Pełnia Księżyca to moment, w którym energia całego cyklu osiąga swój szczyt – wszystko staje się jaśniejsze, wyraźniejsze i mocniej odczuwalne. To czas kulminacji i uwalniania, a nie zaczynania od zera. Dobrze poprowadzone rytuały na pełnię Księżyca pomagają oczyścić przestrzeń, odpuścić to, co ciąży, oraz naładować intencje i przedmioty, z którymi się pracuje.
Cały wpis dostępny tutaj: Rytuały na pełnię Księżyca – oczyszczanie i uwalnianie energii
Przeczytałam całość dwa razy i trochę się gubię. Z jednej strony świece, kadzidła, kryształy, woda księżycowa, kąpiel, a z drugiej zdanie, że na start wystarczy kartka i chwila ciszy. Od czego właściwie zacząć, żeby nie kupować pół sklepu ezoterycznego? Czuję się przytłoczona samą listą rzeczy.
Dorzucę swoje, bo pełnia to napewno najlepszy moment, żeby zasiać nowe cele i przyciągać do siebie nowe rzeczy od zera. Wogóle to czas wielkiego planowania, ja akurat wtedy wypisuję sobie listę marzeń na conajmniej rok do przodu i odpalam wizualizacje nowego mieszkania, nowej pracy, takie tam. Im mocniejsza pełnia, tym mocniej się to nakręca.
A jak to działa, kiedy w ogóle nie widać Księżyca? U mnie pochmurno po horyzont, a parapet mam tylko od północy, więc bezpośrednio światło tam nie dochodzi nigdy. Wystawianie kamieni w takim miejscu ma jakikolwiek sens, czy to wtedy strata czasu?
Mam pytanie o tę wodę księżycową, bo naczytałam się sprzecznych rzeczy. Jedni piszą, że można ją normalnie pić, inni że absolutnie nie. Da się to jakoś rozsądnie rozstrzygnąć, czy to zależy od czegoś?
@Paradoxa Zależy głównie od dwóch rzeczy. Pić możesz tylko wtedy, kiedy woda wyjściowa jest zdatna do picia, naczynie czyste, a całość przykryta i wypita następnego dnia – po prostu jak każda woda, która stała noc. Czego nie robisz, to nie pijesz wody, w której moczyły się kamienie, bo część minerałów jest toksyczna albo się rozpuszcza. Trzymaj to rozdzielnie: jedna woda do picia pod przykryciem, druga, z kamieniami obok, tylko do skrapiania czy podlewania.
Skoro padło o paleniu kartki – dorzucę praktyczną uwagę, bo to akurat część, na której łatwo narobić sobie kłopotu. Autorka pisze, żeby palić nad żaroodporną miską albo w zlewie, ja bym dopowiedział: miej wodę w zasięgu ręki i nie rób tego pod czujką dymu ani przy firanach. W bloku z czułym czujnikiem czasem lepiej w ogóle odpuścić ogień. Sam akt spisania i świadomego pozbycia się tego, co napisane, działa, nawet jeśli kartki nie podpalisz.
A wracając do ładowania – ja w tę miskę z wodą księżycową wrzucam na prawdę wszystko, łącznie z selenitem i kamieniem księżycowym, i na prawdę super się ładują przez noc. Selenit można spokojnie moczyć, przecież to kamień Księżyca, więc woda mu nie zaszkodzi. Trzeba tylko wziąść większą miskę, żeby się zmieściły, a tą wodą potem nawet podlewam kwiaty.
To teraz pytanie o czas. Muszę trafić dokładnie w godzinę pełni, czy mogę zrobić to dzień wcześniej albo dzień po? Pytam, bo akurat w noc pełni mam dyżur w szpitalu i fizycznie mnie nie będzie w domu.
Wracam do tej listy rzeczy do odpuszczenia. Trzeba ją koniecznie pisać ręcznie na papierze, czy mogę to zrobić w notatniku w telefonie? I czy ten tekst trzeba czytać na głos, czy wystarczy przeczytać w myślach? Pytam serio, bo nie chcę zrobić tego źle.
Skoro już się przyznajemy do wpadek – mój sposób na uwalnianie jest zupełnie bez ognia, bo raz odpaliłem czujkę w bloku i zjechała się połowa klatki. Od tamtej pory spisuję, czytam, drę kartkę na drobno i spuszczam w toalecie, a w głowie „puszczam to z wodą”. Działa u mnie tak samo jak palenie, a sąsiedzi śpią spokojnie. Nikogo nie namawiam do rezygnacji z ognia, po prostu nie każdy mieszka tam, gdzie da się bezpiecznie coś podpalić.
Dorzucę coś, co dla mnie jest ważniejsze niż dobór kamieni i ziół. Pełnia bywa emocjonalnie ciężka – gorzej śpię, jestem bardziej drażliwa, mam krótszy lont, i wiele osób ma podobnie. Rytuał uwalniania traktuję głównie jako sposób, żeby to napięcie nazwać i gdzieś odłożyć, a nie nosić w sobie w kółko. Przestrzegałabym tylko przed robieniem z tego przymusu w stylu „co miesiąc muszę, bo inaczej coś przegapię”. Jak danego wieczoru nie czujesz się na siłach, odpuść bez wyrzutów – rytuał ma służyć, a nie dokładać kolejnej pozycji na liście obowiązków.
Skoro selenit przewija się tu co chwilę, dorzucę ciekawostkę, bo ładnie spina się z tematem. Nazwa pochodzi od greckiej Selene, czyli bogini Księżyca, i wzięła się stąd, że dawniej wierzono, iż kamień rośnie i maleje razem z fazami Księżyca, tak jak przybywa i ubywa światła na niebie. Mineralogicznie to oczywiście nieprawda, bo selenit po prostu jest gipsem, ale zgodzicie się, że jest coś urokliwego w tym, że w wątku o pełni gadamy głównie o kamieniu nazwanym od Księżyca. Ciekawe zresztą, kto z Was jak pracuje z kamieniem księżycowym w samą pełnię, bo o nim akurat było tu najmniej.
Zmienię trochę kierunek, bo cały czas kręcimy się wokół uwalniania i kamieni, a pełnię można przeżyć też inaczej. Część osób robi z niej wieczór wdzięczności albo podsumowania – co się od ostatniej pełni domknęło, co dojrzało, za co dziękuję. Prowadzicie coś takiego jak księżycowy dziennik, czy zostajecie przy spisz-i-spal? Ciekaw jestem, bo mam wrażenie, że każdy ma tu swój patent.
