Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Mam fobię przed pająkami, naprawdę intensywną - widzę pająka i dosłownie zamrażam, serce wali, nogi same cofają. Zastanawiam się czy da się to przepracować rytualnie. Nie mówię o terapii, bo byłam, to inna historia. Chodzi mi o to, czy istnieją rytuały, które działają na poziomie symbolicznym ze strachem? Gdzieś czytałam o pracy z cieniem, ale nie wiem czy to jest w ogóle ta kategoria. Czy ktoś próbował czegoś takiego?
To ciekawe pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Praca z fobią rytualnie to nie jest to samo co terapia ekspozycyjna, chociaż paradoksalnie mechanizm może być zbliżony. W tradycjach szamańskich strach przed konkretnym zwierzęciem był często interpretowany jako sygnał, że to zwierzę jest twoim nauczycielem albo że coś w jego naturze jest tym, czego unikasz w sobie. Pająk w wielu kulturach to tkanie, cierpliwość, pułapka - różne odczytania. Pytanie jest inne: co czujesz kiedy widzisz pająka, poza samym strachem? Bo to może wskazać kierunek.
Ja się wtrącę bo mam znajomą która miała fobie na wysokości i pracowała z tym przez medytacje i afirmacje przy kamieniach, konkretnie przy czarnym turmalinie i obsydianie. Efekt był stopniowy, nie żaden przełom z dnia na dzień, ale po kilku miesiącach potrafiła wyjść na balkon bez ataku paniki. Nie mówię że to były tylko kamienie, bo ona robiła dużo rzeczy naraz, ale miała poczucie że to stabilizuje jej układ nerwowy podczas pracy. Ciekawi mnie czy ktoś tu miał podobnie z samymi rytuałami, bez kambieni?
Irisa ma rację z tym pre-emptive. Ja robiłam rytuał na oswajanie lęku przed ciemnością - nie fobia, ale dość duży dyskomfort - i robiłam go właśnie w dzień, kiedy byłam spokojna. wyobrażałam sobie siebie w ciemnym miejscu, ale trzymałam w ręku zapalona świecę jako symbol kontroli. Stopniowo w wyobraźni zmniejszałam to światło. Nie wiem czy to jest ortodoksyjnie rytuał, ale dla mnie działało. Moje wątpliwości są takie: czy do fobii na pająki da się w ogóle podejść przez wyobraźnię skoro sama myśl o pająku potrafi wywołać panikę? Pytam bo sama bym nie wiedziała jak to obejść.
Kilka rzeczy chcę tu wyprostować bo rozmowa idzie w dobrym kierunku, ale gubimy pewien ważny aspekt. Rytuał przeprowadzony ze strachem albo z aktywnym oporem nie przyniesie tego co chcemy - energia którą wnosimy w rytuał ma znaczenie. dlatego w tradycji hoodoo i w niektórych nurtach wicca pracę z fobiami rozkłada się na etapy. Najpierw rytuał uznania - czyli formalne, symboliczne powiedzenie "widzę cię" do teggo czego się boimy. Potem dopiero ewentualna praca z transformacją. Skakanie od razu do "przepracowania" bez fazy uznania to trochę jak próba przeprojektowania fundamentów domu bez wchodzenia do środka.
Przepraszam że się wtrącam ale mam pytanie do Divinity - co to znaczy w praktyce ten rytuał uznania? Czy to nie jest trochę ryzykowne, bo jeśli ktoś ma naprawdę silną fobię i robi rytuał skupiony na pająku, to czy nie wywoła sobie czegoś gorszego zamiast pomóc? Pytam serio bo boję się takich rzeczy.
To co pisze Divinity ma sens, chociaż szczerze mówiąc trochę mi drżą ręce na samą myśl o narysowaniu pająka. Serio. Ale rozumiem ten mechanizm - jeśli zawsze uciekam, to nigdy nie dję sobie szany zobaczyć że przeżyłam. Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą: czy ta praca powinna być robiona w samotności czy z kimś? Bo z jednej strony to jest dość intymna rzecz, a z drugiej sama nie wiem czy dam radę.
szczerość którą tu pokazujesz to dobry znak - to znaczy że masz kontakt z tym co czujesz, tylko w trybie normalnym, nie w trybie paniki. To ważne dla takiej pracy. oj tam, Co do samotności - zależy od rytualnej tradycji z której korzystasz, ale generalnie praca z osobistym strachem jest bardziej intymna i zazwyczaj robi się ją samemu. Obecność innej osoby może wprowadzić element wydajności czy oceny i wtedy nie jesteś z tym naprawdę. Chyba że ta osoba pełni funkcję świadka, a nie uczestnika - to inna rola.
A ile czasu to w ogóle powinno zajmować? Bo czytam i wszystko pięknie, ale mam wrażenie że rozmawiacie o czymś co trwa miesiącami. Czy naprawdę nie ma czegoś bardziej bezpośredniego? Nie mówię że chcę mieć zero strachu po jednym wieczorze, ale ten podział na etapy, fazy, tygodnie - trochę to zniechęca.
Wracając do wątku praktycznego - w pracy ze strachem używa się dość konkretnych ziół, nie tylko jako symbolu ale też z myślą o wspieraniu układu nerwowego w czasie rytuału. Dziurawiec jest klasyczny przy lękach, ale przy fobiach ciekawsza jest walerianic i lawendy połączenie - kadzidło z lawendy zanim zaczniesz cokolwiek robić, żeby ciało weszło w spokojniejszy stan. Sama tak robiłam przy pracy z lękiem przed zamkniętymi przesrtzeniami i to mi pomogło wejść w ten spokójniejszy stan o którym Divinity pisała. Czy Sennica kiedyś pracowała z kadzidłem w ogóle?
u mnie to zawsze jest przygotowanie, ale widziałam opisy gdzie jest integralną częścią - dym jako rodzaj oczyszczenia przestrzeni wokół i siebie przed pracą z trudną energią. Nie wiem czy granica ma duże znaczenie, ale intencja ma. Jeśli wiesz po co to robisz, to działa w obie strony. Mnie interesuje jeszcze kwestia którą Chalcedonka poruszała - ta praca przez wyobraźnię. Czy ktoś wie czy w nurcie psychodramatycznym coś podobnego robili? Bo to mi się skojarzyło z technikami z psychodramy właśnie.
nie ma tu liczby która będzie odpowiednia dla wszystkich, ale mówię o poczuciu wewnętrznym - kiedy przestajesz oddychać szybciej na samą myśl o wykonywaniu rytuału, to znaczy że faza uznania zrobiła swoje. Dla jednych to trzy sesje, dla innych trzy miesiące. Mnie bardziej niepokoi jedno: czy masz poczucie że wiesz z czego ten lęk wyrósł? bo rytuał może pracować nawet bez tej wiedzy ale jeśli ją masz, to możesz zaprojektować go o wiele precyzyjniej.
Dobra, ale wracając do tego co mówiła Divinity o tych fazach - ona pisała o poczuciu wewnętrznym jako sygnale. Tylko jak ja mam to poczucie wewnętrzne ocenić, jeśli akurat mam taki dzień że wszystko wydaje mi się okej i myślę "tak, dam radę", a za trzy dni znowu panika? Czy to znaczy że faza się cofnęła, czy że to normalne wahania?
Mnie to wahania dotyczą bardzo bezpośrednio. Mam takie okresy że myślę, ok, mogę o tym rozmawiać, mogę myśleć o pająkach bez natychmiastowej paniki - i wtedy wydaje mi się że rytuał ma sens, że mogę go zrobić. A potem coś się zmienia, nie wiem co, i z powrotem jestem w miejscu zero. I nie wiem czy robić rytuał w tym dobrym czasie, bo wtedy czuję się gotowa, czy w tym złym, żeby go przepracować przez opór.
to jest chyba coś co warto przetestować empirycznie na sobie. Ja robiłam swoje rytuały wyłącznie w dobrych dniach i jakoś to działało, ale nie wiem czy dla ciebie nie byłoby lepiej inaczej. Co czujesz kiedy o tym myślisz - że ten dobry czas to okkno, czy że to za łatwe?
Pytanie Chalcedonki jest według mnie kluczowe. Bo jeśli masz poczucie że "to za łatwe", to ten dobry dzień może być właśnie odpowiednim momentem - właśnie dlatego że nie jesteś wtedy w trybie przetrwania. eee rytuał przeprowadzony kiedy masz zasoby to zupełnie inna jakość niż kiedy jesteś na granicy.
Wchodzę tu z boku, bo czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie które mnie męczy. Czy nikt tu nie rozważał podejścia runami do tego? Nie mówię o wróżeniu - mówię o galdr, czyli pracy z dźwiękiem runy jako rodzajem skupienia. Przy lękach pracowałam kiedyś z Algiz i efekt był dla mnie zauważalny w sensie poczucia ochrony podczas konfrontacji ze strachem. eee Nie wiem czy to tu pasuje ale wydaje mi się że tak.
Przepraszam że wchodzę ale mam pytanie do Glifii - czy ta praca z runami nie wymaga jakiegoś wstępnego przygotowanie albo inicjacji? Słyszałam różne rzeczy, że run nie powinno się używać jeśli się nie jest... nie wiem jak to powiedzieć, nie zna się ich porządnie. Czy przy pracy z lękiem to nie jest ryzykowne bez głębszego rozeznania?
Szczere odpowiedź na pytanie Franciszki: mieszana. Część mnie myśli że to ma sens i chcę spróbować. Część myśli że to i tak nic nie da bo strach jest silniejszy niż jakikolwiek rytuał. I jeszcze jakaś mała część się pyta czy nie robię sobie wody z mózgu, że zamiast iść do psychologa wymyślam inne drogi. Chociaż byłam u terapeuty i nie pomagało tak jak chciałam.
Ta część która mówi że strach jest silniejszy - czy to jest myśl którą masz tylko przy fobi i pająkach, czy masz ją też pży innych trudnych rzeczach? Pytam bo wydaje mi się że to może być ważne. Jeśli to jest twój ogólny wzorzec to rytuał na fobie może nie dotrzeć do korzeni.
Czytam to wszystko i mam drobne pytanie do Gabki - jak ty adresujesz tę część z góry nastawioną na porażkę, zanim rytuał? Jest jakaś praktyka którą robisz wcześniej, coś w rodzaju pracy z czakrą splotu słonecznego albo inaczej?
Hej a ja mam zupełnie inne pytanie, trochę obok tego wątku psychologicznego. Czy ktoś robiał kiedyś rytuał przeprowadzony na zewnątrz, w naturze, jako pracę z lękiem 😀 Czytałam o tym że niektóre tradycje celowo używają przestrzeni otwartej właśnie po to żeby strach nie był zamknięty z tobą w pokoju. Chodzi mi o to czy to ma jakiś sens czy to tylko estetyka.
Mogę zapytać głupie pytanie? Bo czytam ten wątek i cały czas się zastanawiam - skąd wiecie że rytuał zadziałał na fobie? Że to rytuał, a nie że po prostu z czasem trochę oswajasz się z myślą? Jak to odróżnić? Pytam szczerze, nie żeby podważać.
Chalcedonka to co napisałaś o tym że może nie być konieczne odróżnianie - jakoś mi ulżyło jak to przeczytałam. Bo ja właśnie tego szukałam: jakiegoś kryterium które powie mi "to zadziałało". A może tego kryterium po prostu nie ma w takiej czystej formie.
Irisa, to jest bardzo trudne pytanie do odpowiedzenia uczciwie. Bo symboliczna warstwa nie działa w oderwaniu od ciała - ona wchodzi przez ciało. Sama forma siedzenia, oddychania, skupienia intencji na konkretnym kształcie czy dźwięku - to wszystko ma fizyczne korelaty. Oddzielenie "samego symbolu" od reszty może być niemożliwe.
Zgadzam się z Franciszką. I chyba dlatego mnie drażni to ciągłe pytanie "czy to tylko efekt placebo". Bo nawet jeśli tak, to co to zmienia? Placebo ma mierzalne efekty neurologiczne, to nie jest żaden argument przeciwko.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i wlaśnie to zdanie Wiciokrzew mnie zatrzymało. Bo ja rozumiem argument, ale trochę się z nim nie zgadzam. Efekt placebo działa kiedy nie wiesz że to placebo. Jeśli wiesz że robisz rytuał który "może ale nie musi działać" to czy placebo nadal działa?
