Mam pytanie, bo sama przez to przechodziłam i nie wiem, czy moje doświadczenie jest miarodajne. Byłam kiedyś w środku naprawdę ciężkiej sprawy formalnej, takiej która ciągnęła się miesiącami, i kompletnie nie mogłam się skupić na niczym. Nie chodziło nawet o brak czasu, tylko o to, że głowa była zajęta. Próbowałam wtedy robić pewne rzeczy regularnie, ale miałam wrażenie, że to idzie bokiem, bo myślami byłam gdzie indziej. Zastanawiam się, czy w ogóle ma sens zaczynać coś poważniejszego kiedy jesteś w takim zawieszeniu? Nie mówię, że nie można nic robić, ale czy nie lepiej poczekać?
To zależy od tego, co rozumiesz przez "robić rytuały". Jeśli masz na myśli coddzienne, drobne praktyki porządkujące przestrzeń i głowę, to nie widzę powodu, żeby rezygnować. Natomiast jeśli planujesz coś większego, wymagającego pełnej obecności i skupienia, to faktycznie warto się zastanowić. Skupienie nie jest tu kwestią estetyczną, tylko funkcjonalną. Rozproszony umysł po prostu inaczej pracuje.
Ale tu pojawia się pytanie, co w ogóle liczymy jako "pełną obecność". Bo ja mam wrażenie, że to jest taki ideał, który rzadko kiedy się osiąga, nawet bez procesów sądowych. Zawsze jest jakiś szum w głowie, jakieś sprawy do załatwienia. Czy nie jest tak, że jeśli czekamy na idealne warunki, to nigdy nic nie zrobimy?
Myślę, że warto tu rozróżnić kilka rzeczy, bo wrzucanie wszystkiego do jednego worka trochę zaciemnia obraz. Są rytuały, które mają charakter ochronny albo porządkujący i te akurat często robi się właśnie w trudnych momentach, nie dlatego że mamy idealną koncentrację, tylko dlatego że sytuacja tego wymaga. w tradycjach runicznych na przykład pewne zabiegi wykonuje się dokładnie wtedy, gdy coś się dzieje, a nie przed lub po. Zupełnie inna sprawa to rytuały, które wymagają długiego skupienia i precyzyjnej intencji od początku do końca. Tu rozproszenie naprawdę może robić różnicę, ale nie w sensie mistycznym, tylko praktycznym.
Z mojej strony dodam, że prócz sprawy skupienia jest jeszcze coś innego. no i, kiedy jesteś w środku konfliktu, twoje czakry obronne, szczególnie splot słoneczny i gardło, są częso bardzo aktywne w nieregularny sposób. To nie sprzyja żadnemu bardziej subtelnemu działaniu, bo energetycznie chodzi o zupełnie coś innego niż na co dzień. Nie twierdzę, że trzeba czekać na idealne warunki, bo te nie istnieją, ale warto mieć świadomość, że twój system energetyczny jest wtedy w trybie przetrwania, nie w trybie pracy twórczej.
Mnie to przypomina jedną sytuację sprzed kilku lat. Miałam wtedy spór z sąsiadką, nie sądowy, ale bardzo stresujący, i robiłam przy tym pewwne rzeczy regularnie, żeby się nie rozsypać. Nie wiem czy to działało na coś zewnętrznego, ale na pewno działało na mnie. Miałam wrażenie, że te momenty były jedynym, kiedy wychodziłam z tej całej historii na chwilę i byłam przy sobie. Więc może pytanie nie jest, czy warto w ogóle, tylko czego szukasz w tych praktykach w tym konkretnym momencie?
Słuchajcie, a czy ktoś w ogóle próbował czegoś konkretnego podczas sprawy sądowej? Nie pytam o szczegóły, tylko czy macie jakieś doświadczenie z tym, że coś miało wpływ na poczucie kontroli albo odwrotnie, że coś się posypało, bo głowa była zajęta?
Ja miałem sytuację, gdzie byłem świadkiem w jednej sprawie, nie strona, ale to też potrafi człowieka rozkręcić na wiele tygodni. Robiłem wtedy głównie takie rzeczy, które nie wymagały skomplikownaej intencji. Raczej rutyna niż coś nowego. I powiem szczerze, że ta rutyna działała jak kotwica. Nie zrobiłem nic nowego, żadnego nowego założenia, tylko trzymałem się tego, co znałem na pamięć.
Moim zdaniem w trakcie procesu sądowego przede wszystkim trzeba zadbać o ochronę energetyczną. Sąd to miejsce, gdzie skupia się bardzo dużo napięcia, emocji różnych stron i to działa na człowieka nawet jeśli nie zdajemy sobie sprawy. Polecam zacząć od czegoś prostego związanego z oczyszczaniem przestrzeni i ochroną przed wpływami zewnętrznymi, to zawsze pierwsza rzecz.
Wychodzi mi z tej rozmowy, że spora część z was myli dwie rzeczy. Jedno to sprawa praktyczna, czyli czy jesteś w stanie w ogóle cokolwiek zrobić porządnie w takim stanie. Drugie to kwestia, czy właśnie ten trudny moment nie jest czasem, kiedy pewne praktyki są wręcz wskazane, nie ze względu na wyniki, tylko ze względu na ciebie. Ja skłaniam się ku temu, że odpowiedź na oba pytania zależy od osoby i od tego, co ją stabilizuje. Nie ma jednej odpowiedzi na tym forum.
Wracając do twojego pytania, bo nie odpowiedziałam. W kontekście runicznym chodzii o to, że pewne układy i znaki działają odpowiedziowo na stan, który jest, a nie na stan, który chcemy osiągnąć. Więc jeśli jesteś w środku konfliktu, to pracujesz z tym konkretnym stanem, a nie próbujesz go najpierw wyciszyć. To trochę inne podejście niż zakładanie, że musisz być spokojny zanim cokolwiek zaczniesz. Oczywiście to nie znaczy, że możesz zrobić cokolwiek w dowolnym stanie. Ale nie ma tu tkaiego wymogu, żeby najpierw doprowadzić się do spokoju.
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę mnie ona zastanawia. Mówimy o koncentracji jako warunku, ale czy ktoś z was ma doświadczenie z tym, że brak koncentracji dał niespodziewany efekt? Nie mówię, że lepszy, tylko inny niż zakładałeś. Bo może ta sprawa skupienia jest nieco przeceniania w pewnych praktykach.
Dobra, to może konkretne pytanie do tych, którzy przez to przeszli. Czy jest coś, czego zdecydowanie byście odradzili w takim momencie? Nie ogólnie, tylko właśnie wtedy kiedy sprawa prawna ciągnie się w tle i kompletnie nie dajesz rady myśleć o niczym innym?
no ale, odradzałbym zaczynanie długich cykli, które mają określony harmonogram, bo ryzykujesz, że nie skończysz i to jest gorsze niż niezaczynanie. Odradzałbym też robienie czegoś, co jest bezpośrednio skierowane na wynik sprawy, jeśli nie masz przy tym jasnej głowy, bo intenncja ma tu kluczowe znaczenie i jej rozmyta wersja może robić coś zupełnie innego niż chcesz. Poza tym cokolwiek, co wymaga precyzyjnego czasu astronomicznego, bo jeśli jesteś rozproszony, to i tak to zaburzysz, więc po co.
oj, a jak tam w ogóle się odradzasz po tej sprawie sądowej? Bo ja czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że wszyscy mówią co robić albo czego nie robić, ale nikt nie pyta jak ty się w tym czujesz na co dzeń. bo może to jest punkt wyjścia, nie teoria.
Szczerze? Fatalnie. To znaczy, funkcjonuję, ale mam takie poczucie, że głowa jest cały czas w trybie gotowości bojowej. cokolwiek zaczynam robić, po pięciu minutach myśl wraca do sprawy. I właśnie dlatego pytałam, bo zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens próbować, czy raczej odpuścić sobie całkowicie na ten czas.
I to jest akurat ważne, że to mówisz, bo to zmienia całą rozmowę. no tryb gotowości bojowej to nie jest kwestia skupienia jako takiego, to jest kwestia układu nerwowego, który dosłownie pracuje na podwyższonych obrotach. W takim stanie rytuały mogą być albo wentylatorkiem, albo kolejnym źródłem napięcia, zależy od tego, czego oczekujesz po nich.
Ja mam pytanie, może trochę z boku. Czy ktoś z was miał tak, że zaczął coś robić w trudnym czasie i potem nie wiedział jak to zakończyć? bo mnie się to raz przydarzyło i zostałam z takim poczuciem niedokończonej sprawy, które trwało długo po tym, jak tamten problem minął.
To, co Krysia opisuje, jest akurat dobrym argumentem za tym żeby mieć wczesniej przemyślane, jak coś kończyć, zanim się zacznie. szczególnie kiedy kontekst jest niepewny i nie wiesz, kiedy sprawa dobiegnie końca. Świeca z otwartą intencją to nie jest coś strasznego, ale bez świadomego zamknięcia rzeczywiscie może zostawić wrażenie zawieszenia.
Ale zaraz, czy to znaczy, że przed każdym rytuałem w trudnej sytuacji powinno się planować jego zakończenie? Bo to brzmi jakbyś był chirurgiem, który przed operacją planuje jak zszyje pacjenta. Nie zawsze wiadomo, co się wydarzy w trakcie.
Ale wracając do pierwotnego pytania, bo trochę odpłynęliśmy. Andromedka pytała o to, czy w ogóle można to robić przy procesie sądowym. i mam wrażenie, że ta rozmowa doszła do wniosku, że można, ale z małymi rzeczami i z głową. czy dobrze podsumowuję, czy coś pominąłem?
Jak dla mnie to jest jak masz sesje sądowe blisko siebie i głowa jest totalnie w trybie przetrwania, to nie ma sensu nic robić. Ja przynajmniej tak mam, że jak jest za dużo naraz to i tak nic nie wchodzi. Astrologia mówi zreszta, że sa okresy kiedy trzeba po prostu przeczekac, nie wychylac sie i nie zaczynac nowych spraw.
Merkury wsteczny to jedna sprawa, ale pytanie o planety przy procesie sądowym to już bardziej Saturn i Jowisz. Saturn rządzi systemami prawnymi, strukturami, obowiązkami, a Jowisz sprawiedliwością i wyrokami. Więc jeśli masz Saturna na Słońcu, to nie jest dobry czas na wymaganie od siebie skupienia w rytuałach, bo to tranzyt, który i tak daje ogromne zmęczenie. A Merkury wsteczny jeśli chodzi o spraw sądowych to przede wszystkim ryzyko błędów w dokumentach, a nie sprawa rytuałów. Trochę inne rejestry.
Przy sprawach sądowych polecałabym też spojrzeć na dom dziewiąty i dom siódmy. Dziewiąty to właśnie sprawy prawne, sądy, systemy wymiaru sprawiedliwości. Jeśli masz tam teraz ciężki tranzyt, to samo w sobie już dużo mówi o tym, z czym osoba się zmaga. A dom siódmy to kontrakty, ale też otwartych wrogów w klasycznej astrologii. Więc zależy, jaki jest charakter tej sprawy sądowej.
Astrologia to ciekawy kontekst, ale mam wrażenie, że znowu trochę odpłynęliśmy od sedna. andromedka pytała o to, czy jest moment, kiedy definitywnie powinna odpuścić. I zaczęliśmy od planet, co jest spójne, ale czy ktoś odpowiedział na to bardziej konkretnie, z własnego doświadczenia? bo planeta planetą, ale co czuć w środku, kiedy wiadomo, że to nie jest dobry czas?
Właśnie o to mi chodziło, bo z astrologią mi było wiadomo, że można patrzeć na transity. Ale pytałam bardziej o to wewnętrzne rozpoznanie, o którym mówi Halny. bo nie każdy ciągle śledzi swój chart, a jakoś ten moment trzeba poczuć albo zobaczyć.
Dla mnie takim sygnałem była sytuacja, kiedy zaczęłam robić rozkład i po prostu nie mogłam się skoncentrować na pytaniu. Karty wyciągałam, ale myśl uciekała do tej konkretnej sprawy, która mnie zajmowała. I to był moment, żeby odłożyć talie i powiedzieć sobie, że nie teraz. Nie dlatego, że coś mi zakazuje, tylko dlatego, że nie byłam w stanie być przy tym, co robię.
