Nie wiem czy to jest odpowiednie miejsce żeby o tym pisać ale ostatnio naprawdę wszystko się posypało. praca, relacje, zdrowie - jedno za drugim. Siedzę i zastanawiam się czy są jakieś rytuały które mogłyby pomóc człowiekowi się pozbierać. Nie mówię o żadnych wielkich ceremoniach, bardziej chodzi mi o coś co daje poczucie że choć przez chwilę masz kontrolę nad tym co się dzieje. słyszałem o czymś co się chyba nazywa "wymiar" ale nie wiem nawet co to znaczy jeśli chodzi o rytuałów. Jakieś myśli?
To akurat brzmi jak dość poważna sytuacja. A co dokładnie masz na myśli pisząc "zbierać się wokół wymiaru"? bo to może być naprawdę wiele rzeczy w zależności od tradycji.
Zanim w ogóle wejdziemy w konkretne rytuały to chciałam powiedzieć że samo pytanie jest dobre. Rytuał jako taki nie jest od naprawiania życia, ale może budować pewnego rodzaju ramy kiedy wszystko się sypie. Badania Van Gennepa nad rytuałami przejścia pokazują że ludzie w momentach kryzysu intuicyjnie sięgają po powtarzalne czynności właśnie dlatego że dają poczucie struktury. Więc nie jest to ucieczka od problemu, raczej coś w rodzaju kotwicy. Ale co rozumiesz przez "wymiar"? Bo to słowo można rozumieć na kilkanaście sposobów.
Nie wiem co kolega miał na mysli ale ja to rozumiem tak że chodzi mu o prace z przestrzenią energetyczną ze swoim otoczeniem. Znam kilka prostszych rzeczy które można robić bez dużego przygotowania. Sam przez to przechodziłem. Ale zgadzam się z poprzedniczką że najpierw warto wiedzieć od czego zaczać.
Mnie w takich sytuacjach zastanawia zawsze jedno: czy człowiek który jest w bardzo trudnym miejscu emocjonalnie w ogóle jest w stanie skupić się na rytuale wystarczająco żeby cokolwiek z tego wynieść? Pytam serio, nie retorycznie. Bo wiem że sama kiedy byłam w dołku to nawet zapalenie świecy z intencją było ponad moje siły.
Właśnie dlatego pytam o coś prostego. Z tym wymiarem to przeczytałem gdzieś że można robić rytuał oczyszczenia przestrzeni i "otwierania wymiaru" do przepływu energii. Szczerze to sam nie do końca wiem co to znaczy ale brzmiało jakby mogło być czymś co porządkuje. Może źle to nazwałem.
To co opisujesz brzmi jak mieszanina różnych tradycji, trochę New Age, trochę może szamanizm. "Otwieranie wymiaru" to nie jest żaden ugruntowany termin w konkretnej tradycji magicznej. Rozumiem że szukasz czegoś co da ci poczucie wpływu, ale czy ktoś ci to konkretnie polecił czy trafiłeś na to przypadkiem w internecie?
Nie chcę przerywać ale ja też miałam podobny okres w życiu i dla mnie pomogło coś bardzo prostego - rytuał wieczorny, nic wymyślnego. zapalałam świecę, pisałam co chcę zostawić za sobą i co chcę przyciągnąć. Trwało to może dziesięć minut. Nie wiem czy to "zadziałało" w jakimś magicznym sensie, ale dawało mi poczucie że kończę dzień świadomie, a nie że dzień mnie zjada. O "wymiarach" nic nie wiem, ale wydaje mi się że to może niepotrzebnie skomplikować coś co na początku powinno być proste.
To ciekawe co pisze Edytka bo ja też pracuję z pismem jako częścią rytuału i jest to zupełnie inna jakość niż samo myślenie. Jest coś w tym że wyciągasz to z głowy na zewnątrz. o matko W tarocie zresztą jest podobna zasada - karta nie zmienia sytuacji, ale zmienia perspektywę. Wracając do tematu - jak bardzo chcesz żeby to było rytualne, a jak bardzo zależy Ci na samym procesie? bo to dwa różne pytania.
Nie, to nie to samo. Róznica jest mniej więcej taka - mozna sie skupić na formie czyli na tym żeby wszystko było po kolei, w odpowiednim czasie, z odpowiednimi przedmiotami. Albo mozna się skupić na intencji i na tym co sie w trakcie robi wewnątrz. Jedno bez drugiego może nie zadziałać, ale jeśli mam wybierać dla kogoś kto jest w ciężkim miejscu to stawiam na intencję.
A czy w ogóle możliwe jest robienie rytuałów kiedy jest się emocjonalnie rozbita? Bo słyszałam że stan psychiczny wpływa na to co się przyciąga i że "niska energia" może dawać odwrotne efekty oj tam ale może to mit.
Dokładnie. Zresztą jeśli spojrzeć na praktyki szamańskie, to tam właśnie wejście w stan kryzysu, choroby czy dezintegracji jest punktem wejścia do pracy rytualnej. Eliade pisał o tym jako o "chorobie inicjacyjnej". Nie mówię że każdy kryzys ma taką funkcję, ale sama idea że kryzys blokuje rytuał jest odwróceniem logiki większości tradycji.
To jest... zaskakująco celne. Czułem się dosłownie tak. ale jak się to przekłada na coś konkretnego, co można zrobić? bo nie mam szamana pod ręką 🙂
Szczerość ponad wszystko - nie każdy kryzys jest inicjacją i nie każdy rytuał go rozwiąże. ale jest kilka rzeczy które w różnych tradycjach robiono właśnie w momentach gdy coś się kończyło i nie było jasne co dalej. Najprostsze to rytuały związane z granicą. Słowianie mieli zwyczaj siadania na progu kiedy trzeba było podjąć trudną decyzję albo kiedy czuli się zagubieni. Próg to miejsce "pomiędzy" - ani w środku ani na zewnątrz. Czy coś takiego byłoby dla ciebie do pomyślenia jako punkt wyjścia?
ojej no, Czytam tę dyskusję od jakiegoś czasu i muszę się dołączyć, bo ta granica o której pisze Diablik to coś co sam stosowałem i naprawdę działa w zupełnie inny sposób niż myślałem. Mam tu kamień - czarny turmalin - który kupiłem dawno temu głównie ze względu na estetykę, ale potem zacząłem go świadomie używać właśnie w takich momentach. Kładłem go przy drzwiach wejściowych, dosłownie na progu, z intencją że to co wchodzi jest nowe. Banalne? Może. Ale coś w tym jest.
Czytam to wszystko i mam takie pytanie które może być naiwne, ale zadaję je serio: czy jeśli ktoś jest w bardzo złym miejscu psychicznie, to nie ma ryzyka że rytuał skupiony na przejściu przez granicę po prostu utrwali ten zły stan? hmm, mam na myśli że jeśli intencją jst "zostawiam za sobą to co złe", ale gdzieś w głowie człowiek w to nie wierzy to co się właściwie dzieje?
Tylko że to co Otylijka mówi to jest podejście behawioralne, trochę jakbyś powiedział że wystarczy udawać szczęście żeby być szczęśliwym. Część tradycji rzeczywiście idzie w tym kierunku, ale inne stawiają na to że bez pewnej otwartości nic się nie wydarzy. ehh, jak u Lévy-Bruhla - uczestnictwo mistyczne wymaga jakiegoś minimum zaangażowania, nie pełnej wiary, ale czegoś więcej niż automat.
no ale, a ja się zastanawiam czy ta "obecność" to coś czego można się nauczyć na potrzeby rytuału, czy to albo masz albo nie masz? Bo szczerze mówiąc mój problem jest właśnie taki że głowa szumi i myśli skaczą i nawet jak próbuję się skupić to po chwli jestem gdzieś indziej.
Ta dyskusja poszła w stronę technik i to jest ok, ale wracając do Maurycego - mam pytanie zanim pójdziemy dalej. Napisałeś że "wszystko poszło nie tak". Czy masz jakieś poczucie co konkretnie chciałbyś żeby rytuał zmienił albo zaznaczył? Bo to nie jest pytanie o cel w sensie "co chcesz osiągnąć", tylko o to co w tej chwili najbardziej cię gryzie. Bez tego ciężko powiedzieć co ma sens.
Ma sens i to bardzo. I właściwie to co opisujesz to jest coś co rytuał może realnie dać - nie zmiana okoliczności, ale zmiana relacji do nich. W tarocie mamy Głupca i Wieżę i często mówi się że Wieża to właśnie ta chwila gdy wszystko się wali, ale Głupiec zaraz za nią to krok w nieznane z czymś nowym. Nie wiem czy to akuat teraz pomaga, ale Twoje słowa mi to skojarzyły.
A czy można w ogóle mieszać rytuały z tarotem? Znaczy robić na przykład rytuał z kartą jako punktem centralnym? Słyszałam że tak się robi ale nigdy nie próbowałam i nie wiem czy to ma jakiś sens czy to tylko ładnie wygląda.
Mam pytanie do Salomejki - piszesz o wyborze karty która "odpowiada temu co chcesz przepracować". Jak to wygląda w praktyce? Wybierasz intuicyjnie, losowo, czy na podstawie znaczenia karty?
To co Wrozbiarz napisał o kartce z ogniem... brzmi trochę jak coś co mógłbym zrobić bez poczucia że robię coś głupiego. bo mam gdzieś z tylu głowy takie skrępowanie że jeśli czegoś nie umiem poprawnie wykonać to lepiej w ogóle nie zaczynać. I nie wiem czy to jest coś co mnie blokuje przed rytuałami czy może ogólnie przed ruszeniem się z miejsca.
To co Wrozbiarz mówi o czasie przeszłym ma sens, ale mam pytanie - czy nie ma tu ryzyka pewnego samooszukiwania się? Znaczy piszesz "oddałem ten strach" a strach nadal jest. Jak to w głowie układasz żeby to nie brzmiało jak kłamstwo?
Słuchajcie, to co Otylijka opisuje brzmi logicznie ale mam z tym jeden problem praktyczny. Żeby coś "ustanowić" w tym sensie, potrzebujesz jakiegoś autorytetu który to uznaje prawda? sędzia mooże ogłosić wyrok bo instytucja za nim stoi. Ksiądz może ogłosić małżeństwo bo ma mandat. A ty sam ze sobą przy kartce i zapalniczce - skąd bierze się ten mandat?
To ostatnie zdanie Szeptacza trafiło mnie dość mocno. Bo chyba tak jest - nie traktuję siebie jako kogoś kto ma mandat do czegokolwiek. I teraz zastanawiam się czy rytuał może w ogóle zadziałać jeśli się wychodzi z takiego miejsca, czy może najpierw trzeba coś z tym zrobić.
Nawiążę do tego co Salomejka powiedziała o Gwieździe. W tradycji Thota - Crowleya ta karta nosi tytuł "The Star" i jest opisywana jako moment gdy po całkowitym rozpadzie struktury ego pojawia się możliwość nowego początku, ale bez narzucania formy 😉 Dosłownie "naga przed niebem". Interesujące że właśnie brak formy jest tu wartością. Może Maurycemu nie potrzeba teraz rytuału który coś zamknię, ale takiego który nie wymaga od niego bycia kimś gotowym.
