Zaczęłam myśleć o tym temacie po tym, jak przeprowadziłam się do nowego mieszkania jakieś pół roku temu. Zawsze wiedziałam, że różne kultury mają swoje sposoby na "zadomowienie się" w nowym miejscu, ale dopiero wtedy naprawdę zastanowiłam się, po co to właściwie robimy. Mam na myśli - czy chodzi o coś czysto symbolicznego, czy jest w tym coś więcej? W wielu tradycjach słowiańskich np. pierwsza rzecz, którą wnosi się do domu, to chleb i sól - ale to chyba większość kojarzy. Mnie bardziej zastanawia co dzieje się z tymi momentami, które nie mają żadnej gotowej ceremonii. Zmiana pracy, rozstanie, nawet utrata kogoś bliskiego - to są przejścia, które kultura zachodnia praktycznie przemilcza. Idziesz, wypisujesz dokumenty i masz żyć dalej. Skąd w ogóle ten temat? Bo sama od jakiegoś czasu szukam czy są jakieś konkretne praktyki, które ludzie stosują przy takich momentach - nie z gotowych poradników, ale z własnego doświadczenia.
Mnie akurat temat przeprowadzki mocno siedzi w głowie, bo za kilka tygodni mam swoje "wielkie przejście" - zmieniam miasto po ośmiu latach. I właśnie zastanawiam się nad tym co napisałaś - że kultura zachodnia nie ma na to żadnego rytuału. Bo mamy jakiś tam "wieczór panieński" czy "osiemnastkę", ale to chyba nie o to chodzi? To są imprezy, nie rytuały. A jest różnica. Rytuał ma chyba jakiś wymiar intencjonalny - robisz coś świadomie, żeby zaznaczyć granicę między tym, co było, a tym co będzie. Impreza to tylko impreza. Czytałam kiedyś o koncepcji Arnolda van Gennepa - opisywał strukturę rytuałów przejścia jako trzy fazy: separacja, liminalność i włączenie. I teraz jak patrzę na swoje własne życie, to widzę, że te fazy się dzieją, ale bez żadnej formy. Po prostu odpływają niezauważone.
Dobra, ale mam pytanie - bo trochę mi się to miesza. Mówicie o rytuałach jako o czymś, co pomaga psychologicznie, ale na forum ezoterycznym zakładam, że chodzi o coś więcej niż tylko psychologia? Albo niekoniecznie? Bo nie wiem jak wy to rozgraniczacie - czy dla was rytuał przejścia to coś co działa na poziomie energetycznym, czy to jest bardziej jak... świadome zachowanie, które pomaga mózgowi zamknąć rozdział?
Mam pytanie z zupełnie innej strony - jak wy to robicie kiedy zmiana, którą przeżywacie, jest bolesna? Chodzi mi o koniec związku albo coś w tym stylu. Bo rytuał zamknięcia rozdziału brzmi pięknie, ale mam wrażenie, że kiedy się jest w środku bólu, to ciężko to zaplanować i zrobić ze spokojem. Czy to w ogóle ma sens wtedy?
A wracając do tego co mówiłam o swoim zawieszeniu - siedzę w tej liminalności już dobrze i ciągle nie wiem co z nią zrobić. Słucham tych wszystkich teorii i są sensowne, ale w praktyce nie potrafię sobie wyobrazić jak zrobić rytuał separacji od miejsca, w którym jeszcze fizycznie jestem. Jak odcinasz coś, czego jeszcze nie opuściłaś?
Właśnie to mnie zastanawiało kiedy pytałam wcześniej o bolesne zmiany. Nie masz czasu się przygotować, nie wiesz że to nadchodzi. I nagle jesteś w środku czegoś i wszyscy mówią zrób rytuał zamknięcia, ale kiedy? Jak? Jak jesteś w szoku to nie masz pojemności na żadną formę.
Czytam to i mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś tutaj miał doświadczenie z rytuałem przy zmianie pracy? Nie przy czymś tak dramatycznym jak koniec związku, ale przy takiej zmianie, która jest teoretycznie dobra, ale powoduje dziwny lęk? Bo właśnie zmieniam pracę na lepszą i mam poczucie winy wobec starego miejsca. Nie wiem nawet jak to nazwać.
Dorzucę jeszcze jeden wymiar bo mi tu brakuje wątku ciała. Rytuały przejścia w tradycyjnych kulturach bardzo często angażowały ciało fizycznie i to nie symbolicznie - posty, wyczerpanie, ból, zimno. Inicjacja u Satere-Mawe w Brazylii to rękawice z osami, które żądlą przez dwadzieścia minut. Nikt nie pyta czy jesteś gotowy psychicznie, ciało przechodzi a psychika dostosowuje się do tego co ciało przeżyło. My mamy tendencję żeby robić rytuały bardzo w głowie, bardzo symboliczne, i potem dziwimy się że nic "nie poczuliśmy".
Tylko że tu wchodzimy na ciekawy teren - co to znaczy dla nas dziś. Nie będziemy się oczywiście zakładać rękawic z osami, ale może fizyczny element jest ważniejszy niż myślimy. Post przed rytuałem, kąpiel w zimnej wodzie, chodzenie boso. Nie jako spektakl ale jako sygnał dla układu nerwowego że coś realnie się zmienia. Mam wrażenie że wiele współczesnych rytuałów odpuszcza ten element kompletnie i stąd to uczucie że "nic nie poczułam".
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie że rytuał działa bo angażuje ciało, a nie tylko myśl. Ale czy to nie jest po prostu warunkowanie? Jak pies Pawłowa - robisz coś regularnie z jakimś gestem i zaczynasz kojarzyć ten gest ze zmianą. Mam wrażenie że tu ktoś powie że to redukcjonistyczne, ale naprawdę nie wiem gdzie przebiega granica.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może bardzo podstawowe, ale mnie to nurtuje - czy rytuał przejścia można zrobić w związku z kimś? Znaczy, czy jest sens robić go razem z drugą osobą jeśli ta zmiana dotyczy was obojga, na przykład przeprowadzka do wspólnego mieszkania?
Ok, ale my nie mamy tej wspólnoty. Tzn. ja nie mam. Zmiana pracy to coś co ogłaszam na LinkedIn i tyle. Nikt nie przyjdzie patrzeć jak wchodzę do nowego biura. Czy rytuał ma wtedy jakikolwiek sens bez tego kontekstu?
Słucham tego wątku o wspólnocie i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem że rytuał zbiorowy ma inną wagę. Ale z drugiej - jest coś w samotnym przeprowadzeniu rytuału czego nie umiem dobrze nazwać. Jakby to był akt tylko dla siebie, bez spektaklu dla innych.
Mam pytanie które może być trochę z boku, ale zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu. Czy rytuał przejścia ma sens przy zmianach których nie wybrałaś? Tzn. przeprowadzka z wyboru to jedno, ale co z utratą pracy albo końcem związku który się po prostu rozpadł? Czy można rytualnie przejść przez coś co ci się przytrafiło a nie co zrobiłaś?
Dobra, ale tu jest coś co mnie trochę niepokoi w tej rozmowie. Mamy już chyba kilka modeli jak to działa - przez ciało, przez wspólnotę, przez symboliczne zamknięcie, przez gotowość wewnętrzną. I wszystkie brzmią przekonująco. Ale jak się nie wie który z nich pasuje do swojej sytuacji, to jak w ogóle zacząć?
Dobra, ale tu jest coś co mnie trochę niepokoi w tej rozmowie. Mamy już chyba kilka modeli jak to działa - przez ciało, przez wspólnotę, przez symboliczne zamknięcie, przez gotowość wewnętrzną. I wszystkie brzmią przekonująco. Ale jak się nie wie który z nich dotyczy konkretnej sytuacji, to co się właściwie robi? Losuje?
Wchodzę tutaj bo to "działają" mnie bardzo ciekawi. Bo w badaniach nad rytuałami - Kapitány i Nielsen robili takie eksperymenty - wykazali że rytualne działania obniżają lęk przed ważnymi wydarzeniami niezależnie od tego czy osoba wierzy że rytuał ma jakiekolwiek nadprzyrodzone działanie. Sam akt powtarzalności i intencjonalności robił robotę. Więc może pytanie "dlaczego działa" jest trochę mniej istotne niż myślimy.
Hmm, ale jeśli sam akt wystarczy to wracamy do pytania Keijli sprzed chwili - czemu w ogóle potrzebujemy tej całej otoczki symbolicznej. Dlaczego nie powiedzieć po prostu "skończyłam pracę, zaczynam nową" i tyle? Czy rytuał dodaje coś czego nie ma w samym fakcie zmiany?
Ja miałam podobnie po końcu związku. Nie robiłam żadnego rytuału, po prostu "żyłam dalej" i przez bardzo długi czas miałam poczucie że jestem gdzieś pomiędzy. Nie w tym związku ale też nie poza nim. Dopiero jak zrobiłam coś konkretnego - nawet głupiego, wyrzuciłam kilka rzeczy w sposób świadomy, z intencją - coś się przestawiło.
Przepraszam że wchodzę, bo czytałem całą tę rozmowę i mam pytanie może banalne. Czy jest jakiś minimalny zestaw elementów który musi mieć rytuał przejścia żeby być rytuałem? Tzn. co musi się wydarzyć?
