Mam pytanie, które trochę mnie gryzie od jakiegoś czasu. Pracuję z różnymi rytuałami od lat i jakoś nigdy nie trafiłam na coś, co byłoby skrojone konkretnie pod lęk przed opuszczeniem. Nie mówię o miłości, żeby było jasne, ale o tym głębszym strachu, że każdy w końcu odejdzie. Rodzic, przyjaciel, ktokolwiek ważny. I ten strach nie jest irracjonalny, bo to się naprawdę zdarza. Zastanawiam się czy rytuał może tu w ogóle coś zmienić, czy raczej chodzi o to, żeby jakoś przepracować to symbolicznie, żeby ciało i umysł coś poczuły a nie tylko żeby \"coś zrobić\". Macie jakieś przemyślenia albo własne doświadczenia z tym?
To jest ciekawszy temat niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Lęk przed opuszczeniem to w zasadzie jeden z najstarszych ludzkich lęków i wiele tradycji rytualnych go adresuje, tylko nie wprost. W praktykach żałobnych welu kultur jest coś, co mogłabym opisać jako \"rytuał oswajania odejścia\" - nie tylko w kontekście śmierci, ale szerzej. Słyszałam o praktyce z Japonii, gdzie pisze się list do osoby, której się bojesz stracić, a potem się go spala. Nie żeby cokolwiek \"wysłać\", ale żeby wyrazić to, czego się normalnie nie mówi. Chodzi o wyrażenie żalu z wyprzedzeniem, zanim strata nastąpi. Nie wiem czy to akurat pasuje do tego co opisujesz, ale jakoś mi to siedzi w głowie.
Przy tego typu pracy warto być ostrożną z jedną rzeczą - rytuał spełnia funkcję, ale nie zastępuje przepracowania emocjonalnego. Mówię to, bo widziałam jak ludzie robią z rytuałem dokładnie to samo co z substytutami - wchodzą w niego, czują ulgę przez chwilę, a potem wracają do punktu wyjścia, bo coś fundamentalnego nie zostało dotknięte. To nie jest argument przeciw rytuałom, to jest argument za tym, żeby wiedzieć czego od rytuału oczekujesz. Czy on ma ci dać jakiś rodzaj domknięciia, czy ma być punktem wyjścia do dalszej pracy?
Właśnie dlatego jestem sceptyczna wobec rytuałów na takie rzeczy. Nie dlatego, że nie wierzę w ich działanie, ale dlatego, że nie wiem jak odróżnić prawdziwy efekt od placebo albo od zwykłego poczucia, że \"coś zrobiłam\". I tu mam pytanie do bardziej doświadczonych - czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić, że rytuał naprawdę coś zmienił, a nie tylko dał chwilową ulgę?
ehh To jest bardzo dobre pytanie i nie ma na nie dobrej odpowiedzi, bo nie ma kontrolnej grupy twojego życia. Ale z mojego doświadczenia - jeśli po kilku tygodniach od rytuału zauważasz zmianę w tym jak reagujesz w sytuacjach, które wcześniej wywoływały lęk, to coś się przestawiło. nie musi być spektakularnie. Może to być tylko to, że jeden konkretny scenariusz przestał cię budzić o 3 w nocy.
Mnie zawsze bardziej działały rytuały, które miały jakiś element fizyczny, coś do zrobienia rękami. Nie samo siedzenie i wizualizacja. Przy pracy z lękiem robiłam kiedyś coś prostego - pisałam na kartce co dokładnie się bałam stracić i dlaczego, potem składałam kartkę w jak najmniejszy prostokąt i zakopywałam. Brzmi banalnie, ale ten akt zakopywania coś mi robił z ciałem. Jakby oddawałam to ziemi, nie wyrzucałam. Nie twierdzę, że to \"działa\" w jakimś magicznym sensie, ale zmieniło trochę mój stosunek do tego co napisałam.
Przy pracy z lękiem przed opuszczeniem w magii runami dużo się mówi o Othala - nie w sensie nacjonalistycznym, bo to runa skrzywdzona przez historię, ale w sensie pierwotnym, czyli zakorzenienie, dom, genealogia, ciągłość mimo zmian. tam idea jest taka, że to co ważne nie odchodzi całkowicie, tylko zmienia formę. To jest zupełnie inne podejście niż oswajanie straty - to jest przeformułowanie samego lęku. Nie \"nie bój się, że odejdzie\" tylko \"co tak naprawdę pozostaje\".
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale nie do końca rozumiem jednej rzeczy. Skoro rytuał nie działa magicznie w sensie dosłownym, tylko symbolicznie, to co go różni od zwykłego ćwiczenia psychologicznego? Czemu po prostu nie pójść do terapeuty i nie przepracować tego bez całej otoczki? Szczerze pytam, bo naprawdę nie wiem.
Wracając do kwestii fizyczności o którą pytała Ninka - w niektórych tradycjach słowiańskich jest praktyka związana z ogniem i wodą jako parą żywiołów, gdzie ogień bierze to co chcesz puścić, a woda daje co ma pozostać. Konkretnie nie przy pełni, ale przy nowiu, bo nów jest czasem puszczania. Nie rozpisuję tu żadnego gotowego rytuału, ale te dwa żwyioły razem mają w sbie ten dualizm, o którym mówił Hydromanta87 - co odchodzi i co zostaje.
Szczerze mówiąc to nie jestem w stanie podać ci jednego źródła, które by to opisywało jako skodyfikowany rytuał. To co miałam na myśli to raczej zlepek kilku rzeczy - praktyki z okolic Rusi, gdzie ogień i woda jako para przeciwieństw pojawiają się w kontekście oczyszczenia, i pewne opisane przez etnografów zwyczaje związane z nocą przed nowiem, kiedy "stare odchodzi". Ale nie nazwałabym tego konkretną słowiańską tradycją z nazwy. Bardziej inspiracja niż rekonstrukcja.
Mam wrażenie że ta rozmowa o tym "czy to psychologia czy magia" kręci się w kółko i nie ma gdzie dojść, bo pytanie jest źle postawione. To tak jakby pytać czy muzyka działa na emocje bo falami dźwiękowymi czy bo ma "znaczenie". Obie rzeczy są prawdziwe jednocześnie. A dla Ninki, która szuka czegoś konkretnego - może ważniejsze jest co faktycznie robić, nie dlaczego to działa.
Właśnie. I chciałabym dorzucić jedną obserwację do tej rozmowy, która mnie tu interesuje bardziej niż metafizyczne rozstrzygnięcia. Lęk przed opuszczeniem bardzo często żyje w ciele jako chroniczne napięcie, nie jako myśl. I rytuały które działają tylko na poziomie narracyjnym - piszę, spalam, symbolicznie puszczam - mogą nie dotrzeć do tej warstwy. Dlatego pytam, Ninko, czy to napięcie czujesz gdzieś fizycznie? Bo to mogłoby wskazywać co musi mieć ten rytuał.
Czytam tę rozmowę od początku i mam pytanie może trochę z boku. Mówicie dużo o tym co rytuał ma zawierać - fizyczność, głos, ogień. Ale nie widziałam żeby ktoś pytał o to kiedy go robić, w jakim nastroju, w jakim stanie. Bo mi się wydaje, że robienie czegoś takiego w środku ostrego lęku i robienie tego kiedy jesteś względnie spokojna to dwa różne doświadczenia. Które jest lepsze?
Wracając jeszcze do tej praktycznej strony dla Ninki - bo mi się wydaje że rozmowa zrobiła się bardzo teoretyczna a ona pytała o konkrety. Podsumowując to co tu padło: nów, ogień lub woda, element fizyczny zaangażowanie głosu, stan obecności ale nie pełnego spokoju. Czy to jest szkielet z którego można zacząć budować coś własnego? Bo ja tak to widzę.
Mam pytanie do Karolci i Cesarzycy - bo obie mówiłyście o ciele, o czakrach, o napięciu. Ninka opisuje to jako ściskanie które pojawia się zanim zdąży pomyśleć. czy to znaczy że rytuał który adresuje tylko intencję - "puszczam, oddaję, kończę" - pomija coś istotnego? jakby obchodził problem zamiast przez niego przejść?
Dobrze że to widzisz. I chcę doprecyzować to co mówiłam wcześniej, bo nie chodzi o to żeby rezygnować z rytuału - chodzi o to żeby wiedzieć co robisz sama a co z towarzyszeniem. Rytuały z głosem, z wypowiadaniem - to jest praca która może otworzyć naprawdę dużo. I to "zalanie" które opisujesz nie jest złe samo w sobie ale wymaga kontenera. czy masz kogoś - przyjaciółkę, terapeutkę, kogokolwiek - przy kim mogłabyś to zrobić?
Wchodzę tu bo chcę coś powiedzieć z innej strony. Dużo tu mówicie o towarzyszeniu, kontencie, wsparciu. i rozumiem to. Ale jest też taki rodzaj rytuału który jest celowo samotny - i to nie jest wada tylko właściwość. rytuały przejścia które opisuje van Gennep mają fazę separacji właśnie daltego - bo pewne rzeczy można zrobić tylko samemu, bez świadków. Nie wiem czy to pasuje do Ninki ale chcę żeby to zostało powiedziane znim wszyscy zaczniemy mówić że koniecznie z kimś.
Chcę nawiązać do tego co powiedział Hydromanta o separacji u van Gennepa, bo to jest coś ważnego. On opisywał trzy fazy - separacja, liminalność, reinkorporacja. I to co Ninka robi - te wieczorne i poranen momenty bycia z lękiem - to jest właściwie wchodzenie w stan liminalny bez pełnego rytuału. Ona już jest w tym progu. Pytanie czy rytuał miałby ten próg zaznaczyć, pogłębić go, czy pomóc z niego wyjść.
To co pisze Wierzbina i Teodor - to jest bardzo trafne. Ja rzeczywiście mam wrażenie że jestem od dłuższego czasu w tym miejscu "pomiędzy". Jakby ten lęk trzymaał mnie w zawieszeniu. Nigdy nie myślałam o tym w kategoriach liminalności ale to pasuje. Czy rytuał zamknięcia to coś czego można się nauczyć czy to bardziej intuicyjne?
Przeczytałem od początku tę rozmowę i mam takie pytanie bardziej do grupy niż do konkretnej osoby - czy ktoś z was robił rytuał wychodzenia z zawieszenia który NIE był oparty na ogniu ani wodzie? Bo czytam i te dwa żywioły dominują w dyskusji. zastanawiam się czy jest jakaś praca z ziemią przy tym temacie.
Wracając do pytania Ninki o to czy rytuału zamknięcia można się nauczyć - myślę że to jest bardziej pytanie o intencję niż o technikę. Uczysz się rozpoznawać kiedy coś jest zamknięte, a nie jak to zamknąć. Bo jeśli rytuał zamknięcia robisz zanim jesteś gotowa, to jest pusty gest. Jak to czujesz w tej chwili - masz poczucie że w ogóle chcesz zamknięcia, czy bardziej chcesz zrozumienia najjpierw?
Dorzucę coś do tej gotowości, bo to jest coś co mnie od dawna zastanawia. Van Gennep pisał o progach dosłownie - wejście w rytuał to przekroczenie granicy przestrzennej. I może ta gotowość to nie jest stan wewnętrzny tylko moment, kiedy decydujesz się przekroczyć próg, nie wiedząc co jest po drugiej stronie. Gotowość jako decyzja, nie jako pewność.
Nie wiem czy potrafię ci na to odpowiedzieć prosto. U mnie to nie jest czucie w ciele przed - to jest raczej to, że przestaję szukać powodów żeby nie zaczynać. Kiedy głos który mówi "jeszcze nie teraz" milknie albo cichnie na tyle że przestaje dominować 😀 Ale to przyszło z doświadczeniem, nie mogę ci powiedzieć jak to rozpoznać jeśli jeszcze tego nie znasz.
Czytam tę rozmowę o gotowości i mam takie skojarzenie - kiedy pracowałam z czakrą serca przy podobnym temacie to nie było żadnej gotowości na początku. Był opór, ból i przekonanie że nic się nie zmieni. I rytuał nie czekał aż ten stan minie - on się w tym stanie wydarzył. Może gotowość nie jest warunkiem wstępnym tylko czymś co rytuał sam tworzy w trakcie.
Myślę że tak. "Nie mogę już być w tym zawieszeniu" to jest bardzo realna motywacja i wcale nie słabsza niż deklaratywne "chcę zamknąć". Często silniejsza, bo pochodzi z prawdziwego miejsca a nie z przekonania że powinnaś. Tylko upewniłabym się że wiesz do kogo zadzwonisz albo napiszesz jeśli coś w trakcie okaże się za duże.
Właśnie ta sprawa towarzyszenia wraca i mnie zastanawia czy to musi być ktoś z tej samej "branży". Kiedy robiłam głosowy rytuał o którym pisałam, to dzwoniłam potem do przyjaciółki która w ogóle nie jest w tematyce ezoterycznej. ona po prostu była. I to wystarczyło. Czy kontener musi rozumieć co robiłaś?
Chcę się tu wtrącić z czymś z trochę innej strony. Czytałem o japońskiej praktyce kintsugi - naprawiania pękniętych naczyń złotem i filozofii za tym stojącej. I mam pytanie do grupy - czy ktoś pracował z lękiem przed opuszczeniem przez rytuały oparte na naprawianiu albo rekonstrukcji czegoś fizycznego? ojej, Nie niszczenió, nie puszczaniu - ale właśnie scalaniu. Zastanawiam się czy to by mogło być alternatywne wejście dla kogoś kto nie czuje się gotowy na "zamknięcie".
