Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba rzadko pada w rozmowach o rytuałach - a mianowicie o tych praktykach, gdzie czekanie jest częścią działania. Nie mam na myśli zwykłego odkładania na potem, tylko coś celowego. Siedziałam ostatnio nad japońską koncepcją ma - to taki odstęp, przerwa, przestrzeń między dźwiękami albo ruchami, która sama w sobie coś znaczy. W muzyce gagaku to są te momenty ciszy, które muzycy traktują tak samo poważnie jak granie. I zaczęłam się zastanawiać, czy nasze rytuały nie są za bardzo nastawione na działanie, a za mało na to, co jest między działaniami. Czy ktoś w ogóle świadomie buduje czekanie w swoje praktyki?
Hm, ciekawe sformułowanie. Bo ja rozumiem czekanie jako część rytuału chyba inaczej niż ty opisujesz. U mnie to często jest po prostu czas inkubacji po zakończeniu działania - nie robię nic, nie sprawdzam, nie wracam myślami. Ale żebyś powiedziała więcej - jak to ma wyglądać w praktyce? Masz jakiś konkretny przykład, który stosujesz?
Ja sie zastanawiam nad tym co Judytka napisała i mi to trochę przypomina mandaly z piasku u tybetańskich mnichów. Robią je całymi tygodniami, a potem niszczą - i właśnie to niszczenie jest puęntem, nie sama mandala. Ale nie wiem czy to jest rytuał czekania czy raczej rytuał nieprzywiązania. Może to jest to samo?
A co jeśli ktoś nie czuje nic przez te cztery dni? Pyta szczerze, bo zawsze mnie to zastanawia w takich rytuałach - co jeśli nic się nie przydarzy? Czy wtedy rytuał się nie udał, czy też właśnie przydarzyło się "nic" i to jest odpowiedź?
Ja ze swojej strony dorzucę coś z tradycji nordyckiej, bo też tu pasuje - galdr, czyli śpiewanie run, jest rytuałem, który nie ma natychmiastowego efektu. Skandynawskie źródła, głównie w Hávamál, mówią o czekaniu i obserwowaniu zanim runa zacznie działać. Odin czekał dziewięć dni na drzewie zanim runy "przyszły" - i to nie jest tylko mit założycielski, to wzorzec dla praktyki. Czekanie jest częścią pozyskiwania wiedzy, nie wstępem do niej.
Zastanawiam się czy ktoś z was próbował coś takiego regularnie i może powiedzieć jak to wygląda po dłuższym czasie? Nie chodzi mi o filozofię tego, tylko o konkretne doświadczenie - bo łatwo mówić o wartości czekania, ale co się faktycznie zmienia jeśli ktoś robi to systematycznie przez pół roku?
Dobra, to może ja odpowiem na własne pytanie, bo jednak mam jakieś doświadczenie z tym. Przez mniej więcej pół roku robiłam coś, co sama nazwałam "rysowaniem bez celu" - siadałam raz w tygodniu, zapałałam świecę i rysowałam cokolwiek przez godzinę. Bez tematu, bez oglądania efektu w trakcie. Na początku czułam głównie irytację, że tracę czas. Po może trzech miesiącach coś się przestawiło - zaczęłam inaczej siedzieć w ciszy w ogóle. Nie wiem jak to wyjaśnić inaczej niż że próg dyskomfortu z "nicnerobieniem" się obniżył. Ale czy to zasługa rytuału czy po prostu nawyk? Nadal nie wiem.
To jest akurat bardziej przekonujące niż dużo z tego co tu padło, bo jest jakis konkretny ślad. Ale mam pytanie - czy jak zaczynałaś, to miałaś jakiś zamiar? Chciałaś coś osiągnąć, czy po prostu robiłaś?
Czytam i myślę, że Zhuangzi i ten rzeźbiarz to jest może najlepszy przykład jaki padł w całej rozmowie. Bo tam jest konkretna struktura - nie po prostu "poczekaj sobie", tylko wyraźne etapy: przestań myśleć o tym, przestań myśleć o tamtym, i tak dalej. Reichard pisząc o ceremonialnych malarzach Navajo też opisuje coś podobnego - wielodniowe przygotowanie, w którym malarz stopniowo wychodzi z myślenia o codzienności. Nie ma tu magicznego skrótu, jest po prostu sekwencja.
Słucham tego wątku od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, bo nie do końca rozumiem. Kiedy mówicie o czekaniu jako rytualne - czy macie na myśli że samo czekanie jest rytuałem, czy że czekanie jest częścią rytuału? Bo dla mnie to brzmi jak dwie różne rzeczy i nie jestem pewna którą z tych opcji omawiacie.
Okej, to teraz bardziej rozumiem. Ale mam jeszcze jedno - czy jest jakaś różnica między czekaniem z nastawieniem "coś nastąpi" a czekaniem bez oczekiwań? Bo brzmi jakby to drugie było trudniejsze i bardziej... właściwe? Ale dlaczego?
To drugie jest trudniejsze dlatego że nasz umysł bardzo chce mieć punkt odniesienia - jeśli czekam na coś konkretnego, mam strukturę. Czekanie bez oczekiwań to stan, który kulturowo rzadko trenujemy. W kontekście rytuałów różnych tradycji - i tu nie chcę generalizować, bo to naprawdę zależy od konkretnej kultury - pojawia się pojęcie gotowości bez kierunku. W grece klasycznej było słowo kairos, które oznacza odpowiedni moment nie jako punkt w czasie, ale jako jakość chwili. Czekanie na kairos to właśnie to - nie wiesz kiedy przyjdzie, ale musisz być gotowa.
Mnie ten gradient bardziej pasuje niż "albo-albo". Ale mam inny problem z tym czekaniem bez oczekiwań - mój umysł robi mi wtedy dziwne rzeczy. Zaczyna sam produkować oczekiwania. Jakby nie znosił pustki i musiał ją czymś zapchać. I potem siedzę i niby czekam, a tak naprawdę fantazjuję o tym co się stanie. Czy to jest problem, z którym da się pracować, czy po prostu tak jest?
To z ocenianiem to jest dokładnie moje doświadczenie. I to jest to co mam wrażenie że najbardziej przeszkadza - nie brak techniki, tylko ta meta-obserwacja, która non stop komentuje. A komentuje w czasie kiedy miało być cicho. Ale nie wiem jak to wyłączyć bo jak próbuję nie oceniać, to też to oceniam.
