Mam taki problem i nie wiem czy ktoś jeszcze miał coś podobnego. Robiłam jeden rytuał regularnie, naprawdę go lubiłam, czułam że wchodzę w dobry rytm. Zaczęłam go pewnego wieczoru i tej samej nocy zadzwonił telefon z bardzo złą wiadomością. Od tamtej pory jak tylko próbuję do niego wrócić to od razu wraca mi ten moment, ta chwila, ten telefon. Kompletnie nie mogę się skupić, wszystko się rozsypuje. Nie wiem co z tym zrobić bo to był mój ulubiony rytuał i szkoda mi go porzucać, ale też nie chcę za każdym razem wracać do tamtego.
To jest klasyczna warunkowanie, tylko że w kontekście praktyki. Mózg zapamiętał że ten rytuał = tamta chwila i teraz każde uruchomienie sekwencji czynności przywołuje ten sam stan emocjonalny. Nie masz wadliwego rytuału, masz silne skojarzenie emocjonalne przypisane do konkretnych bodźców. Pytanie pierwsze: czy to były specyficzne elementy, zapach świecy, konkretna muzyka, godzina? Bo to może być klucz do tego gdzie dokładnie jest zakotwiczone to skojarzenie.
Pora doby to bardzo konkretny kotwicznik, nie zdziwiłabym się że właśnie to jest centrum tego skojarzenia. Ale mam do ciebie pytanie, bo to zmienia to jak bym do tego podeszła: czy ten rytuał jest zbudowany tak, że możesz go zrobić w zupełnie innej porze? nie mówię o tym żeby go przeprojektować całkowicie, tylko zmienić czas wejścia. Część rytuałów jest przypisana do pór bo tak zostały skonstruowane, inne można przesunąć bez straty dla samej praktyki.
Ja miałam coś podobnego z medytacją a nie rytuałem jako takim, ale mechanizm chyba ten sam. Przez długi czas jak siadałam to od razu wracał mi jeden konkretny dzień, bardzo ciężki, i po prostu nie mogłam wejść w żaden spokojny stan. Co mi pomogło to zmiana miejsca, zupełna. Wyszłam z pokoju gdzie to robiłam i przez jakiś czas robiłam to samo w zupełnie innym miejscu. Potem wróciłam. Nie wiem czy to zadziała przy rytuale bo to trochę inna praktyka, ale sam pomysł ze zmianą otoczenia wydaje mi się wart rozważenia.
Małam kiedyś sytuację gdzie pewien zapach był tak mocno skojarzony z czymś bolesnym że nie mogłam go używać przez długi czas w ogóle. I nie chodziło o rytuał, ale o codzienne funkcjonowanie. Zrobiłam coś może nieortodoksyjnego, zaczęłam ten sam zapach wprowadzać stopniowo do zupełnie neutralnych, nawet przyjemnych sytuacji. Piłam herbatę, słuchałam muzyki, coś co lubię. Po jakimś czasie skojarzenie się rozluźniło. Nie znikło zupełnie, ale przestało być takie ostre. Zastanawiam się czy to można przenieść na rytuał, czyli najpierw tylko otoczenie, bez wykonywania samej praktyki.
Rytuał to nie jest suma składników. Jeśli masz zamiar i intencję w momencie wykonywania, to nie zepsują go neutralne skojarzenia z boku. Skojarzenie z herbatą nie wyprzedza intencji rytuałoej, bo intencja jest wyraźna i świadoma. Problem jest po stronie blokady, nie po stronie samego rytuału.
Ale moment, bo mnie to trochę niepokoi. Jeśli za każdym razem jak wchodzisz w stan rytuałowy powraca ci to silne emocjonalnie wspomnienie, to może najpierw warto zadbać o to wspomnienie samo w sobie? Bo ciągłe oswajanie rytuału przy żywej ranie to może być naprawdę wyczerpujące. Nie mówię żeby porzucić praktykę, ale żeby zmienić kolejność działań.
To jest trudne co piszecie, bo tamta wiadomość była naprawdę ciężka. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły, ale widzę że macie rację że to nie jest tylko kwestia samego rytuału. Z drugiej strony ta praktyka była dla mnie czymś stabilizującym i trochę nie chcę z niej rezygnować właśnie dlatego że to mogłoby mi teraz pomagać. Tylko nie wiem jak to odblokować.
Jest coś co czasem działa przy takich blokadach, a mówię to z własnego doświadczenia a nie z teorii. Można zbudować krótki rytuał oczyszczający przed główną praktyką, coś co wyraźnie sygnalizuje wejście w nową przestrzeń i rozdziela ją od tamtego. Nie musi być skomplikowany, kilka oddechów, konkretny gest, może słowo albo krótka intencja 😀 Chodzii o to żeby mózg dostał wyraźny sygnał: to co teraz robimy, to nie jest tamten wieczór. Trochę jak przestawienie przełącznika. U mnie działało, choć nie obiecuję że u każdego.
Czytam tę rozmowę i mam jedno pytanie do autorki, bo nie do końca rozumiem: czy chcesz wrócić do tego rytuału bo rzeczywiście go potrzebujesz teraz, czy bardziej dlatego że żal ci go porzucać? Pytam bez oceniania, bo to chyba zmienia podejście. Jeśli to drugie, to może warto dać sobie po prostu czas i nie wymuszać powrotu na siłę.
To rozróżnienie które właśnie zrobiłaś jest ważne. Spokój to nie jest rytuał, rytuał był tylko jednym ze sposobów żeby do niego dojść. Pytanie czy to jedyna droga do tego stanu, czy po prostu była najszybsza i najbardziej oswojona.
Zgadzam się z Felicją, bo dokładnie tak to u mnie działa. Medytacja daje mi inne wyciszenie niż rytuał. Inne w odczuciu, inne w czasie trwania. Więc nie traktowałabym tego wymiennie.
To zależy od tego co blokuje. Jeśli blokada jest emocjonalna a nie koncepcyjna, to tak, można dojść do podobnego stanu inaczej i potem wrócić. Widziałam to u siebie. Ale nie jest tak że wraca identycznie, bo coś się po drodze zmienia. Nie wiem czy to minus.
Wracam do tego co Dola napisała wcześniej o przepracowaniu tamtego zdarzenia. Bo czytam całą tę rozmowę i mam wrażenie że skupiamy się bardzo na technice, na porze, na bodźcach, a tamto zdarzenie cały czas jest gdzieś w tle i nikt wprost nie mówi czym ono było w sensie rodzaju. Nie mówię żeby Ewuniaa musiała wyjaśniać, ale chodzi mi o to czy to jest coś co można przepracować samodzielnie, czy to jest rodzaj bólu który potrzebuje innego wsparcia.
Powiem tyle że to była wiadomość o kimś bliskim. I nie, nie wiem czy da się to przepracować samodzielnie. oj tam, Próbowałam i jakoś idzie, ale wolno. Stąd może ta potrzeba powrotu do rytuału, bo to była jedna z niewielu rzeczy które wtedy dawały jakieś oparcie, tylko właśnie przez to teraz jest tak splątane.
no dobra rozumiem to splątanie. Coś co było oparciem w najgorszym momencie staje się potem przypomnieniem tego momentu. To jest taki paradoks, który znam z własnego doświadczenia choć w innym kontekście. I nie ma na to prostej odpowiedzi, bo wartość tamtego oparcia i ból skojarzenia są prawdziwe jednocześnie.
To co Felicja opisuje trochę przypomina techniki z somatic experiencing, gdzie właśnie sprawdza się reakcję ciała zanim wejdziesz w pełny kontakt z czymś trudnym. Nie wiem czy z tego korzystasz, ale to może być pomocne też poza kontekstem rytualnym.
Nigdy wcześniej nie słyszałam tego terminu, zapamiętam. Ale właściwie to co Felicja opisała brzmi jak coś co mogłabym wypróbować, bo to nie jest jeszcze próba powrotu do rytuału, tylko jakieś badanie terenu. Mogłabym stanąć przy oknie o tej porze i po prostu sprawdzić co się dzieje, nie zapalać nic, nie robić nic więcej.
To rozsądne podejście. I żeby nie było presji że to musi iść w określonym kierunku. Możesz stanąć, poczuć że jest ciężko i odpuścić. Możesz stanąć i poczuć że coś się trochę ułożyło. Obie odpowiedzi są informacją żadna nie jest porażką.
To co Anastazy napisał o tym że obie odpowiedzi są informacją jakoś zostało ze mną. Bo ja myślę że mam tendencję do oceniania każdego takiego kroku przez pryzmat tego czy coś osiągnęłam, czy nie. Jeśli stanę przy oknie i poczuję się źle, to od razu mój mózg to klasyfikuje jako porażkę. I chyba właśnie to sprawia że trudno mi wracać do czegokolwiek co wcześniej sprawiało trudność.
Jest część wspólna, tak. czuję że trochę traktuję każdą próbę jak egzamin. I jak coś idzie źle to jest dowód na to że w ogóle nie powinnam próbować. A nie że to jeden z wielu kroków. Ale właśnie nie wiem jak z tego wyjść bez udawania że emocje nie są tym czym są.
A może właśnie chodzi o to żeby nie wychodzić z oceniania na siłę, tylko zmienić co jest oceniane? Tzn. zamiast "czy rytuał wyszedł" oceniać "czy weszłam bez paniki i co poczułam". To nadal jest pomiar, ale inaczej postawiony. Nie wiem czy to brzmi jak granie słowami ale u mnie naprawdę coś zmieniło.
Dla mnie działało zatrzymanie się przed jakąkolwiek czynnością i pytanie czy jestem tu czy gdzieś indziej. Nie metaforycznie, dosłownie czy moja uwaga jest przy tym co robię czy błądzi. To nie jest metoda z podręcznika, po prostu zaczęłam to robić i coś to dawało. Ale to moje, nie przepis.
To co Galaktyka opisuje jest blisko tego czym zajmuje się interocepcja, czyli zdolność do odczuwania sygnałów z własnego ciała. Badania pokazują że u ludzi po silnych przeżyciach ta zdolność bywa zaburzona, ciało jakby milczy albo krzyczy i brakuje skali między. no ale, więc ten brak dostępu do obserwacji może być naprawdę fizjologiczny, a nie sprawa uwagi.
Szczery? To zależy od dnia. Są dni kiedy czuję napięcie w klatce i mogę je jakoś opisać. Są dni kiedy jest tylko rodzaj otępienia i nie wiem co to znaczy. To drugie jest chyba gorsze bo nie ma od czego zacząć.
To otępienie to nie brak informacji, to rodzaj ochrony. Ciało robi to kiedy sygnały są zbyt intensywne żeby je przetworzyć. Więc paradoksalnie ten dzień bez czucia może być dniem kiedy jest właśnie za dużo, nie za mało. Nie próbowałabym wtedy wchodzić w rytuał, nawet fragmentarycznie.
Pośrednie może być cokolwiek co delikatnie wprowadza do ciała informację o bezpieczeństwie. Herbata, powolny spacer, coś angażującego ręce. o matko, nie jeśli chodzi o rytualnym, po prostu jako powrót do odczuwania ciała. To nie zastępuje rytuału, ale może dać trochę gruntu pod nogami.
