Zastanawiam się nad czymś, co obserwuję od jakiegoś czasu w swoim domu. Mam wieczorny rytuał przed snem - kilka minut na wyciszenie, świeczka, ewentualnie krótki zapis snu z poprzedniej nocy jeśli coś pamiętam. Robiłam to sama przez dłuższy czas i traktowałam jako coś zupełnie prywatnego. Aż pewnego wieczoru mój partner zapytał co robię i czy może usiąść obok. Nie zapraszałam go, nie tłumaczyłam - po prostu zobaczył i chciał być częścią tego. Teraz robi coś podobnego na własną rękę, choć trochę inaczej. Nie wiem czy to przypadek, ale zauważam, że rytuały mają jakąś właściwość "udzielania się" - nie przez namowę, tylko przez samo bycie. Czy ktoś miał podobnie? Bo zaczęłam myśleć, że może chodzi o coś więcej niż tylko przyzwyczajenie do widoku.
To co opisujesz ma swoje odzwierciedlenie w antropologii - mówi się o tzw. rytuale jako "contagious behavior", czyli zachowaniu, które przenosi się przez obserwację. Victor Turner, który badał rytuały przejścia w społecznościach afrykańskich, wskazywał, że rytuał nigdy nie jest w pełni prywatny - nawet jeśli wykonywany w samotności, ma wymiar społeczny przez samą swoją formę. Ale to co mnie bardziej interesuje w tym co napisałaś, to że partner zaczął robić coś podobnego, ale inaczej. To jest właśnie znak, że nie skopiował - zinterpretował. Skąd wiesz, że jego wersja ma dla niego podobne znaczenie?
To ciekawy wątek bo ja mam podobne obserwacje, tyle że z zupełnie innej strony. Moja mama przez całe życie miała wieczorny rytuał - krzesło przy oknie, herbata, coś w rodzaju cichej rozmowy ze sobą albo modlitwy, nigdy nie pytałam dokładnie. Jako dziecko wydawało mi się to nudne. Ale teraz sama zauważam, że zanim zasnę, siadam i też robię coś podobnego - nawet krzesło jest podobne. Nie zaczęłam tego świadomie kopiować. I nie nazwiałabym siebie osobą religijną w tradycyjnym sensie, więc to nie jest kwestia wiary. Bardziej jakby ciało wiedziało co mu służy, bo kiedyś widziało że komuś innemu służyło.
Ja mogę się odezwać w kwestii snów bo to mój temat. Odkąd zacząłem prowadzić dziennik snów i zapisywać go zawsze o tej samej porze wieczorem - przed snem, nie rano - to mam wrażenie jakby sny były bardziej "zamówione". Nie wiem jak to inaczej opisać. Wieczorem zapisuję pytanie albo temat, rano mam odpowiedź w śnie. Nie zawsze, ale na tyle często, że nie uważam tego za zbieg okoliczności.
Mam pytanie trochę z boku - czy ten wątek jest o tym, że rytuały przenoszą się na inne osoby, czy o tym, że pomagają w śnie? Bo czytam i trochę mi się miesza. Sama mam problem z zasypianiem od lat i próbowałam różnych rzeczy - herbatki, oddychanie, journaling. Działało przez chwilę i przestawało. Zastanawiam się czy chodzi o sam rytuał czy o to, że z czasem przestajemy go traktować poważnie.
No ale ile czasu musi minąć żeby to w ogóle zaczęło działać? Bo próbowałem różnych rzeczy i zawsze po tygodniu albo dwóch wracam do punktu wyjścia. Słyszę że "regularna praktyka" robi różnicę ale nikt nie mówi po ilu dniach, tygodniach, miesiącach coś się zmienia naprawdę. Trochę mam już dość ogólników.
Ja chcę się podzielić bo może komuś pomoże. Przez długi czas nie mogłam zasnąć przed drugą w nocy, naprawdę. Zaczęłam bardzo prostą rzecz - gaszenie głównego światła o tej samej porze i zapalanie jednej małej lampy, zawsze w tym samym miejscu. Nic więcej. Tylko to. Po jakimś czasie - nie pamiętam kiedy dokładnie, może po kilku tygodniach - zaczęłam zasypiać wcześniej. To nie był żaden rozbudowany rytuał, ale ta jedna czynność chyba wystarczyła żeby coś "przestawić". Dziękuję za ten wątek bo dopiero teraz rozumiem dlaczego to zadziałało.
Czytam ten wątek i mam pytanie trochę osobiste - czy rytuał wieczorny może pomóc kiedy sny są nieprzyjemne? Mam od jakiegoś czasu takie fazy że śni mi się coś konkretnego, co mnie niepokoi rano, i nie wiem czy rytuał wyciszający przed snem coś by tu zmienił, czy raczej to sprawa do osobnego przepracowania. Nie chcę off-topu, ale temat "jakość snu" mnie tu zahaczył.
Moja mama miała zresztą to samo - wieczorne zamknięcie domu było i zamknięciem drzwi na klucz, i czymś więcej. Pamiętam że chodziła po pokojach w określonej kolejności. Nigdy nie pytałam po co, po prostu tak było. Teraz jak o tym myślę, to ona chyba dawała sygnał sobie, nie nam.
Mnie w tym wątku najbardziej zastanawia jedno - wszyscy mówimy o rytuałach jako o czymś co robimy przed snem, ale to już jest decyzja że sny i sen są czymś wartym przygotowania. Nie każdy tak myśli. Dla mnie ten moment przed zaśnięciem to jedyny moment dnia kiedy nikt ode mnie nic nie chce i mogę się wsłuchać w co mam w głowie.
A jak to w praktyce wygląda - "rozładowujący" rytuał? Bo słyszałam żeby pisać rzeczy które mnie niepokoją i symbolicznie palić karteczkę, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brzmi jak coś z filmów.
Ten "czas między" to nawiasem mówiąc motyw wspólny dla bardzo różnych tradycji. Celtowie mieli "Caol Áit" - cienkie miejsca, gdzie granica między światami jest słabsza, a zmierzch był jednym z takich momentów. Nie tylko przestrzeń, ale i pora dnia mogła być progiem. Dlatego zresztą wiele zakazów i nakazów w tradycjach ludowych było właśnie wieczornych.
Zakaz szycia po zmroku to moja babcia też miała! Myślałam że to tylko jej. A ona zawsze mówiła że "po zmroku nie zaczyna się nowych rzeczy". Nie wiedziałam że to ma jakiś szerszy kontekst, myślałam że to jej własna superstycja.
Wieczornice! Moja babcia wspominała coś o tym ale myślałam że to tylko takie spotkania towarzyskie, nie miałam pojęcia że to miało jakiś rytualny wymiar. To było regularne, tak? Co tam się działo?
Ten wątek wieczornic bardzo łączy się z tym o czym rozmawialiśmy wcześniej, bo to jest właśnie ten moment zbiorowego przejścia przed snem. Kobiety robiły coś razem, potem każda szła do swojego domu i do snu. Rytuał był i indywidualny i wspólny jednocześnie. Zastanawiam się czy ta zbiorowa część nie wzmacniała jakości tego co było potem indywidualnie.
Dobra ale czy my teraz rozmawiamy o tym że wieczorne rytuały pomagają zasnąć, czy o historii kobiecych spotkań w XIX wieku? Bo trochę mi się to rozjechało.
Masz na myśli że z kimś zawsze łatwiej? Czy bardziej że zależy z kim i co się robiło przed?
A co z osobami które nie mają stałego miejsca - na przykład dużo podróżują? Bo rytuał powiązany z konkretnym stolikiem, konkretną lampką, konkretnym kamieniem brzmi jakby był trudny do przeniesienia. I wtedy co?
Jeśli chodzi o tradycje buddyjskie - jest coś co się nazywa cztery wspomożenia przed snem, to wywodzi się z Anguttara Nikaya. Medytacja miłującej dobroci, przegląd dnia bez osądzania, dedykacja zasług i oddanie się pod opiekę. Ale to nie jest zestaw czynności do przebrnięcia, tylko stan umysłu który się kultywuje. Różnica jest spora.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wszyscy szukają czegoś co by było na tyle stałe żeby działało, ale na tyle elastyczne żeby nie zamknęło w klatce. To jest bardzo ciekowe napięcie. Pytam siebie od jakiegoś czasu czy rytualność nie polega właśnie na tej oscylacji - między stałością a żywością - i nie mam odpowiedzi.
Słucham tej rozmowy o rytuale jako czymś zmiennym w czasie i mam inny kąt. W pracy z runami wróciłam do tego że każda runa ma swój własny "wieczór", jakby. Są runy które działają jako zamknięcie, inne jako otwarcie. Hagalaz przed snem to coś zupełnie innego niż Laguz. Nie chodzi o to żeby losować co wieczór inną, ale żeby wiedzieć w jakiej jesteś przestrzeni i dostosować.
Intuicyjnie, ale to intuicja zbudowana na znajomości. Jeśli dzień był chaotyczny i czuję że potrzebuję porządku, sięgam po co innego niż gdy dzień był ciężki emocjonalnie. Przy runach to jest dość czytelne bo mają dość wyraźne energie. Chociaż powiem szczerze, zdarza mi się trafić nie tak i to też jest informacja.
Mam pytanie do całej tej dyskusji, bo mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy ktoś ma rytuał wieczorny który celowo nie ma żadnej formy? Mówię o czymś co jest stałe, ale nie jest ustrukturyzowane. Bo ja zauważyłam że jak próbuję czemuś dać konkretny kształt, zaraz zaczyna mi się rozjeżdżać. A taki miękki rytuał, bez kolejności, tylko nastrój, działa dłużej.
Czytam całą tę rozmowę i mam wrażenie że wszyscy mówią o rytuałach jakby miały jeden cel - lepszy sen. A co z rytuałem który nie ma tak konkretnego celu? Który jest po prostu wieczornym "zamknięciem dnia" bez oczekiwania czegokolwiek? Czy to jest w ogóle rytuał czy raczej ceremonialny nawyk?
To pytanie Grazynki mnie zatrzymało. Bo mam wrażenie że trochę tak rzeczywiście było w tej rozmowie - skupiłyśmy się na śnie jako efekcie. A co z rytuałem który nie prowadzi nigdzie konkretnie? Który jest po prostu... wieczornym gestem? Nie wiem czy to jest rytuał czy już coś innego.
Mnie z kolei ta kwestia celu albo jego braku wiąże się z tym co widziałam w cyklach - w niektórych latach cel jest wyraźny, w innych jest rok taki że nic nie chcesz planować i wszystko co ustrukturyzujesz zaczyna się sypać. I wtedy ten "rytual bez celu" jest paradoksalnie jedynym co działa. Jakby forma pozostawała, ale wypełnienie znikało.
