To co mówi Leontyna to jest chyba najważniejsza rzecz w tej rozmowie. Powtarzalność rytuału improwizowanego to nie jest odtworzenie gestu - to jest pytanie, czy możesz wrócić do tamtego otwarcia. I zazwyczaj nie możesz, bo otwarcie wymaga zaskoczenia. Zaplanowany rytuał ma inny cel - nie zaskoczenie, tylko głębokość przez regularność.
Czyli jeśli dobrze rozumiem - improwizowany rytuał ma jednorazową intensywność, a zaplanowany buduje coś w czasie? Ale jeśli tak, to po co w ogóle improwizować, skoro to nie zostawia niczego trwałego?
To mi trochę przypomina rozróżnienie między modlitwą a medytacją w sensie strukturalnym - jedna jest odpowiedzią na chwilę, druga wymaga regularnej praktyki, żeby cokolwiek dać. Ale nie wiem, czy to trafne porównanie w tym kontekście.
