Nie wiem jak to ująć, więc po prostu napiszę wprost. Dorastałam w dość konserwatywnym środowisku katolickim i przez lata słyszałam, że wszelka magia, rytuały, karty to coś zakazanego. Teraz mam 26 lat i coraz bardziej ciągnie mnie w stronę tego wszystkiego - afirmacje, rytuały na nów księżyca, stawianie kart. Ale za każdym razem gdy siadam do tego, gdzieś z tyłu głowy odzywa się ten głos, że to jest złe, że nie powinnam. Czy ktoś przez coś podobnego przechodził? Jak sobie z tym poradziliście?
Oj to bardzo znany dylemat i powiem ci szczerze że połowa ludzi na tym forum pewnie coś podobnego przeżywała. Ja sama wyrosłam w domu gdzie babcia chodziła do kościoła trzy razy w tygodniu i jednocześnie zbierała zioła na pełni i rozmawiała z duszami zmarłych przy grobach. Nigdy jej nie przychodziło do głowy że jedno wyklucza drugie. Może to sprawa tego jak rozumiesz te dwie rzeczy osobno?
Tu nie ma jednej odpowiedzi bo to zależy od tego, o jakiej religii mówimy i co konkretnie ta religia zabrania. Katolicyzm oficjalnie potępia praktyki okultystyczne, odwołując się do Katechizmu KK paragraf 2116-2117. ale historycznie kościół przez wieki wchłaniał lokalne praktyki pogańskie i rytuały, często tylko je przemianowując. sobótki, dożynki, wiele ludowych obrzędów - to wszystko ma przedchrześcijańskie korzenie. Więc pytanie jest głębsze: czy chodzi ci o to, co mówi instytucja, czy o twoje własne relacje z tym, w co wierzysz?
Ja mam trochę inne podejście do tego tematu i chyba jestem w mniejszości. Nie chodzi mi nawet o kwestię religijną ale o to, że jak robię coś wbrew swoim przekonaniom, to chyba ten rytuał nie ma wtedy żadnego sensu? Znaczy, jeśli w środku czujesz że to złe, to czy ta energia nie idzie w złą stronę? Pytam serio, bo mnie to niepokoi we własnych praktykach.
Ja to chyba nie rozumiem dobrze tej sprzeczności bo u mnie w domu nigdy o tym nie rozmawiano. Ale wydaje mi się że jak coś sprawia ci spokój i nie krzywdzi nikogo, to czemu miałoby być złe? Czakry i medytacja to też były dla mnie coś nowego i z początku nie wiedziałam co o tym myśleć, ale teraz już nie wyobrażam sobie bez tego wieczoru.
Wracając do sedna - mam w notatniku kilka rozmów z tym tematem w tle i za każdym razem wychodzi coś podobnego: ludzie, którzy wyrośli w środowiskach religijnych, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza całkowicie odcina się od religii i idzie w ezoterykę, druga szuka syntezy. I ta druga grupa zazwyczaj dochodzi do bardziej stabilnego miejsca, bo nie odcina połowy swojej historii. Ale ten proces trwa, nie dzieje się z dnia na dzień.
Właśnie to próbuję od jakiegoś czasu rozgryźc u siebie. Jak to właściwie sprawdzić? Serio pytam, bo za każdym razem jak próbuję to przeanalizowac, wpadam w kółko - czy czuję dyskomfort bo to naprawdę moje, czy dlatego że przez lata słyszałam że to złe?
To kółko, które opisujesz, ma nawet nazwę w psychologii - uwikłanie w introjekcję. Internalizujesz przekonanie zewnętrzne do tego stopnia że przestaje być rozpoznawalne jako zewnętrzne. Jedna z metod testowania tego to obserwacja czy dyskomfort pojawia się PRZED działaniem czy PO. Jeśli przed - to często jest właśnie strach przejęty z zewnątrz. Jeśli po - jest bardziej prawdopodobne że pochodzi z twoich własnych wartości.
Chyba kiedy myślę, szczerze mówiąc. Czyli raczej przed. ale nie zawsze - przy afirmacjach to jest bardziej podczas, kiedy zaczyna mi się w głowie kręcić pytanie czy to w ogóle działa albo czy powinnam to robić.
To brzmi jak mechanizm viggilance - czyli mózg jest cały czas w trybie gotowości czy nie przekraczasz jakiejś granicy. widziałam podobne opisy u kilku osób, które pisały o wychowaniu w środowiskach z silnymi zakazami. Ciekawe jest to że te osoby zazwyczaj nie miały problemu z rytuałami jako takimi, tylko z momenami gdy "myśl o zakazie" wchodziła w środek praktyki. Jakby dwie warstwy naraz próbowały działać.
Hm, ale jak to rozrożnić w praktyce? Bo rozumiem co mówisz, ale jeśli samo słowo "rytuał" wywołuje reakcję, to chyba zmiana nazwy niczego nie rozwiąże? To trochę jak z placebo - działa do momentu gdy wiesz że to placebo.
Chyba spokoju wewnętrznego, bo rozgrzeszenia od nikogo nie oczekuję. Ale twoje rozróżnienie jest trafne - bo właściwie nie mam problemu z doktryną jako taką, nie czuję się wierząca w sensie instytucjonalnym. Poblem jest bardziej w tym, że to gdzieś zostało i nie pyta mnie o zdanie.
Dobre pytanie, też mnie to ciekawi. Bo mam poczucie że w moim przypadku pewne rzeczy działają "łatwiej" kiedy jestem dalej od ludzi, którzy mają inne zdanie. Jakby samo towarzystwo już coś uruchamiało w głowie, nawet bez rozmowy na ten temat.
Wracając do pytania Gabrysieńki - bo to ważne żeby nie zgubić tego wątku. Jeśli ten konflikt jest wyraźnie powiązany z konkretnymi sytuacjami społecznymi a nie z samą treścią praktyki, to mówi nam coś istotnego: że nie chodzi o to co robisz, tylko o sieć relacji i oczekiwań wokół ciebie. To nie jest problem wyznaniowy w sensie teologicznym, tylko psychospołeczny.
Praca z cyklem księżycowym to akurat jedna z tych rzeczy, która historycznie nie była postrzegana jako sprzeczna z religią - kalendarz liturgiczny sam w sobie opiera się na obserwacji nieba, Wielkanoc to ruchome święto zależne od pełni. no, Więc ten konkretny obszar ma dużo mniej jednoznaczne granice niż się może wydawać.
Właściwie to mi pomaga, żeby usłyszeć że ta granica nie zawsze była tak ostra. Nie szukam historycznego uzasadnienia bo "mam rację", ale trochę odpuszcza kiedy wiem że to co czuję jako konflikt, może nie być konfliktem z natury samej rzeczy - tylko z konkretną, nowszą interpretacją.
To jest ważna obserwacja. W większości tradycji afrykańskich przenoszonych do Ameryki Łacińskiej ta linia między tym co "religijne" a tym co "magiczne" w ogóle nie istnieje - praca rytualna jest po prostu częścią relacji z sacrum, bez podziału na modlitwę i działanie. Ten dualizm który masz wbudowany jest bardziej produktem konkretnej historii kościelnej niż czymś powszechnym.
To ma sens. Słowa takie jak manifestowanie albo energia są tak mocno powiązane z konkretnym nurtem - New Age, prawo przyciągania i tak dalej - że mozg automatycznie je sortuje do pewnej szufladki. I ta szufladka może mieć dla ciebie jakiś ładunek. Przy spokojniejszych słowach tego nie ma bo nie wpadają w żaden gotowy schemat.
A propos tego co mówi Baska - ja myślę że tutaj astrologia mogłaby ci w tym pomóc, Zaneczka. Praca z tranzytami nie używa ani "energii" ani "manifestowania", to jest bardziej obserwacja i timing. Brak tej warstwy słownej, o której mówisz, może ułatwić pracę.
No i właśnie, Pucharka ma rację że sama chyba wiem najlepiej. Jak próbowałam wcześniej wejść w jakieś działanie bez zastanowienia, to potem był taki dziwny niesmak, niekoniecznie wina, ale coś nieprzyjemnego zostawało. Więc chyba nie jestem osobą która może po prostu "spróbować i zobaczyć". Dla mnie ten głos wewnętrzny jest realny i trzeba z nim jakoś rozmawiać, a nie go omijać.
No właśnie, no to nie jest jakiś wielki krok. no dobra po prostu spróbuj inaczej. ile można analizować 🙂
To że przy czytaniu zaczęło być głośniej jest dość ważne. Może to znaczy że coś się w tej całej sprawie u ciebie poruszyło, że zaczęłaś brać to poważniej albo że ten wątek tutaj sprawił że zaczęłaś się przyglądać temu bardziej niż wcześniej. Nie jest to złe, po prostu wychodzi na jaw więcej materiału.
