Mam taki problem, że odkładam absolutnie wszystko. I kiedy piszę absolutnie, to naprawdę mam na myśli dosłownie każdą rzecz - od odpowiedzi na maila, przez wizytę u dentysty, po... no właśnie, po zaczęcie jakiegokolwiek rytuału. czytałam gdzieś, że prokrastynacja to nie lenistwo, tylko lęk przed niedoskonałością albo przed tym, że coś się uda i wtedy trzeba będzie wziąć za to odpowiedzialność. I to mnie uderzyło, bo u mnie chyba tak jest. Zastanawiam się czy rytuał - cokolwiek by to miało być - może być czymś, od czego zaczynam dziś. Nie w pełni księżyca, nie w konkretny dzień tygodnia, nie kiedy będę gotowa. Dziś. czy to w ogóle ma sens z magicznego punktu widzenia?
To, co opisujesz z tym lękiem przed odpowiedzialnością za sukces, to jest chyba bardziej powszechne niż ludzie myślą. Sama przez długi czas byłam przekonana, że muszę czekać na "właściwy moment" i to czekanie było wygodną wymówką, żeby nie zaczynać. Ale mam pytanie do ciiebie - kiedy mówisz "rytuał", co masz na myśli? Bo to może być bardzo różne rzeczy i to zmienia odpowiedź.
Powiem wam coś, co może być niepopularne - ta obsesja na punkcie "właściwego momentu" to jeden z największych mitów w pracy rytualnej. Oczywiście są pewne cykle, które mogą wzmocnić intencję, ale sama intencja i działanie są ważniejsze niż faza księżyca. W tradycji hoodoo jest takie powiedzenie, że magia się dzieje kiedy ty się dzieje - trohę na wyrost to tłumaczę, ale sens jest taki, że odkładanie to nie jest szanowanie rytmu natury, tylko zwykłe unikanie. Mnie interesuje co konkretnie chcesz zmienić, bo to determinuje to, od czego można faktycznie zacząć dziś.
Trochę bym tu nie przesadzał z tym, że cykle nie mają znaczenia, bo jednak mają - tylko że Anyzek ma rację w tej kwestii, że to nie jest powód żeby nie zaczynać. Są rytuały, które lepiej się sprawdzają w określonych fazach, i są takie, które można robić kiedy się chce. To nie jest czarno-białe. Melania, a co cię konkretnie blokuje przy prokrastynacji? Bo jest duża różnica między tym, że odkładasz bo się boisz, a tym, że odkładasz bo jesteś przytłoczona ilością rzeczy.
Błędne koło to dobre określenie. W kontekście rytuałów - jest coś, co się nazywa rytuałem inicjacji własnej i nie chodzi o żadną wielką ceremonię. Chodzi o to, że wyznaczasz sobie granicę między "przed" i "po". Coś co jest symbolicznym przestawieniem zwrotnicy. może to być zapalenie świecy z intencją, może zmycie rąk z konkretną myślą, może napisanie jednego zdania na kartce i spalenie jej. To nie musi być skomplikowane, żeby działało. Pytanie brzmi - czy tobie bardziej pomogłoby coś codziennego, małego, czy raczej jednorazowy akt, taki symboliczny przełom?
Ja mam pytanie bo trochę nie rozumiem - jeśli ktoś ma problem z prokrastynacją, to skąd ma siłę żeby w ogóle utrzymać rytuał? Bo rytuał też jest jakimś działaniem, które można odłożyć. Sama próbowałam kilka razy coś regularnego i po tygodniu przestawałam. Czy to nie jest trochę paradoks?
Ale jak coś jest tak małe, to czy to w ogóle jeszcze jest rytuał? Serio pytam, bo mnie uczono, że rytuał musi mieć jakąś strukturę - otwarcie, część główną, zamknięcie. Takie trzydzieści sekund to bardziej afirmacja albo gest niż rytuał, nie?
Magini, masz rację ale to jest tylko jedna warstwa. Neurologia tłumaczy mechanizm, ale nie tłumaczy dlaczego pewne symbole i gesty mają znaczenie dla konkretnej osoby, a inne nie. Dlatego ktoś może mieć idealnie zaprojektowany "nawyk" według Jamesa Cleara i nadal go nie utrzymać, bo brakuje osobistego znaczenia. Prokrastynacja to też często sprawa tego, że zadanie jest oderwane od tego co naprawdę czujesz, że powinieneś robić. Rytuał może pomóc w znalezieniu tego połączenia.
Chcę tu coś dopowiedzieć, bo widzę że rozmowa idzie w ciekawą stronę. istnieje coś w psychologii buddyjskiej, co się nazywa "sankalpa" - to jest intencja formułowana zanim się wejdzie w medytację lub rytuał. I to nie jest zwykłe "chcę to osiągnąć" tylko coś głębszego - coś w stylu "kim jestem kiedy to robię". Ta różnica jest ogromna. Zamiast mówić sobie "chcę przestać prokrastynować" próbujesz uchwycić kim jesteś kiedy działasz. To zmienia całą dynamikę, bo nie walczysz z nawykiem tylko przyjmujesz nową tożsamość. Melania - masz jakiś obraz siebie, do której chciałabyś wrócić albo którą chciałabys stać się?
Czytam to wszystko i zastanawiam się - czy to co opisujecie z tą tożsamością i sankalpa nie jest przypadkiem tym co w afirmacjach próbuje się osiągnąć przez mówienie w czasie teraźniejszym? czyli zamiast "będę działać" to "jestem osobą która działa"? Może te tradycje dochodzą do tego samego miejsca różnymi drogami.
Ale to rodzi pytanie - skoro angażujemy ciało i przestrzeń to co konkretnie Melania mogłaby zrobić dziś? Bo mamy już jakiś zarys filozofii za tym, ale nie ma żadnej konkretnej propozycji. ja bym proponował zacząć od rytuału progów - to coś z tradycji słowiańskiej i nie tylko, próg domu jest miejscem przejścia. Wychodzisz rano i przekraczając próg mówisz sobie - albo w głowie albo szeptem - jedno zdanie o tym co dzisiaj zrobisz. Jeden konkret. I wracając wieczorem sprawdzasz czy to zrobiłaś. Próg jako granica między intencją a powrotem do siebie.
Oj to jest ciekawe z tym progiem 🙂 Nie weidzałam tego w taki sposób nigdy. Ale mam pytanie - co jeśli ktoś pracuje z domu i nie wychodzi? To rytuał progu odpada czy można to jakoś zmodyfikować?
Aldona, to co opisujesz to jest właściwie japonka "ma" - moment przerwy, pauzy, przestrzeni między jednym stanem a drugim. To nie jest głupie, to jest bardzo stare. eh, w każdej tradycji którą znam jest ten element - coś co oznacza przejście. Nie ma tradycji rytualnej, która by tego nie miała w jakiejś formie. I to jest właśnie odpowiedź na pierwotne pytanie z tego tematu - tak, możesz zacząć dziś, bo próg jest zawsze tam gdzie jesteś.
Dobra, ale wróćmy do sedna bo trochę odpłynęłyśmy. Melania pytała czy może zacząć dziś 🙂 I to jest konkretne pytanie. Mamy próg, mamy intencję, mamy małe gesty - ale co ona ma zrobić dziś wieczór, dosłownie? Bo jak mam za dużo opcji to sama nie wiem od czego zacząć i podejrzewam że przy prokrastynacji to jeszcze gorsze.
Dobra, jutro mam napisać maila do klienta z którym nie miałam kontaktu od kilku miesięcy. I odkładam to od trzech tygodni. Za każdym razem otwieram skrzynkę, patrzę na jego nazwisko i zamykam.
Trzy tygodnie to już nie jest prokrastynacja to jest coś głębszego. Czy ten mail to coś trdnego merytorycznie czy chodzi o to że nie wiesz jak zacząć po przerwie?
Nie brzmi absurdalnie. To jest klasyczny przykład tego co się nazywa "intention-action gap" - wiesz, chcesz, rozumiesz, a ciało nie wykonuje polecenia. I właśnie tu rytuał może coś zmienić, bo rytuał angażuje ciało zanim zaangażuje się wola.
Czyli to co Florka opisuje to jest w sumie to samo co pisała Magini wcześniej o sygnale i nagroda - tylko że opakowane inaczej? Bo zaczynam się gubić czy mówimy o rytuałach ezoterycznych czy o psychologii nawyków.
Ja powiem tak - Melania, wieczorem przed snem weź kartkę. Nie zeszyt, nie notatnik, dosłownie jedną kartkę. Napisz na niej jednym zdaniem co jutro wyślesz ten mail. Złóż kartkę i połóż pzy klawiaturze. Rano zanim włączysz komputer - rozłóż tę kartkę, przeczytaj, i dopiero wtedy włącz. To ma trzy sekundy. Ale to jest rytuał przejścia między nocą a działaniem.
Ale to nie jest trochę za proste? Mam na myśli, czy coś takiego naprawdę działa, czy to tylko placebo? Pytam serio bo sama próbowałam karteczek i nic z tego nie wyszło.
Lumina, to nie zmienia Ciebie. To zmienia kontekst. Jest duża różnica. Jak wstajesz i widzisz złożoną kartkę, to masz fizyczny obiekt który coś reprezentuje - zobowiązanie, intencję. Psychicznie to inaczej działa niż abstrakcyjna myśl w głowie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku - czy to nie powinno mieć jakiejś symboliki? Znaczy, sama kartka to jest kartka. ehh czy nie lepiej użyć czegoś co ma dla tej osoby znaczenie? Jakaś konkretna rzecz, kolor, zapach?
W tradycji runicznej jest na to bindruna - łączysz dwie runy które reprezentują intencję i działanie. Tisa jako runa odwagi i działania plus Naudhiz jako presja konieczności - i wyryjesz to na czymś małym. Nie jako amulet, ale jako przypomnienie. Sam to stosuję przy rzeczach które ciągle odkładam i działa na zasadzie takiego wzrokoowego "ej, pamiętasz".
Ten kamyk mnie uderza. Bo ja mam jeden taki przedmiot - kamień z plaży, zupełnie zwykły, ale zabrałam go po bardzo ważnym dniu. Leży na biurku od lat ale nigdy go nie użyłam świadomie do niczego. Może to jest to?
Melania, to brzmi jak gotowy rytuał sam w sobie. Kamień z konkretnego dnia ma już ładunek - nie musisz go "aktywować" ani nic takiego. On już coś znaczy. Pytanie tylko co chcesz z nim zrobić - trzymać w dłoni przed otwarciem skrzynki? Położyć na klawiaturze? To są różne decyzje.
Zabobony to słowo którego ludzie używają kiedy chcą zdyskredytować coś czego nie rozumieją albo co im działa. Dotknięcie przedmiotu przed ważnym działaniem pojawia się w tylu kulturach niezależnie od siebie, że trudno to zbagatelizować. Sportowcy mają swoje rytuały przedmeczowe, chirurdzy mają swoje sekwencje przed operacją. Nikt tego nie nazywa zabobonem.
Magini, właśnie trafiłaś w sedno. badania nad rytuałami przedoperacyjnymi pokazują że te protokoły FAKTYCZNIIE mają efekt stabilizujący na poziomie fizjologicznym - obniżają kortyzol przed procedurą. to nie jest albo-albo. Rytuał może być jednocześnie praktyczny i symboliczny.
