No właśnie, Storczyk pyta o coś konkretnego i mam wrażenie, że wszyscy owijamy w bawełnę. Ja miałem tak kilka razy. Rytuał pokazywał wyraźnie jedno, robiłem drugie, i zazwyczaj żałowałem. Ale nie żałowałem dlatego, że 'rytuał miał rację' - żałowałem, bo okazywało się, że w trakcie rytuału wiedziałem już odpowiedź, tylko się bałem jej przyjąć. Rytuał to wydobył, a ja to zignowałem. Więc pytanie jest inne: czy to rytuał się mylił, czy ja się bałem?
Dokładnie to samo mnie nurtuje. Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że za dużo zależy od interpretacji. Czyli rytuał coś 'mówi', ale mówi to symbolicznie, i ty to tłumaczysz. A jeśli tłumaczysz przez własne lęki, to właściwie rytuał jest tylko lustrem twoich przekonań. I tu wróciłabym do Erazma - on miał rację pytając, czy rytuał nie nakłada znaczenia, zamiast go odkrywać.
Chcę dodać coś do tego, co mówi Igorek, bo myślę, że to wymaga doprecyzowania. Różnica między rytuałem a na przykład medytacją czy zwykłym siedzeniem w ciszy jest właśnie ta granica, o której wcześniej mówił Seba. Medytacja może być otwarta, bez końca, bez formy. Rytuał ma strukturę - i ta struktura sama w sobie komunikuje coś mózgowi. Mam na myśli dosłownie - badania nad procesami podejmowania decyzji pokazują, że ceremonialne działania redukują lęk przed efektem, nawet jeśli nie wpływają na sam efekt. Alison Wood Brooks badała to na Harvardzie i wyniki były dość jednoznaczne.
Zatrzymuję się przy tym, bo to naprawdę inne pytanie niż to, od którego zaczęłyśmy. Ametystka pytała jak się przygotować do rytuału przed ważną decyzją - i gdzieś po drodze przeszłyśmy do pytania czym rytuał w ogóle jest i czy działa. Wróćmy może do czegoś praktycznego, bo mam wrażenie, że ta rozmowa jest już mocno w głowie, a mniej w doświadczeniu. Czy ktoś ma jakiś konkretny schemat, który stosuje? Nie jako przepis, ale jako punkt odniesienia?
Właśnie. I dziękuję Almandynce, bo trochę zgubił się ten praktyczny wątek. U mnie wygląda to tak: najpierw wyciągam to, co mam w głowie - piszę bez cenzury co mi chodzi, co się boję, czego chcę. Potem jest chwila z herbatą i świeczką, dosłownie kilka minut. I potem wracam do tego co napisałam, ale już inaczej - nie jako osoba, która to pisała, tylko jakbym czytała cudzy list. I to przejście jest dla mnie kluczowe. Nie wiem jak to nazwać, ale coś się zmienia w tym momencie.
O, to jest naprawdę interesujące! Masz na myśli, że ta chwila z herbatą i świeczką to jest właśnie ten rytuał - i on zmienia perspektywę na to co napisałaś? Bo to brzmi jakby chodziło o dystans, a nie o jakieś magiczne działanie. Sama próbowałam pisać przed decyzjami, ale nigdy nie robiłam tej przerwy pomiędzy. Czy ta kolejność jest dla ciebie ważna?
A co jeśli ktoś nie umie pisać przed decyzją, bo jest w takim stanie, że myśli chodzą w kółko i nic sensownego nie wychodzi? Pytam serio, bo mi to jest bliższe niż chciałabym przyznać. Siadam z kartką i albo mam za dużo, albo za mało. Rytuał przed decyzją brzmi świetnie, ale jeśli ta pierwsza faza jest dla mnie barierą, to co wtedy?
Mam inne podejście i nie wiem czy jestem w mniejszości. U mnie pisanie przed decyzją kompletnie nie działa - za bardzo myślę i zaczynają się kółka. Zamiast tego robię coś fizycznego. Długi spacer z jednym pytaniem w głowie, bez muzyki, bez telefonu. I dopiero potem rytuał zamknięcia - żeby wyjść z tego stanu, a nie wejść. Czyli u mnie kolejność jest odwrotna niż u Ametystki. Spacer to mój 'wstęp', a rytuał to koniec, nie środek.
Interesujące, bo w różnych tradycjach te fazy są rozmieszczone różnie. W niektórych rytuał jest przygotowaniem i oczyszczeniem przed decyzją, w innych jest właśnie tym co Seba opisuje - zamknięciem i wejściem w działanie. Shinto ma to dość wyraźnie: misogi, czyli oczyszczenie, jest przed, ale norito, modlitwa-intencja, jest równocześnie z działaniem. Granica między przygotowaniem a decyzją jest płynna. Może warto zapytać siebie, po co ten rytuał - czy żeby zobaczyć, czy żeby wejść?
Wracam do początku, bo mi coś zgrzyta. Ametystka pytała jak się przygotować do rytuału - i dostałyśmy odpowiedź, że każdy ma swoje, że kolejność może być różna, że pisanie albo spacer. Ale czy nie zakłada się tutaj, że każdy już wie co jest dla niego rytualną formą? A co jeśli ktoś dopiero szuka swojej formy i nie ma żadnego punktu odniesienia? Od czego wtedy zacząć, żeby nie zgubić się w przypadkowych gestach?
Czyli wracając do pytania, które rzuciłam na końcu - czy w ogóle zakładamy, że każdy ma już jakiś rytuał i tylko pyta jak się do niego przygotować? Bo może część osób jest na etapie, gdzie nie wiedzą co jest dla nich rytualne, a co nie. I to jest zupełnie inny problem niż kolejność kroków.
Pranie. OK, to jest coś, czego się nie spodziewałam w tym wątku, ale rozumiem o co chodzi. Mnie ostatnio zaskoczył gotowanie zupy. Naprawdę. Siedziałam z problemem od kilku dni i w środku gotowania czegoś po prostu pękło i wiedziałam. Tylko potem przez chwilę myślałam, że to przypadek, nie żaden rytuał.
To jest naprawdę ciekawy problem, bo dotyka czegoś, co w antropologii rytuału bywa opisywane jako paradoks intencji. Victor Turner pisał o tym przy okazji obrzędów liminalnych - moment przejścia działa właśnie dlatego, że wyłącza normalne tryby myślenia. Jak próbujesz ten moment 'zaplanować', to trochę jak usiłować zasnąć przez silne postanowienie zaśnięcia. Struktura jest potrzebna, ale intencja musi być lżejsza niż 'to teraz zadziała'.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej, kiedy mówiłam o kartach. Nie chodzi o to, co karta 'mówi' w sensie dosłownym, tylko że jest czymś poza mną, na co patrzę. I ten moment patrzenia na coś zewnętrznego jest inny niż kręcenie się w sobie. Almandynka to ładnie ujęła - sam siebie przeprowadzasz, więc potrzebujesz czegoś, co gra rolę 'drugiej strony'.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie, które mnie gryzie. Wszyscy mówicie o przygotowaniu do rytuału, który pomaga przed decyzją - ale co kiedy ta decyzja jest tak obciążona emocjonalnie, że żaden rytuał nie daje rady się przez nią przebić? Że jesteś tak w środku sprawy, że nawet spacer czy pranie nie robi różnicy?
Wtrącę się, bo Leopold dotknął czegoś, o czym też myślałam robiąc swój. Były rytuały, które nic nie dawały. I dopiero po czasie rozumiałam, że robiłam je za bardzo 'mechanicznie' - bo taka procedura. Bez żadnej prawdziwej intencji, tylko żeby odhaczyć. I te właśnie były jak pranie bez proszku. Może brakujący element to nie forma, tylko to co wnosisz.
A jak to sprawdzić co wnosisz? Bo to brzmi trochę jak 'musisz chcieć'. A ja mogę chcieć i dalej nie wiedzieć jak to zrobić. Co to znaczy 'wnieść intencję', jak się jej nie czuje?
Mówienie na głos to coś więcej niż słyszenie siebie z zewnątrz - choć to też. Chodzi o to, że kiedy piszesz, możesz cofnąć się, poprawić, przeformułować. Masz kontrolę nad tym, jak to wychodzi. Jak mówisz na głos, szczególnie pierwszy raz, to trafia do ucha zanim zdążysz to ocenzurować. Mnie to uderzyło, kiedy po raz pierwszy powiedziałam na głos pytanie, które od tygodni owijałam w bawełnę na kartce. Brzmiało zupełnie inaczej niż myślałam, że brzmi.
Dobra, ale jak mam powiedzieć coś na głos co jeszcze nie ma formy, skoro nie wiem co chcę powiedzieć? To trochę brzmi jak 'zacznij mówić i zobaczysz'. A jak zacznę mówić i nic z tego nie wyniknie, to się tylko głupio poczuję sama ze sobą w pokoju.
Przy mówieniu na głos przez lata używałam prostego chwytu - kierowałam pytanie do czegoś konkretnego. Do okna, do świecy, do kamienia na stole. Nie dlatego, że te rzeczy słyszą, tylko że jak masz odbiorcę - choćby symbolicznego - to inaczej formujesz. Przestajesz mówić do siebie, zaczynasz mówić. I ta bariera trochę się rozluźnia, bo to przestaje być performans dla własnego ego.
To co mówi Igorek tłumaczy coś, czego długo nie rozumiałam u siebie. Kiedy mój rytuał 'działał', prawie zawsze był w nim element, do którego się zwracałam - i nie myślałam o tym jako o adresacie, bardziej jako o koncentracji. Ale to może być ten sam mechanizm. Dlatego rytuał robiony mechanicznie, bez żadnego skierowania uwagi, był jak mówienie do ściany. Dosłownie.
Okej, to tłumaczy mi retrospektywnie tę świeczkę i kartkę. Siedziałem, patrzyłem, ale do niczego nie mówiłem. Kartka była dla mnie, świeczka była dekoracją. Nie było żadnego adresata. Może dlatego to była bardziej kontemplacja niż rytuał i nic z tego nie wychodziło.
Cały czas kręcimy się trochę wokół tego samego: czy rytuał ujawnia, czy tworzy. I nie sądzę, żeby była jedna odpowiedź. Może dla jednej osoby to jest okno, dla innej lustro, dla jeszcze innej - sposób na wytworzenie nastroju gotowości do działania. I każda z tych funkcji jest inna, ale każda może być w danym momencie tym, czego potrzeba.
Śledziłam. Przez kilka lat zapisywałam decyzje, przy których robiłam rytuał, i to co wtedy 'dostałam' - wrażenie, obraz, zdanie. I potem po jakimś czasie sprawdzałam. Nie po to, żeby oceniać trafność jak horoskop, ale żeby zobaczyć, czy było w tym coś, co rzeczywiście wiedziałam, a co zasłaniał hałas. I wiesz co - najczęściej to nie chodziło o to czy decyzja wyszła dobrze czy źle. Chodziło o to, że widziałam retrospektywnie co wtedy było moją prawdziwą obawą, a co sobie wmówiłam że jest problemem. Rytuał to jakoś rozdzielał.
To co opisuje Ludwinia z tym zapisywaniem i późniejszym sprawdzaniem - nie spodziewałam się, że coś takiego w ogóle da się robić. Tzn. zawsze myślałam, że rytuał to kwestia chwili i albo poczujesz że zadziałało, albo nie. A tu nagle okazuje się, że można to śledzić jak... dane? To dla mnie dosyć nieoczekiwane podejście.
To jest rozróżnienie, które wydaje mi się naprawdę istotne - między trafnością a językiem. Bo większość ocen rytuału idzie w stronę: spełniło się albo nie. A tu chodzi o to, czy wytworzyło jakąś ramę rozumienia, która była pomocna. To zupełnie inne kryterium.
Nawiązując do tego co mówi Seba - to co opisujecie to jest w zasadzie protokół zbliżony do tego, czego używa się przy badaniu snów w podejściu jungowskim. Zapisujesz zaraz po przebudzeniu, potem wracasz. Różnica polega na tym, że tam z góry zakłada się, że interpretacja zmienia się w czasie i to jest celowe. Może w rytuale to samo - nie chodzi o jedną trafną interpretację, tylko o to, jak ten sam obraz zmienia swoje znaczenie w miarę jak sytuacja się rozwija.
