Zaczęłam ostatnio myśleć o tym, czy rytuały, które się dzieją spontanicznie, mają w ogóle jakiś sens z perspektywy intencji. Bo cała klasyczna tradycja mówi, że przygotowanie jest kluczowe - wyznaczasz czas, zbierasz materiały, wchodzisz w odpowiedni stan. A jednak kilka razy w życiu zdarzyło mi się zrobić coś zupełnie bez planu i efekt był... no, znaczący. Nie wiem czy to przypadek, ale zastanawiam się czy tu nie chodzi o coś innego niż sama forma rytuału. Może o natężenie chwili? Może o to, że nie masz czasu się bać ani wątpić, tylko po prostu działasz?
To jest pytanie, które mnie też kręci od jakiegoś czasu. Dużo pracuję z intencją i mam wrażenie, że zaplanowany rytuał bywa jak scenariusz filmowy - wszystko się zgadza na papierze, ale scena nie wychodzi, bo aktorzy są sztywni. Spontaniczność wnosi coś, czego nie da się zaplanować. Tylko że nie każdy to potrafi uruchomić bez struktury. Jak ty wchodzisz w taki stan bez żadnego przygotowania? Masz jakiś swój mechanizm czy po prostu musi pojawić się ten odpowiedni moment?
Mam inne zdanie na ten temat i chętnie się nim podzielę, bo myślę, że tu jest pewien błąd rozumowania. Improwizacja nie znaczy brak struktury - znaczy struktura zinternalizowana. Jak ktoś robi rytuał spontanicznie i działa, to prawdopodobnie dlatego, że przez lata pracował z formą i teraz ta forma jest w nim. To trochę jak jazz - muzycy improwizują, ale na gruncie teorii muzyki, którą znają od środka. Natomiast ktoś, kto nigdy nie ćwiczył, po prostu hałasuje. Więc zanim powiemy, że improwizacja działa lepiej, zapytajbym: działa lepiej dla kogo i w jakich warunkach?
Nie do końca zgadzam się z tym porównaniem do jazzu. W rytuałach chodzi przecież o połączenie z czymś poza tobą, a nie o technikę. Widziałam osoby, które robiły wszystko według podręcznika i nic im nie wychodziło, bo nie były w tym obecne. I widziałam kogoś, kto zapalił zwykłą świeczkę z kuchennej szafki i coś się wydarzyło, bo był w tym autentyczny. Technika to nie wszystko.
O, Turner to dobry trop. Ten liminality to jest coś, co czuć fizycznie, jak już się w tym jest. Ale mam pytanie do tego co powiedziałaś wcześniej - piszesz, że kilka razy coś ci wyszło bez planu i efekt był znaczący. Możesz powiedzieć więcej co masz na myśli przez 'znaczący'? Bo to dla mnie kluczowe słowo w tym temacie. Znaczący emocjonalnie, znaczący jako zbieżność z zewnętrznymi zdarzeniami, a może coś jeszcze innego?
Czytam tę dyskusję i mam wrażenie, że mieszacie dwa różne tematy. Jedno to skuteczność rytuału, a drugie to to, co sprawia, że czujemy że coś 'zadziałało'. Nie są tym samym. Rytuał spontaniczny może dawać silniejsze poczucie sensu i obecności, ale niekoniecznie być skuteczniejszy w sensie efektu zewnętrznego. Może po prostu lepiej pamiętamy te niezaplanowane momenty, bo były emocjonalne?
To co opisujesz wygląda jak rytuał przejścia. W wielu tradycjach - nie tylko zachodniej - takie momenty żałoby mają bardzo podobną strukturę: zebranie materialnego śladu, gest symbolicznego uwolnienia, miejsce graniczne (próg, ogród, woda, las). Ty to zrobiłaś intuicyjnie, ale ta forma jest archetypowa. Pytanie czy to coś mówi o improwizacji, czy raczej o tym, że pewne wzorce są głębiej niż myślimy.
Ale jak ma to wyglądać w praktyce? Bo niby rozumiem co mówicie o tej spontaniczności, ale jak ktoś chce coś zrobić tu i teraz, to co ma robić - po prostu zacząć i liczyć na to, że 'zadziała'? Brzmi jak przepis na nic.
Ale zaraz, to jak mam odróżnić, czy to co robię spontanicznie to rzeczywista odpowiedź na moment, czy po prostu impuls bez sensu? Jakieś kryterium jest? Bo jeśli każde spontaniczne działanie można nazwać rytuałem, to słowo traci znaczenie.
Chcę tu dorzucić jeden kontekst, bo myślę że warto go mieć. W psychologii rytuałów - Cristine Legare z University of Texas badała to całkiem solidnie - liczy się przede wszystkim to, czy osoba przypisuje działaniu charakter kauzalny-instrumentalny, czy raczej symboliczny. Rytuał to coś, co działamy symbolicznie, nie mechanicznie. I to rozróżnienie działa niezależnie od planowania. Możesz mieć zaplanowany rytuał traktowany czysto mechanicznie i spontaniczne działanie głęboko symboliczne - i to drugie będzie bliżej rytuału w sensie funkcjonalnym. Więc pytanie o plan kontra improwizacja jest może mniej istotne niż pytanie o tryb działania.
Wracając do tego co mówiła Leontyna na początku - ona pytała o natężenie chwili jako możliwy czynnik. I myślę, że to jest coś rzeczywistego. W stanach silnego pobudzenia emocjonalnego - żałoby, przełomów, ważnych decyzji - mózg inaczej koduje wspomnienia i inaczej przetwarza bodźce. Może dlatego takie spontaniczne gesty zostają z nami i 'działają' - bo trafiają na podatny grunt, nie dlatego że są z natury silniejsze od zaplanowanych.
Zostańmy przez chwilę przy tej kwestii planowania kontra emocji, bo to jest naprawdę gęste. Znam osoby, które robią rytuały wyłącznie przy pełni i nowie, zawsze o tej samej porze, z dokładnie tymi samymi elementami - i dla nich to działa dlatego, że rytm sam w sobie staje się stanem. Nie potrzebują emocjonalnego natężenia, bo regularność je zastępuje. To jest trochę jak z medytacją - jeśli medytujesz codziennie, to wchodzisz w stan szybciej, bo ciało wie co zaraz nastąpi. Improwizacja wymaga czegoś innego - wymaga intensywności. Ale intensywność nie musi być żałobą. Może być radość, może być gniew, może być ten moment, kiedy coś nagle rozumiesz.
Właśnie, i to jest moim zdaniem kluczowa różnica między dwiema szkołami myślenia w tym wątku. Jedni powiedzą, że rytuał improwizowany działa, bo chwila jest naładowana - żałoba, przełom, silne przeżycie. Drudzy powiedzą, że regularność buduje własną gęstość. Obie ścieżki mogą prowadzić do tego samego miejsca, ale przez zupełnie inne mechanizmy.
Nie jestem przekonana do tego porównania z winem, ale rozumiem, skąd pochodzi. Zastanawiam się nad czymś innym - czy my tu nie zakładamy od początku, że spontaniczny rytuał musi mieć jakąś skuteczność, żeby w ogóle był warty rozmowy? A co, jeśli wartość tkwi w samym akcie, niezależnie od efektu?
To jest bardzo dobre pytanie i chyba najszczersze w całej tej rozmowie. Mam wrażenie, że część z nas, kiedy mówi 'zadziałało', mówi o czymś zewnętrznym - jakimś zdarzeniu, zmianie w otoczeniu. A część mówi o czymś wewnętrznym - o tym, że coś się ułożyło, przeniosło, zamknęło. To są różne miary skuteczności i rozmawiamy trochę obok siebie.
No to właśnie chciałem powiedzieć od jakiegoś czasu. Jak ktoś mówi 'rytuał zadziałał', to zazwyczaj nie ma jak tego zweryfikować. To nie jest zarzut - po prostu jak mam oceniać, czy moja spontaniczna akcja cokolwiek zrobiła, skoro nie wiem, co by się stało bez niej?
Wracając do pytania Leontyny o miary skuteczności - mam wrażenie, że to jest sedno całego tematu. Jeżeli skuteczność rytuału mierzymy wyłącznie zdarzeniami zewnętrznymi, to rozmowa o improwizacji kontra plan nie ma sensu, bo żadnego nie da się obiektywnie ocenić. Ale jeżeli skuteczność to coś, co czujesz w ciele - coś się zatrzasnęło, coś puściło - to wtedy pytanie o plan kontra spontan nabiera innego wymiaru. Spontaniczność może być bliżej tego drugiego, bo nie ma czasu na autokorektę.
Mam inne skojarzenie do tej rozmowy. Astrologicznie - i przepraszam za odejście, ale za chwilę wracam do tematu - okresy, kiedy planowanie jest utrudnione, często wymuszają działanie intuicyjne. I ludzie, którzy wtedy cokolwiek robią, często mówią potem, że wyszło lepiej niż ich staranne plany. Nie wiem, czy to potwierdza, że improwizacja jest 'lepsza', ale sugeruje, że jest jakaś mądrość w działaniu bez nadmiernej kontroli.
To co opisuje Fela73 - działanie bez nadmiernej kontroli - chyba najbliżej pasuje do tego, co w rytuałach określa się jako 'czysty gest'. Nie gest wykalkulowany, ale taki, który jest odpowiedzią na chwilę. W wielu tradycjach jest coś takiego jak rytuał bez przygotowania - spontaniczne ofiarowanie, spontaniczne słowo. I nie jest on traktowany jako mniej ważny, tylko inaczej ważny.
Czysty gest - dobrze to nazwałaś. Zastanawiam się, czy improwizowany rytuał nie jest właśnie próbą uchwycenia tego czystego gestu. Bo zaplanowany rytuał ma etap między gestem a chwilą - etap myślenia o tym, co zrobię. I ten etap może zarówno wzmocnić, jak i stłumić coś w działaniu.
Dobra, ale serio - jak ktoś jest w środku jakiegoś momentu i coś chce zrobić, to skąd w ogóle przychodzi ten impuls? Czy to jest coś, co 'przychodzi', czy to jest zawsze jakieś echo wcześniejszego uczenia się? Bo jak Igorek tłumaczył wcześniej - nie wychodzi z próżni.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam głupie może pytanie - czy spontaniczny rytuał może być rytuałem dla kogoś innego? To znaczy, czy ktoś może go przyjąć jako rytuał, skoro nie był zaplanowany? Bo jakby ktoś obcy to zobaczył, to czy by to rozpoznał?
Ale to jest w ogóle ciekawe pytanie, które sama sobie zadaję. Jeśli jestem sama i robię coś spontanicznie, to kto decyduje, że to rytuał, a nie po prostu dziwny nawyk? Czy status rytuału nadaję sobie sama? Bo jeśli tak, to czy zaplanowany rytuał z podręcznika ma cokolwiek więcej ode mnie niż właśnie ten zewnętrzny autorytet?
Chyba nie musi to być koło. Można patrzeć na to inaczej - że obserwatorem jest twoja własna głębsza część. Jung pisał o samoobserwacji jako o czymś, co angażuje warstwy psychiki niedostępne na co dzień. Nie twierdzę, że to to samo co tradycja szamanistyczna, ale mechanizm świadka może być wewnętrzny.
To co opisuje Daneczka to chyba jeden z najuczciwszych problemów w całej praktyce. Myślę, że właśnie dlatego tak wiele tradycji wymaga ciała - dosłownie fizycznego zaangażowania, ruchu, oddechu, dźwięku. Bo kiedy ciało jest w tym, trudniej o czysty autonarracyjny teatr. Improwizowany rytuał, który angażuje ciało, ma inną jakość niż ten, który dzieje się tylko w głowie.
Wracam do wątku z wcześniej, który mnie nie puszcza - czy improwizacja może w ogóle powtarzać się i nadal być improwizacją? Bo wyobraź sobie, że spontanicznie coś zrobisz i wychodzi. Następnym razem 'spontanicznie' robisz to samo. Czy to jest jeszcze improwizacja, czy już nawyk, który tylko udaje spontaniczność?
Wróćmy na chwilę do pytania Feli, bo ono mnie zatrzymało. Jeśli powtarzam spontaniczne działanie i przestaje być spontaniczne, to co tak naprawdę próbuję powtórzyć? Samą czynność? Efekt? Czy może stan, w którym byłam, kiedy to robiłam? Bo mam wrażenie, że często powtarzamy nie rytuał, tylko próbę odtworzenia tamtego stanu wewnętrznego. I to jest skazane na niepowodzenie.
