To praca na tygodnie 🙂
To o czym mówi Chalcedonka ma podstawy w psychologii percepcji, nie tylko w ezoteryce. Jest takie zjawisko, które bada się od lat 90. - Giovanniego Caputo eksperymenty z lustrem, gdzie badani wpatrywali się we własne odbicie przez 10 minut w słabym oświetleniu. Efekty były dość dramatyczne - twarze zmieniały się, pojawiały się obce rysy, zwierzęta, przodkowie według relacji badanych. Caputo interpretował to przez dysonans między oczekiwanym obrazem a rzeczywistym sygnałem wzrokowym. W kontekście rytualnym można to czytać jako "rozluźnienie" sztywnego obrazu siebie.
No właśnie to jest kluczowe pytanie. Caputo i potem inni, m.in. z Università di Bologna, sugerowali że ten efekt pokazuje jak bardzo nasz normalny obraz siebie w lustrze jest KONSTRUKTEM - nie rzeczywistością. Gdy ten konstrukt się rozpada, pojawia się przestrzeń. Ale zgadzam się, że to nie dla każdego i nie na każdym etapie. Jeśli masz silną niechęć do swojego odbicia, wejście w stan rozmycia może być trudnym doświadczeniem. Są inne podejścia 😉
Ja bym tu dorzuciła coś z zupełnie innej tradycji. W hinduskiej koncepcji "ahankary" - ego rozumianego dosłownie jako "ten który mówi ja" - problem z obrazem siebie wynika z tego, że utożsamiamy się z ciałem jako pierwszą warstwą tożsamości, zamiast z czymś głębszym. Niektóre sadhany, czyli praktyki rytualnej transformacji, zaczynają od systematycznego "cofania" identyfikacji z ciałem właśnie po to, żeby się z nim potem na nowo spotkać, ale już z innej pozycji. Brzmi abstrakcyjnie, ale w praktyce wygląda dość konkretnie.
Słuchajcie, bo ja tu jestem raczej sceptyczna wobec całej tej magii, ale to co piszecie mnie zastanawia. Bo czy to nie jest tak, że te rytuały po prostu działają jak terapia? Że nie ma tu żadnego mistycznego mechanizmu, tylko skupienie uwagi, intencja, symbolika - i to razem zmienia sposób myślenia? Pytam serio, bo nie rozumiem gdzie ma być granica między "rytuałem" a po prostu "medytacją z rekwizytem".
Mam pytanie do Nikity, bo chcę lepiej zrozumieć sytuację. Piszesz, że nie lubisz siebie w lustrze - czy to jest coś co czujesz wobec całego ciała, czy jest jakiś konkretny element który "odpycha"? Pytam bo praca rytualnie z konkretnym fragmentem a z całościowym obrazem siebie to dwie różne rzeczy. Przy czakrach np praac z solar plexus to zupełnie inny kierunek niż praca z czakrą gardła.
To jest bardzo ważne co teraz napisałaś - "obraz jest dowodem na coś co jest ze mną nie tak". Czyli lustro nie jest problemem. jest tylko ekranem na którym wyświetla się przekonanie które już maszz o sobie. I to zmienia całkowicie podejście do rytuału. Nie praca z lustrem jest tu potrzebna - praca z tym przekonaniem. A to już jest inna historia.
Myślę, że Bard pyta o to z konkretnego powodu. W pracy z tożsamością - nieważne czy to przez rytuał, czy bez - jest duża różnica między przekonaniem, które jest jak stara blizna po jednym zdarzeniu, a takim które jest warstwowe, nawarstwiało się latami. Te drugie są trudniejsze, bo nie ma jednego miejsca do "przepracowania". Ale jednocześnie rytuał może działać bardziej powierzchniowo - po prostu zacząć coś zmieniać, niekoniecznie dotykając korzeni.
Czytam tę rozmowę i coraz bardziej mi się wydaje, że mamy dwie równoległe koncepcje i nie do końca je rozróżniamy. Jedna to praca z krytykiem wewnętrznym - to co Wizjonerka nazywa przekonaniem, które jest na ekranie. Druga to praca z tożsamością jako czymś do czego się traci dostęp. To są różne rzeczy i wymagają różnych podejść. Które z tego jest bliższe temu co czujesz, Nikita?
Hmm. Jeśli mam wybrać, to chyba... bardziej to drugie? Mam wrażenie że gdzieś jest "ja" którym mogłabym być, ale coś stoi między mną a tym. A w lustrze widzę tę barierę, nie siebie. Nie wiem czy to ma sens.
Ma sens, i to dużo. Bo jeśli to jest bariera a nie tożsamość, to praca rytualna to nie jest "pokochaj siebie" - to jest praca z tym co stoi pomiędzy. To zmienia wszystko. Mnie się nasuwa pytanie - czy ta bariera ma jakiś smak emocjonalny? Bo mówisz "coś stoi między mną a tym" i chcę wiedzieć czy to jest wstyd, strach, złość, obcość? Bo to są różne energetycznie rzeczy.
Akurat tu bym nie spieszyła z kategoryzowaniem emocji, bo rytuał nie musi wiedzieć "co to jest" żeby działać. Czasem jak za dużo analizujesz przed rytuałem, to wchodzisz w głowę i wynosisz głowę. Właśnie o tym mówiłam z tym lustrem - ten efekt rozmycia powoduje, że głowa trochę odpuszcza. Może tu nie chodzi o diagnozowanie bariery, tylko o stworzenie sytuacji w której ona chwilowo się obniża.
Przepraszam że wchodzę z czymś może naiwnym, ale zastanawiam się - skąd wiecie co "wymaga inaczej zbudowanego rytuału"? To brzmi jakby istniały jakieś zasady, receptury. Czy to jest spisane gdzieś, czy to jest bardziej intuicja na podstawie doświadczenia? oj bo z zewnątrz to wygląda jakbyście mówili o czymś bardzo konkretnym, a mi się wydaje że to jednak bardziej sztuka niż rzemiosło.
Ja tu czytam i mam pytanie trochę z innej strony. Wspominałyście wcześniej o afirmacjach przy lustrze, i o tym że to nie działa albo działa inaczej niż się oczekuje. Czy ktoś wie dlaczego konkretnie afirmacje przy lustrze mają inny efekt niż pisane czy mówione bez lustra? Zastanawia mnie to bo słyszałam że wzrokowy kontakt z własną twarzą aktywuje inny rodzaj przetwarzania.
O nie, właśnie to robiłam przez kilka miesięcy. I rzeczywiście nie pomagało, a chyba było gorzej 😀 Czyli robiłam coś co aktywnie szkodziło?
Nie powiedziałbym "szkodziło" - to za mocne słowo. raczej - nie trafiałaś w mechanizm. Afirmacja działa kiedy jest trochę poniżej progu przekonania, nie kiedy go przeskakuje. To znaczy jeśli mówisz "jestem piękna" a twój wewnętrzny krytyk odpowiada "kłamstwo", to walczysz sama ze sobą. Ale jeśli powiesz coś w stylu "mam prawo tu być" - to jest mniejszy skok i trudniej to zanegować. W pracy rytualnej jest podobna zasada, nie wchodzisz z całą siłą od razu.
no dobra, właściwie to mnie zastanawia jedno - dużo tu mówicie o przekonaniach, o mózgu, o psychologii. To jest rytuał czy terapia? Nie mówię tego złośliwie, naprawdę pytam. Bo mam wrażenie że to się tu miesza i nie wiem czy to dobrze czy źle.
Czytam tę dyskusję i mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiłyśmy Nikitę. Ona pisała o lustrze, o tym że widzi barierę, a my już jesteśmy w słowiańskiej witalności tozsamości. Nie mówię że to bez sensu, ale - czy to wszystko się jakos przekłada na coś konkretnego co ona może zrobić? Naprawdę pytam, nie zarzut.
Przy lustrze jest najgorzej, ale nie tylko. Czasem jak ktoś mi robi zdjęcie albo jak słyszę swój głos nagrany. Jakbym patrzyła na kogoś obcego i nie mogła się z nim zgodzić. Nie wiem czy to pomaga zawęzić temat.
To jest bardzo konkretna informacja, bo mówisz o percepcji siebie przez zmysły - wzrok, słuch. To nie jest sprawa abstrakcyjnego "nie lubię siebie", to jest coś co dzieje się w momencie kontaktu z własnym odbiciem albo dźwiękiem. Jest nawet termin na to - "mirrorgazing distress", choć to nie jest diagnoza bardziej opis zjawiska. I to akurat ma znaczenie dla tego jak buduje się rytuał, bo inaczej pracujesz z przekonaniem, a inaczej z tym konkretnym dyskomfortem sensorycznym.
Właściwie to co Trzygłow opisuje z tym lustrem to się zgadza z tym co Chalcedonka56 obserwuję u siebie od dawna - że nie można pracy z lustrem robić na siłę. Jak nie lubisz co widzisz, to patrzenie w lustro i recytowanie czegokolwiek to tortura, nie rytuał. Kiedyś próbowałam takiego ćwiczenia z samą sobą - stanęłam przed lustrem bez żadnych słów, żeby po prostu oddychać i patrzeć. Bez oceniania. I to był zupełnie inny efekt niż jakiekolwiek afirmacje.
To co opisujesz ma zresztą podstawy w badaniach nad self-compassion. Kristin Neff pokazała, że samo nakierowanie uwagi na siebie bez oceny - nawet przez kilka minut - zmienia aktywację układu współczulnego. Mózg przestaje traktować własne odbicie jak zagrożenie. To nie jest magia w sensie ezoterycznym, ale mechanizm jest ten sam co w praktykach kontemplacyjnych - i właśnie dlatego rytualne siedzenie przed lustrem w ciszy może robić to czego afirmacja nie robi 😀
Mam pytanie może trochę z boku - czy to co opisujecie to jest rytuał czy ćwiczenie? Bo siedzenie przed lustrem w ciszy brzmi dla mnie jak coś co psycholog mógłby zalecić. Nie mówię że to źle, ale zastanawiam się gdzie jest ta magiczna warstwa, jeśli jest.
W zasadzie tak, choć warto odróżnić rytuał od ćwiczenia uważności. Rytuał ma w sobie element symboliczny - coś oznacza, jest skierowany ku czemuś. W tantrze jnana, gdzie jest praca z samopostrzeganiem, lustro jest używane nie jako medium dla afirmacji, ale jako granica mędzy obserwatorem a obserwowanym. Siedzisz i patrzysz dopóki nie zaczniesz widzieć dwóch - tego któy patrzy i tego który jest widziany. To jest konkretna technika, ma swoją nazwę, trataka, choć w tej formie skierowanej na siebie jest rzadziej omawiana.
Dobra, ale zatrzymajmy się na chwilę przy tym co Opaline powiedziala o różnicy między warstwami. bo jeśli dobrze rozumiem, trataka nie jest po to żeby poczuć się lepiej z własnym wyglądem - ona ma cię przenieść gdzie indziej. Ale Nikita mówiła o bardzo konkretnym problemie: lustro, zdjęcia, nagrany głos. Jak trataka ma się do tego? Czy to nie jest zbyt "wysoko" jak na punkt wyjścia?
