Słucham tego i mam wrażenie, że cały wątek coraz bardziej idzie w stronę: efekty rytuału to właściwie efekty pracy z własnym umysłem. I nie wiem, czy to mnie uspokaja, czy odwrotnie. Bo jeśli tak, to po co mi świeczka i kamień, skoro to mogłoby być zwykłe pisanie w dzienniku?
To pytanie zadałam sobie chyba z trzy lata temu i nie mam na nie jednoznacznej odpowiedzi do dziś. Ale z doświadczenia wiem, że dla mnie te elementy fizyczne - właśnie ta świeczka, konkretne miejsce - robią coś z uwagą, czego samo pisanie nie robi. Nie potrafię tego precyzyjnie opisać, ale to jakby zgoda ciała na to, że teraz jest inaczej. Pisanie angażuje głowę, rytuał z elementami angażuje jakoś więcej.
'Zgoda ciała' - to brzmi abstrakcyjnie, ale jednocześnie wiem dokładnie o czym mówisz. Jak siadam przy biurku z kartką, jestem w trybie 'rozwiązuję problem'. Jak cokolwiek zmieniam w otoczeniu, jest jakiś switch. Tylko nie wiem, czy to magia, czy po prostu coś w rodzaju placebo i trochę mnie to gryzie.
No i tu wracamy do adresata, o którym mówił wcześniej Igorek. Wychodzi na to, że kluczem nie jest świeczka ani kamień ani nic fizycznego, tylko to, że jest coś, do czego kierujesz pytanie. Przedmiot jest pretekstem do wytworzenia tej relacji. Czy tak to rozumiecie?
Ale może tu w ogóle nie chodzi o trudność. Może chodzi o powtarzalność i zakotwiczenie. Ktoś, kto potrafi się skupić bez rytuału, też może korzystać z rytuału - nie dlatego, że go potrzebuje, ale dlatego, że rytuał tworzy wyraźną granicę między trybem 'analizuję' a trybem 'decyduję'. To nie jest kwestia kompetencji, tylko architektury procesu.
Słucham tej rozmowy o adresacie i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle musi być jakiś adresat. Czy nie wystarczy, że rytuał jest skierowany do siebie? Że to ja sama pytam siebie, ale w specjalny sposób, który wymaga ode mnie więcej szczerości niż zwykłe myślenie?
Ale czy to nie jest przypadkiem sygnał, że po prostu dobrze znam siebie i nie mam już tych pytań bez odpowiedzi? Że sufit, o którym mówi Ludwinia, to może nie brak adresata, tylko brak nierozwiązanych kwestii?
Właśnie to chciałam dodać. Miałam podobną sytuację - rytuał, który przez długi czas był dla mnie czymś żywym, w pewnym momencie zaczął mi się wydawać mechaniczny. I nie dlatego, że odpowiedzi były złe, tylko że sama procedura przestała robić ten switch, o którym Leopold mówił wcześniej. Zmieniłam wtedy jeden element - miejsce - i wszystko wróciło. Nie wiem co to mówi o samej istocie rytuału, ale coś mówi.
To jest ciekawe, że wystarczyła zmiana miejsca. Bo z jednej strony potwierdza, że chodzi o efekt fizyczny, środowiskowy. Ale z drugiej - skoro ta sama procedura w innym miejscu znowu zadziałała, to znaczy, że coś w tym miejscu było ważniejsze niż myślisz. Jakiś element środowiska robił robotę, której nie widziałaś.
