Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co nie daje mi spokoju. Mam taką poranną sekwencję, którą robię od lat - zanim jeszcze wstanę z łóżka, leżę chwilę z zamkniętymi oczami, potem wstaję zawsze najpierw lewą nogą, zaparzam kawę dokładnie w tej samej kolejności i siadam przy oknie na jakieś dziesięć minut zanim wezmę telefon. Nie wiem kiedy to weszło w krew, po prostu tak jest. I teraz pytanie, które mnie nurtuje - czy to już jest rytuał? Tzn. nie nadałam temu żadnej intencji na początku, nie powiedziałam sobie "teraz zaczynam rytuał poranny", to się po prostu ułożyło samo. Ale czuję, że jak tego nie zrobię - bo czasem się nie da, hotel, wyjazd, cokolwiek - to dzień idzie jakoś inaczej. Nie mówię że gorzej, ale inaczej. Jakby coś było nie na miejscu. I nie wiem czy to magia, psychologia, nawyk czy coś pomiędzy.
To jest właśnie to pytanie, które moim zdaniem rzadko kto sobie zadaje uczciwie. Bo większość ludzi albo od razu mówi "to tylko nawyk, nie ma tu nic ezoterycznego" albo wskakuje w drugą stronę i nadaje temu kosmiczny wymiar. A rzeczywistość jest chyba gdzieś pośrodku i dużo ciekawsza. W tradycjach szamańskich, ale też w ceremoniałach różnych kultur, rytuał niekoniecznie zaczyna się od świadomej deklaracji. On się zaczyna od powtórzenia z uwagą. Twoja kawa przy oknie z dala od telefonu - to jest uwaga. Pytanie które bym zadał: czy w trakcie tego czujesz coś konkretnego, jakiś rodzaj przejścia, odcięcia się od snu, wejścia w dzień? Czy to jest mechaniczne?
Hej, bo ja się trochę gubię. Ten van Gennep to kto? I co znaczy, że rytuał ma strukturę trójfazową - to dotyczy tylko takich poważnych obrzędów czy zwykłych codziennych rzeczy też?
Myślę, że tu jest sedno całego tematu. Bo jeśli rytuał to tylko struktura, to można go wykonać śpiąc. Jeśli to tylko intencja, to można ją mieć bez żadnej struktury. Ale coś mi mówi, że one razem robią coś, czego każde z nich osobno nie robi. Znam ludzi, którzy mają absolutnie sprecyzowaną intencję podczas rytuałów, ale działają chaotycznie, bez żadnego porządku - i efekty są marne. I znam takich, którzy robią wszystko mechanicznie, ale precyzyjnie - też nic. Dopiero kiedy jedno i drugie jest razem, coś się zmienia. Ale nie wiem czy to działa w skali mikro, czyli w codziennej rutynie.
Ja mam taką jedną rzecz wieczorami, tylko że nie wiem czy to kwalifikuje się do tej rozmowy. Przed snem zawsze gaszę lampkę w tej samej chwili - po prostu czuję kiedy to jest ten moment - i leżę chwilę w ciemności zanim zasnę. Nikomu o tym nie mówiłem, to jest moje. I właśnie ta myśl, że to może być jakiś rytuał, jest dla mnie nowa.
Mam głupie pytanie może - czy rytuał musi być cichy i samotny? Bo mam wrażenie, że jak o tym mówię rodzinie, to natychmiast to przestaje działać. Jakby samo powiedzenie na głos "mam rytualną kawę o 7" zabijało to coś. Czy ktoś miał tak samo?
To jest coś, o czym rzadko się mówi - że rytuały mogą tracić swoje działanie przez obserwację. Jest na to nawet coś w fizyce kwantowej, ten efekt obserwatora, choć wiem że to porównanie pewnie część z was będzie chciała zjeść 🙂 Ale poważnie - w wielu tradycjach okultystycznych jest zasada milczenia wokół rytuałów właśnie z tego powodu. Crowley pisał o tym, Spare też. Że wypowiedzenie rytuału na zewnątrz rozprasza to co zostało zgromadzone.
Słucham tej rozmowy i mam jedno skojarzenie - czytałam kiedyś o japońskiej koncepcji "kata", czyli wzorcu ruchów w sztukach walki, który z pozoru wygląda jak mechaniczne ćwiczenie, ale po wielokrotnym powtórzeniu staje się nośnikiem czegoś trudnego do opisania. Mistrzowie mówią, że kata nie chodzi o technikę, tylko o to co jest między ruchami. Może codzienne rytuały działają podobnie - struktura jest pretekstem, a treść jest w przerwach?
To co napisałam o kata - chcę dopowiedzieć, bo urwałam - chodzi mi o to, że w japońskich sztukach walki nie mówi się, że kata "działa" po pierwszych stu powtórzeniach. Mówi się, że zaczyna działać wtedy, kiedy przestajesz myśleć o tym, że je wykonujesz. I to mi się łączy z tym co Leonora pisała o tej kawie - że są dni kiedy to jest coś namacalnego, a są dni gdzie jest się myślami gdzie indziej. Może to nie jest kwestia intencji ani struktury, tylko po prostu stopnia zakorzenienia?
Ale właśnie tu jest moje pytanie do całej tej rozmowy o strukturze i zakorzenieniu - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie dobrze zakorzeniony, wielokrotnie powtarzany rytuał nagle przestał cokolwiek dawać? Nie przez jedną złą chwilę, tylko trwale? Bo mnie to spotkało i do dziś nie wiem co się stało.
Ja akurat nigdy nie myślałem o tym w kategoriach ciągłości. Moja wieczorna chwila w ciemności jest kiedy jest - zdarzało się, że nie przez kilka dni, bo coś wypadło, ktoś był w domu. I nigdy nie miałem poczucia że coś się urwało.
Słucham i myślę sobie, że może to nie jest kwestia definicji, tylko doświadczenia. Tzn. dla jednej osoby zapalenie świeczki to nawyk, dla innej to próg. I to samo działanie może być jednym i drugim w różnych momentach życia tej samej osoby. Nie wiem po co to rozstrzygamy tak twardo.
Właśnie to mnie tutaj najbardziej uderza - że te rytuały, o których mówicie, pojawiają się najczęściej przy zmianach albo trudnych momentach. Jakby człowiek instynktownie szukał czegoś stałego. Mam ostatnio dużo chaosu i zauważyłam, że robię coraz więcej małych powtarzalnych rzeczy wieczorami. Nie nazwałabym tego dotąd rytuałem, ale teraz myślę inaczej.
Słucham i myślę sobie, że wy wszyscy macie jakieś bardzo rozbudowane wewnętrzne życie tych rytuałów. Moja wieczorna chwila w ciemności - nie zadaję sobie tych pytań. Po prostu jest. Czy to znaczy, że u mnie nie działa tak głęboko, czy że nie analizuję za bardzo?
Czytam tę rozmowę od początku i mam takie pytanie, może głupie - czy w ogóle musi być jakaś granica między rytuałem a nawykiem? Bo ja mam wrażenie, że im bardziej to rozdzielamy, tym mniej sensu to ma. Moja babcia co wieczór odmawiała różaniec i na pewno nie zadawała sobie pytania czy to nawyk czy rytuał. Po prostu to robiła.
A ja się zastanawiam - czy to nie jest trochę smutne? Że musimy się tak zastanawiać i budować od zera zamiast po prostu mieć? Rozumiem, że tradycja ma swoje ograniczenia, ale to co opisujecie z tą niepewnością, z analizowaniem czy to działa - mojej babci to nie dotyczyło.
Ja wchodzę trochę z boku, bo głównie siedzę w runach, ale mam wrażenie, że to pytanie "czy to wystarczy" z tytułu wątku w ogóle zakłada złą hierarchię. Wystarczy do czego? Do czyjego standardu? W praktyce runowej też są bardzo proste czynności - dotknięcie, oddech, cisza - które są częścią pracy, ale ktoś z zewnątrz powiedziałby, że to nic. Kryterium nie jest złożoność ani nazwa.
Ten wątek o intencji mnie trochę zatrzymuje, bo w runach bardzo mocno podkreśla się, że intencja nie musi być werbalna ani nawet w pełni świadoma. Jest coś, co w praktyce nordyckiej nazywa się "hugr" - to coś w rodzaju umysłu, ale nie tego racjonalnego, bardziej jak ogólny kierunek woli. I pytanie, czy wasza poranna kawa albo wieczorna ciemność mają taki hugr - bo jeśli tak, to dyskusja o "wystarczy czy nie" jest trochę obok.
Ja się tu trochę gubię - bo zaczęłam tę rozmowę z pytaniem dla siebie, czy moje własne codzienne rytuały "się liczą", a teraz mamy van Gennepa i hugr i nie wiem już gdzie jestem 🙂 Ale jedno mi z tego wychodzi - że może za dużo żądałam od siebie precyzji w tym, co robię. Jakby sama próba definicji zabijała coś, co i tak działało.
Może przez zrobienie czegoś zamiast myślenia? Ja nie analizuję tej ciemności, po prostu w niej siedzę. I jakoś to działa. Może dlatego, że nie daję sobie szansy żeby zapytać.
Mogę wejść z czymś bocznym? Zastanawiam się, czy w ogóle to rozróżnienie jest potrzebne praktycznie. Jak robię swoje poranne rzeczy, to nie sprawdzam czy mam wymiar duchowy. Po prostu to robię. I coś z tego czuję. Czy muszę wiedzieć jak to nazwać, żeby to miało sens?
Jest jedno słowo, które mnie tu cały czas zatrzymuje - "wystarczy". Wystarczy dla kogo? Dla siebie? Dla jakiegoś efektu zewnętrznego? Dla tradycji, do której chcesz należeć? To są trzy zupełnie różne pytania i w zależności od odpowiedzi cała reszta wygląda inaczej.
Ten "kierunek" jest dla mnie bardzo ważnym słowem. Jak wykonuję cokolwiek, co traktuję poważnie, to mam poczucie, że to idzie gdzieś. Nie wiem zawsze gdzie. Ale nie jest skierowane wyłącznie do mnie. I może właśnie to jest to, o co pyta tytuł - czy codzienne działanie może mieć ten kierunek, czy jest tylko zwrócone do środka.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam jedno głupie pytanie - jeśli ktoś robi codzienną rzecz i ma ten "wektor na zewnątrz", ale sam o tym nie wie, to czy to nadal się liczy? Czy intencja musi być świadoma żeby działać?
To co Turner opisuje jako opus operatum - skuteczność przez sam akt - jest zresztą czymś, co w tradycji zachodniej było bardzo długo dominującym poglądem. Dopiero reformacja przeniosła akcent na stan wewnętrzny wykonawcy, na intencję, na wiarę. I od tamtej pory mamy ten dylemat, który Kasieczka podniosła - czy bez świadomości to w ogóle działa. Ale to jest bardzo konkretna decyzja teologiczna, niekoniecznie prawda o tym, jak rytuał w ogóle funkcjonuje.
Zastanawiam się, czy nie brnęliśmy za długo w to rozróżnienie nawyk/rytuał jako kwestię definicji, a nie doświadczenia. Bo ja jak słyszę "biologiczne" kontra "duchowe", to mam wrażenie, że to jest fałszywa opozycja. Ale może się mylę, nie wiem, czy ktoś ma jakiś przykład z praktyki, gdzie wyraźnie widać tę różnicę?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że im dalej, tym bardziej pytanie z tytułu się komplikuje. Czy codzienne praktyki wystarczą - no ale wystarczą DO CZEGO? Bo każdy tu chyba ma inne "do czego" w głowie i dlatego kręcimy się w kółko.
