Myśle że Jola ma rację że to różne tryby. Obsesja na przeszłości to szukanie wyjaśnienia którego nie będzie, bo interpretacja zdarzenia nigdy nie jest skończona obsesja na przyszłości to szukanie pewności której nie można mieć. Rytuał domknięcia dobrze działa przy pierwszej, bo możesz nadać zdarzeniu formę i je odłożyć. Przy drugiej to trochę jakbyś domykała coś co się jeszcze nie wydarzyło. Tu bardziej przydałby się rytuał zakorzenienia w teraźniejszości, nie domknięcia. Ale ciekawi mnie czy Wahadlarka sama wyczuwa który tryb jest u niej dominujący, czy to miesza się na zmianę.
Jeśli tak to ujmować, to warto się zastanowić nad rytuałami związanymi dosłownie z zamykaniem. Nie metaforycznie, tylko fizycznie. eh, w różnych tradycjach jest motyw pisania tego co chcesz zostawić za sobą i spalania, zakopywania, zatapiania. To nie jest przypadkowe - chodzi o to żeby umysł miał konkrety do przeprocesowania, a nie abstrakcję. przy obsesyjnej naturze takie fizyczne zakotwiczenie może mieć sens właśnie dlatego że abstrakcja jest zbyt łatwa do przedłużania w nieskończoność.
a nie Perthro zamiast Hagalaz? bo Hagalaz to brzmi jak sprowadzanie chaosu na coś co chcesz domknąć, a Perthro jest bardziej o tym co ukryte i co wychodzi na jaw. albo się mylę?
Dorzucę do tej dyskusji o runach jeszcze jedno - Hagalaz w starszym futharku ma formę sześciokąta, która geometrycznie jest zamknięta. To nie jest bez znaczenia przy pracy z domknięciem. Ale żeby nie wchodzić za głęboko w symbolikę, bo to nie jest tu clou - ważniejsze jest to co powiedziała Marcelinka o prostocie formy. Dla osoby obsesyjnej im mniej decyzji w trakcie rytuału tym lepiej. Decyzje podczas rytuału to zaproszenie dla umysłu żeby zaczął deliberować. A deliberowanie to już pół drogi do pętli.
czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie do Wahadlarki - próbowałaś kiedyś w ogóle zacząć bez planu? Czyli wziąć jeden przedmiot, zapalić jedną świecę i po prostu siedzieć z tą obsesją przez kilka minut, bez scenariusza? Bo mam wrażenie że cały wątek kręci się wokół konstruowania idealnego rytuału a może odpowiedź jest najprostsza z możliwych.
ja to rozumiem czego Willowa szuka ale mam mieszane uczucia. dla mnie osobiście siedzenie z obsesją bez żadnej struktury to jest zaproszenie żeby obsesja zabrała mnie gdzieś bardzo daleko. potrzebuje chociaż minimalnej ramy - nawet jeśli to jest tylko zapalona świeca jako znak że to jest wyznaczony czas. bez tego nie ma początku i końca, jest tylko trwanie.
W tym co tutaj dyskutujecie jest chyba fundamentalny podział na dwa typy podejść do rytuału i one trochę mówią o różnych teoriach tego skąd bierze się skuteczność. Jedno mówi że rytuał działa przez swoją formę - precyzja, powtarzalność, symbolika. Drugie mówi że działa przez intencję i obecność - możesz mieć prostą formę ale być w niej całkowicie. Dla osoby obsesyjnej oba mogą być pułapką z innych powodów. Czy ktoś łączył oba podejścia, czyli precyzyjna forma ale bardzo krótka, z pełną obecnością przez ten krótki czas?
Dobra, to podsumowując gdzie jesteśmy - Wahadlarka ma obsesję głównie na przeszłości, pętla analityczna, potrzebuje domknięcia nie zakorzenienia. Forma prosta i z góry ustalona, żeby nie było przestrzeni na deliberowanie w trakcie. Fizyczne domknięcie, może runy może świeca, byleby rytuał miał jasny koniec. I zacząć od razu z tym co jest, bez szukania idealnych składników. Brzmi jak jakiś kierunek. Wahadlarka, to coś z czego możesz cokolwiek wyciągnąć czy nadal za dużo pytań?
Czytam to co Jola napisała i mam wrażenie że to jest pierwsze podsumowanie które mnie nie przeraża. Zazwyczaj jak ktoś próbuje zebrać wątek to zaczynam się zastanawiać czy czegoś nie pominęliśmy, czy to na pewno trafne, ale tutaj... nie. Chyba dlatego że to jest otwarte, nie zamknięte. Zostało mi jedno pytanie które kręci mi się po głowie po tym co pisała Willowa - co jeśli siedzę z tym bez struktury i zamiast czegokolwiek poczuć, po prostu odpływam w analizę? Bo znam siebie i to jest bardzo realne ryzyko.
i to jest właśnie moment który mnie ciekawi - czy to odpływanie w analizę zaczyna się od razu, czy jest jakiś moment przed nim? Bo jeśli jest, choćby chwila, to może właśnie tam jest coś do zobaczenia. Pytam bo sama przez długi czas myślałam że nie potrafię siedzieć bez struktury, a potem odkryłam że potrafię, ale tylko przez dosłownie dwie minuty. Potem zaczyna się myślenie. I te dwie minuty okazały się ważniejsze niż się spodziewałam.
to co Willowa opisuje z tymi dwoma minutami to jest bardzo znajome. ja to nazywam oknem - jest krótkie i trzeba je złapać zanim zamknie je myśl. i właśnie dlatego uważam że jakaś minimalna rama jest potrzebna, bo bez niej to okno można przegapić przez samą dezorientację. nie musis to być rozbudowany rytuał, ale coś co sygnalizuje ciału: teraz jest czas na bycie, nie na myślenie
sygnał powrotu to jest ciekawe podejście bo zazwyczaj rytuał traktuje się jako punkt startowy, nie jako punkt resetowania w trakcie. to by zmieniało całą logikę - nie robisz rytuału i potem masz efekt, tylko rytuał jest czymś do czego wracasz wielokrotnie podczas jednej sesji. jak kotwica w NLP, tylko z intencją symboliczną a nie tylko neurologiczną
rozpoznałam, i wtedy... odpuściłam mechanizm zupełnie na jakiś czas. to było nieprzyjemne, bo poczułam się bez oparcia. ale paradoksalnie tamten okres bez żadnej struktury nauczył mnie więcej o naturze tej obsesji niż wcześniejsze miesiace pracy z nią. więc może Willowa ma rację z tym siedzeniem bez struktury ale tylko po tym jak już wiadomo że struktura nie działa. nie jako punkt startowy
dorzucę tu coś z innej strony - w tradycji nordyckiej pojęcie "utiseta", czyli dosłownie "siedzenie na zewnątrz", było praktyką polegającą na siedzeniu w ciemności, w ciszy, bez żadnego wcześniej ustalonego scenariusza. robiono to żeby uzyskać odpowiedź lub wgląd. ale to co jest w tej praktyce ciekawe to fakt że była ona z góry ograniczona czasowo i miejscowo. szło się w konkretne miejsce na określony czas i wracało. ta zewnętrzna rama pozwalała na wewnętrzny brak struktury. może to jest klucz - zewnętrzna forma plus wewnętrzna swoboda
w historycznych opisach utisety czas był zazwyczaj wyznaczany zewnętrznie - przez pozycję słońca, księżyca, przez dźwięk (dzwon, kogut). czyli coś z zewnątrz sygnalizowało koniec, nie wewnętrzny timer. to jest ważna różnica. jeśli sama sobie mówisz "pół godziny", to ta pół godziny staje się kolejnym obiektem uwagi. jeśli czekasz na coś zewnętrznego, uwaga jest skierowana na zewnątrz, nie na własne odczucia
i to się łączy z tym co rozmawiałyśmy wcześniej o intencji przed rytuałem. jeśli zewnętrzny sygnał końca jest ustalony z góry i niezależny od ciebie, to całe deliberowanie o tym czy czas właściwy, czy za długo, czy za krótko - odpada. zostaje tylko siedzenie. to naprawdę zmienia jakość tego co jest w środku
ale jak praktycznie zrobić ten zewnętrzny sygnał? bo świeca dopalająca się do końca to jest wersja którą znam, tylko wtedy cały czas patrzę jak szybko się dopala i czy to już koniec 🙂 czy jest coś co nie kusi żeby na nie patrzeć?
zapach jako sygnał końca to jest coś o czym nie myślałam. to ma sens bo zapach jest mniej precyzyjny niż wzrok - nie możesz stwierdzić dokładnie w której chwili zaniknie więc sama próba monitorowania jest skazana na porażkę. paradoksalnie odpuszczasz kontrolę bo nie masz innej opcji. ciekawe czy to działa lepiej dla osób u których obsesja jest głównie wzrokowa i analityczna
ojej no, to zebranie tego co powiedziano - zewnętrzna forma wewnętrzna swoboda, sygnał z zewnątrz, brak wzrokowego monitorowania - to jest spójny szkielet. i widzę w nim wyraźne nawiązanie do tego o czym mówiła Marcelinka na początku z prostotą formalną. one nie są w sprzeczności, Marcelinka mówiła o prostocie symbolicznej, Bernadetkaa o zewnętrznym kontenerze. to się uzupełnia
czytam tę rozmowę i mam pytanie trochę z boku - czy ktoś próbował podejść do obsesji nie przez domknięcie ale przez nadanie jej funkcji? tzn. zamiast gasić tę analityczną pętlę, dać jej coś konkretnego do zrobienia podczas rytuału. coś gdzie obsesja staje się metodą, nie przeszkodą. pytam bo znam kilka osób które mają bardzo obsesyjne umysły i u nich próba wygaszenia myśli kończy się jeszcze głębszym myśleniem, a jak mają zadanie analityczne to skupiają się naprawdę dobże
bo zastanawiam się czy to nie jest po prostu zmiana kanału, a nie zimana natury. obsesja i tak zostaje, tylko dostaje inny obiekt. ale może właśnie o to chodzi? dać jej coś bezpieczniejszego do pracy zamiast walczyć z samym mechanizmem?
w runach jest na to coś co mnie zawsze interesowało - Hagalaz, runa przełomu, działa dokładnie na tej zasadzie. nie chodzi o zatrzymanie procesu, tylko o jego kanalizowanie przez formę. i tam nie pytasz czy obsesja jest dobra czy zła, pytasz w jakim kierunku jej pozwolić płynąć. myślę że Konradek trafił w coś ważnego, nawet jeśli to jeszcze nie jest gotowy przepis.
wtrącę się tu, bo mam wrażenie że gdzieś gubi się rozróżnienie między obsesją jako energią a obsesją jako treścią. energia obsesyjna - ta koncentracja, ta intensywność - może być naprawdę przydatna w pracy rytualnej. problem jest zazwyczaj z treścią, czyli tym na czym ta energia siedzi. i może właśnie tutaj jest odpowiedź na pytanie Konradka - rytuał może dać tej energii konkretną treść na czas trwania, żeby nie szukała sobie własnej.
ale mam pytanie - bo sama tak miałam - czy rytuał robiony na początku pętli nie stanie się częśćią pętli? tzn. zamiast się kręcić wokół myśli, zaczynasz kręcić się wokół rytuału. nie wiem czy to zły wynik, ale chcę żebyś o tym pomyślała zanim to zaczniesz tesować.
to co mówi Wahadlarka jest dla mnie kluczem do całej rozmowy. pętla myślowa nie ma wbudowanego końca, rytuał ma. i jeśli sygnał końca jest zewnętrzny jak mówiliśmy wcześniej - przez dźwięk, przez zapach - to obsesja nie może go zmanipulować. nie może powiedzieć "jeszcze chwilę". to zamknięcie jest naprawdę strukturalnie inne.
w opisach utisety jest jeden element który rzadko jest cytowany - po zakończeniu praktyki była przerwa przed rozmową o doświadczeniu. dosłownie cisza, często trwająca tyle samo co sama praktyka. podejrzewam że to nie był przypadek. zanim obsesja zdąży wrócić, jest ten bufor. i może on jest właśnie tym brakującym elementem po rytuale.
a co jeśli ta cisza bez przetwarzania jest dla osoby obsesyjnej trudniesza niż sam rytuał? bo ja jak skończę coś robić, to automatycznie zaczynam analizować jak poszło. to jets odruch nie decyzja. jak się tego nie robi, to czuje się dziwnie niewygodnie.
