Zaczęłam jakiś czas temu regularnie robić rytuały oczyszczające - sól, świeca, trochę kadzidła, coś prostego. I po każdym czuję się jakby... gorzej. Nie panikuję, ale zastanawiam mnie to. Jakby coś się unosiło na powierzchnię i tam zostawało, zamiast odpłynąć. Czy ktoś to zna? serio pytam, bo nie wiem czy to znak że robię coś nie tak, czy po prostu tak ma być.
To co opisujesz brzmi dla mnie znajomo i nie traktowałabym tego od razu jako błędu. Oczyszczanie potrafi ruszać rzeczy, które leżały głęboko. Mnie raz dosłownie przez trzy dni wszystko drażniło po intensywniejszym rytuale - płakałam bez powodu, spałam źle. Potem się uspokoiło. Ale to trochę zależy co i jak robisz. jaki masz intencję przy tym rytuale? Mówisz że oczyszczający, ale w jakim sensie - od czego od kogo, z czego?
Dokładnie to samo przyszło mi do głowy. Intencja jest tu kluczowa. Bo rytuał oczyszczający zrobiony bez jasnego ukierunkowania może po prostu rozkręcać energię w kółko, nie odprowadzając jej nigdzie konkretnie. pytanie do autorki: czy przed rytuałem stawiasz jakiś rodzaj zamknięcia? Coś co wyznacza koniec procesu? Bo bez domknięcia zostaje się trochę w zawieszeniu.
Zatżymałabym się chwilę przy tym słowie "ciężko w domu". Bo jest dosyć spora różnica między rytualnym oczyszczaniem przestrzeni a oczyszczaniem siebie. Wiele tradycji je rozdziela - smudging na przykład jeśli chodzi o rdzennoamerykańskim był mocno powiązany z konkretną intencją wobec miejsca, nie wobec osoby. Jeśli robisz rytuał przestrzenny, ale twój problem leży w środku - to może on po prostu nie dotyka tego, co chcesz ruszyć. I stąd to zawieszenie.
To odkopanie - to jest wazne słowo. Wiesz, jak zaczynasz ruszać cokolwiek, czy to w domu czy w sobie, to nieraz to co było pod spodem zaczyna być bardziej widoczne. Niekoniecznie dlatego że coś poszło nie tak. Raczej dlatego że zaczął się ruch. Ale mam pytanie bo mnie to ciekawi - czy to poczucie gorszości jest nowe po rytuale, czy raczej wyostrzone? Tzn. czy czujesz nowe rzeczy czy te same tylko głośniej?
Mnie się wydaje że kadzidło może być problemem. Niektóre kadzidła zamiast oczyszczać, po prostu przytłaczają - szczególnie te syntetyczne albo mieszane. Jeśli używasz czegoś z dużą ilością sztucznych dodatków, to może to po prostu fizycznie wpłynąć na samopoczucie. Ja zawsze mówię że trzeba uważać na jakość.
Powiem szczerze, bo czasem trzeba - to że ktoś czuje się gorzej po rytuale, niekoniecznie znaczy że rytuał coś robi. Może po prostu ktoś ma cięższy czas i rytuał stał się takim mmoentem skupienia na tym, co i tak było. Tzn. siadasz, cisza, skupiasz się - i nagle masz dostęp do tego, czego na co dzień nie słyszysz bo jesteś w biegu. I to nie jest efekt rytuału jako takiego.
no, i tu dochodzimy do czegoś co mnie zawsze interesuje - czy rytuał jest traktowany jako wydarzenie samo w sobie, czy jako część jakiegoś szerszego procesu. Bo jak ktoś go robi raz w tygodniu w oderwaniu od reszty życia, to efekty mogą być dokładnie takie jak opisuje Florka - coś się poruszy, ale nie odpłynie, zostaje w zawieszeniu. Rytuał nie jest izolowanym gestem. Przynajmniej według mnie.
Właśnie, to porównanie z oknem mi się podoba. I wróciłabym do czegoś co Florka napisała wcześniej - że raz zrobiła częściej i było gorzej. To jest dla mnie sygnał, że coś w tym procesie potrzebuje więcej czasu. Zagęszczenie częstotliwości niekoniecznie przyspiesza efekt, czasem go blokuje. Mnie się zdarzało podobnie przy innych praktykach - im bardziej próbowałam przyśpieszyć, tym bardziej chodziłam w kółko.
to co napisałaś o poczuciu poddania się - to jest coś, o czym rzadko się mówi przy rytuałach. Jakby przerwa była równoznaczna z porażką. tylko że to jest trochę odwrócona logika, nie? Przerwa to nie rezygnacja, to częśćć procesu. Piekarz też nie piecze chleba bez czekania na wyrastanie ciasta.
No właśnie, i to jest ten moment gdzie wchodzi myślenie życzeniowe. Że jak robię, to coś się dzieje, jak nie robię, to nie. A prawda jest taka, że czasem najważniejsza praca dzieje się właśnie w tej ciszy między sesjami. I nie mówię tego żeby pocieszać - mówię z obserwacji.
Ale zaraz, bo mam pytanie - to jakby przerwa działa tak samo jak sam rytuał to po co w ogóle rytuał? Szczerze pytam, bo to brzmi trochę jak tłumaczenie dlaczego coś nie działa.
To jest uczciwe pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo to zależy co rytuał miał uruchomić. Przy oczyszczaniu przestrzeni - które Florka robi - zwykle kilka dni wystarczy żeby zobaczyć czy coś się zmieniło w odczuciu domu. Przy głębszej pracy z intencją to może być dłużej.
I tu jest jeszcze jedna rzecz którą bym dodała - w wielu tradycjach rytuał oczyszczający nie był wydarzeniem jednorazowym, ale częścią cyklu. Szamanistyczne praktyki smudgingu na przykład były często powiązane z porami roku, z pełnią, z momentami przejściowymi. Wyciąganie ich z tego kontekstu i robienie ich co tydzień bez odniesienia do żadnego cyklu to trochę jak jedzenie tylko obiadu - bez śniadania i kolacji.
Czytam to wszystko i coraz bardziej myślę że robiłam to trochę na ślepo. Raz w tygodniu bo tyle mi ktoś powiedział, kadzidło bo akurat miałam. Żadnego odniesienia do czegokolwiek poza tym że chciałam żeby w domu było lżżej.
Ale wiesz co - to jest w porządku jako punkt startowy. Nikt nie zaczyna z pełną wiedzą o cyklach i tradycjach. Tylko teraz, skoro widzisz że to nie daje tego co chciałaś, to może czas trochę świadomiej do tego podejść. Co byś chciała żeby się zmieniło konkretnie? Bo "żeby było lżej" to szeroka kategoria.
Właśnie, bo "lżej" może znaczyć zupełnie różne rzeczy. Dla mnie lżej kiedyś znaczyło że przestanę się budzić w nocy. Dla koleżanki lżej znaczyło że przstanie się kłócić z rodziną. To są kompletnie różne problemy które wymagają różnych podejść.
Wejdę z boku bo czytam tę rozmowę od początku i mam głupie pytanie - czy w ogóle można robić rytuał oczyszczający jeśli się nie wierzy do końca w to że działa? Pytam bo Forka napisała że robiła to bo ktoś jej powiedział, a nie że sama w to wierzyła i zastanawiam się czy to ma znaczenie.
oj tam, zgadzam się z Hergą, chociaż powiedziałabym jeszcze ostrzej - robienie rytuału tylko dlatego że ktoś powiedział, bez żadnego własnego sensu w tym co się robi, to trochę jak recytowanie zdań w języku którego się nie rozumie. Może coś się z tego wydarzy, może nie, ale na pewno nie wiesz co.
Hej, ale to jest dobra samoświadomość, naprawdę. Ja też przez jakiś czas robiłam rzeczy trochę automatycznie i dopiero jak zaczęłam zadawać sobie pytanie "po co konkretnie to robię teraz", to zaczęło to inaczej wyglądać. nie mówię że od razu lepiej - ale inaczej, bardziej świadomie 🙂
Może zamiast przerwy spróbuj zmienić kadzidło i godzinę? Słyszałam że porane oczyszczanie działa inaczej niż wieczorne. Wieczorem podobno bardziej przykuwasz uwagę do tego co odkopujesz, rano raczej ustawiasz intencję na dzień.
Mam wrażenie że gdzieś w tej rozmowie trochę zgubiliśmy Florkę. Ona pytała czy robi coś źle, a my teraz gadamy o grimoireach i porach dnia 🙁 Florka - wracając do sedna, po tym co tu napisałaś, czy masz poczucie że te rytuały są dla ciebie prawdziwym wyborem, czy bardziej takim sprawdzeniem czy zadziała?
Florka, to co napisałaś na końcu jest chyba kluczowe - że to było sprawdzenie, a nie wiara. I nie mówię tego z wyrzutem, bo chyba każda z nas kiedyś robiła coś żeby zobaczyć czy zadziała, nie dlatego że naprawdę chciała to robić. Pytanie teraz takie - co by wyglądało inaczej gdybyś nie robiła żadnego rytuału przez ostatnie tygodnie? Czy czułabyś się gorzej, tak samo, czy może nie czułabyś żadnej różnicy?
To wcale nie jest smutna odpowiedź Florka. To jest uczciwa. Mnie kiedyś zajęło dużo czasu żeby przyznać przed sobą że przez kilka miesięcy robiłam pewne rzeczy żeby mieć wrażenie że coś robię, nie dlatego że to rzeczywiście coś zmieniało. Różnica jest spora i przyznanie jej sobie to już jakiś ruch.
Właśnie wróciłam do początku tego wątku i zauważam coś - Florka opisała że czuje się bardziej nieszczęśliwa PO rytuałach, nie że nic się nie dzieje. To jest inna sytuajca niż brak efektu. To moze być właśnie ta otwartość rzeczy, o której ktoś pisał wcześniej - że rytuał oczyszczający wyciąga na wierzch to co było pod spodem. Florka, jak to wygląda dokładnie - jesteś gorzej bezpośrednio po, czy w ciągu kolejnych dni?
to jest ważna obserwacja. W kilku tradycjach zachodnich jest coś co w literaturze bywa nazywane "healing crisis" albo po prostu reakcją oczyszczającą - krótkotrwałe nasilenie dyskomfortu po pracy z przestrzenią lub sobą. Ale żeby to miało sens, musi być jakiś wyraźny punkt zwrotny, po którym robi się lżej. Jeśli szarość po prostu trwa bez żadnego "po" - to co innego. Czy ty w ogóle widzisz ten koniec tej szarości, czy ona po prostu z czasem sama mija bez żadnej zmiany?
Mam podobne pytanie - czy ta szarość dotyczy tylko domu, czy wynosisz ją ze sobą? bo jeśli wynosisz, to nie brzmi to jak reakcja przestrzeni, tylko bardziej jak coś co ty sama przeżywasz i co rytuał może po prostu wydobywać, a nie powodować.
