Chciałam poruszyć temat, który rzadko pojawia się w takim kontekście, bo większość rozmów o rytuałach kręci się wokół przyciągania, ochrony albo pracy energetycznej w sensie ogólnym. Ale od jakiegoś czasu myślę o tym, jak rytuały działają na psychikę, dosłownie, nie metaforycznie. Mam na myśli depresję, stany lękowe, ataki paniki, dysocjację. Nie chodzi mi o zastępowanie terapii, bo to byłoby nieodpowiedzialne. Ale wiele osób, które znam, robi jedno i drugie, i mówi, że rytualność ma coś, czego terapia nie daje, taką strukturę, powtarzalność, fizyczność. Że samo zapalenie świecy o tej samej porze, z tą samą intencją, przez kilka tygodni, robi coś z układem nerwowym. Czy macie własne obserwacje w tym kierunku? Albo rytuały, które stosujecie akurat wtedy, gdy jest ciężko psychicznie?
To jest właśnie ten temat, który mnie ostatnio dużo zajmuje. Sama przeszłam przez dość długi epizod depresyjny i powiem szczerze, że rytualność była wtedy czymś, co pomagało mi w sensie bardzo przyziemnym. Nie dlatego, że "działa magicznie", ale dlatego, że dawała mi coś do zrobienia, kiedy mózg odmawiał podejmowania decyzji. Jest taki mechanizm w psychologii, nie pamiętam dokładnie nazwy, ale chodzi o to, że powtarzalne, małe czynności angażują tę część układu nerwowego odpowiedzialną za poczucie sprawczości. Nawet jeśli nic innego nie idzie, zrobiłaś to. To jest twoje. Ale mam pytanie, bo mówisz o depresji i o lęku jakby to było jedno. Mam wrażenie, że to są zupełnie różne stany i rytuały, które pomagają przy lęku, mogą przy depresji w ogóle nie zadziałać albo nawet pogłębić izolację. Miałaś takie obserwacje?
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem, że chodzi o wsparcie, nie o leczenie. Ale z drugiej trochę mnie niepokoi, że wchodzimy w obszar, gdzie łatwo jest osobie w naprawdę złym stanie powiedzieć sobie, że rytuały wystarczą. Nie twierdzę, że tak jest w tej rozmowie, ale generalnie na takich forach czasem widzę, że ktoś pisze, że ma depresję i szuka rytuału, zamiast terapeuty, bo terapeuta jest drogi albo niedostępny albo po prostu się boi. I co wtedy? Pytam serio, bo nie wiem jak to rozgraniczyć w praktyce.
Czytam i zastanawiam się nad czymś innym. Mówicie o rytuale jako o strukturze, o powtarzalności. Ale czy to nie jest po prostu... nawyk? Co sprawia, że nawyk staje się rytuałem? Czy to intencja? Bo jak myję zęby, to też jest powtarzalna czynność, ale chyba nikt by nie nazwał tego rytuałem. Pytam, bo wydaje mi się, że w kontekście zdrowia psychicznego ta granica może być istotna. Że być może właśnie ta warstwa intencji, znaczenia, symboliki robi różnicę, a nie sama powtarzalność.
Mogę zapytać coś może głupiego, bo nie jestem znawczynią tematu? Mówicie o rytuałach, ale co to znaczy w praktyce dla kogoś, kto nigdy tego nie robił? Czy jest jakiś próg wejścia? Bo jak słyszę świece, intencje, kamienie, to jakoś wyobrażam sobie coś skomplikowanego. A może to jest prostsze niż myślę?
Wchodzę do tej rozmowy, bo nurtuje mnie coś, o czym nikt jeszcze nie powiedział. Mówimy o rytuale jako o czymś, co robi się samemu. Ale część tradycji, z których wywodzą się rytuały, zakłada wspólnotowość. I zastanawiam się, czy rytuał zbiorowy ma inną wartość psychologiczną niż solowy. Bo na przykład w wielu tradycjach szamańskich, indiańskich, afrykańskich, rytualny aspekt leczenia był zawsze osadzony w grupie. Ktoś trzymał przestrzeń, inni śpiewali, perkusja, ruch. To nie był akt prywatny. A dzisiaj większość z nas siedzi sama w pokoju z kadzidłem. I zastanawiam się, czy nie tracimy czegoś fundamentalnego.
Słuchajcie, wracam do wątku z czakrami, bo to jest coś, z czym pracuję i mam osobiste obserwacje. Przy stanach lękowych, z tego co widzę u siebie i u osób, z którymi rozmawiałam, bardzo często pojawia się coś, co można opisać jako nadaktywność czakry splotu słonecznego i jednoczesne zamknięcie czakry korzeniowej. Jakby cały ładunek szedł do góry, a ziemi pod nogami nie było. I rytuały, które u mnie naprawdę pomagają, zawsze są uziemiające fizycznie. Chodzenie boso, praca z kamieniami takimi jak obsydian, hematyt, kwarc dymny, wszystko, co fizycznie ciągnie w dół i spowalnia. Przy depresji mam wrażenie, że jest odwrotnie, tam energia jest jakby przyklejona do dołu i trzeba ją delikatnie wznosić, a nie przyziemiać. Czy ktoś to czuje podobnie?
Przepraszm że wchodzę bo może to nie na temat, ale czytałam o tym że przy depresji sezonowej jest taka terapia swiatłem i zastanawiam się czy rytuały ze świecami albo z kryształami słonecznymi to jest podobny mechanizm czy kompletnie inne działanie? Bo niby obie rzeczy to światło ale chyba jednak inne? Pytam bo sama mam problem z jesienią i zimą i szukam czegoś co mogłabym dodać do tego co już robię.
Przeczytałem całą rozmowę i chcę wrzucić coś, o czym mało się mówi w takim kontekście, czyli o przedmiotach i ich roli nie tyle energetycznej, co psychologicznej. Jest takie pojęcie z psychologii Winnicotta, obiekt przejściowy, czyli coś, co dziecko trzyma dla poczucia bezpieczeństwa, miś, kocyk. To nie jest infantylna potrzeba, to jest głęboko zakorzeniony mechanizm tworzenia bezpiecznej bazy przez przedmiot, który coś symbolizuje i jest fizycznie dostępny. Kamień, który nosisz przy sobie podczas ataku paniki, świeca, którą zapalasz jako sygnał początku bezpiecznej przestrzeni, to działają podobnie. Nie dlatego, że są "magiczne" w sensie zewnętrznym, ale dlatego, że nasz mózg potrafi przenosić skojarzenia na obiekty i te obiekty potem aktywują stany, z którymi je skojarzyliśmy. To jest powód, dla którego przygotowanie przedmiotu rytualnego w dobrym stanie emocjonalnym, z intencją spokoju, może naprawdę potem działać jako kotwica w trudnym momencie. Nie metaforycznie, dosłownie neurologicznie. Czy ktoś z was świadomie korzysta z tego w taki sposób, czyli celowo ładuje przedmiot konkretnym stanem, żeby go potem mieć dostępny?
I jeszcze jedna rzecz, bo ostatnio... znaczy, ostatnio wróciłem do tego Winnicotta i pomyślałem, że ten mechanizm obiektu przejściowego może być kluczem do zrozumienia, dlaczego pewne przedmioty pojawiają się w rytuale zdrowotnym, a nie są po prostu dekoracją. Dziecko trzyma kocyk nie dlatego, że kocyk "ma energię", ale dlatego, że kocyk był przy nim, gdy czuło się bezpiecznie. Dorosły trzyma kamień albo różaniec z podobnego powodu. Pytanie, które mam do siebie i do was, to czy to zmniejsza wartość tego rytuału, czy może właśnie to jest mechanizm, który go napędza?
Wracam tu po chwili i tak sobie myślę, że ta rozmowa cały czas krąży wokół pytania, co robi rytuał, ale rzadko dotykamy pytania, co czuje osoba, która go wykonuje podczas samego aktu. Mówię o tym, bo znam ludzi, którzy robią rytuały bardzo mechanicznie i mówią, że nic nie czują, i znam takich, dla których to jest naprawdę intensywne doświadczenie. Czy to coś zmienia jeśli chodzi o efekt w kontekście zdrowia psychicznego?
A co to znaczy "być obecnym" w rytuałe? Tzn. rozumiem ideę, ale w praktyce jak ktoś ma lęk i cały czas myśli o dziesięciu rzeczach naraz, to jak ma być obecny? Mnie to trochę kółko się zamyka, bo żeby rytuał działał trzeba być obecnym, ale jak mam lęk to nie mogę być obecny, więc rytuał nie zadziała?
Ok, słucham tego i chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli parząc herbatę z uwagą, naprawdę skupiając się na tym, jakie to jest ciepłe, jakie ma zapach, to jest rodzaj ćwiczenia interocepcji? I to może pomagać przy depresji? Pytam bo to brzmi zbyt prosto żeby być prawdziwe, ale jednocześnie jak o tym myślę to... może właśnie dlatego że jest proste?
To jest pytanie, które siedzi ze mną od jakiegoś czasu i nie mam na nie jednej odpowiedzi. Myślę, że przy zdrowiu psychicznym ta kolejność może być odwrócona względem tego, czego byśmy intuicyjnie oczekiwali. Przy silnym lęku albo depresji intencja i znaczenie mogą być za trudne na start, bo wymagają zasobów poznawczych i emocjonalnych, których właśnie brakuje. Natomiast samo działanie, powtórzenie gestu, jest dostępne nawet wtedy, gdy nic nie ma sensu. Znaczenie może przyjść później, kiedy ciało już trochę wróciło do równowagi.
Weszłam tu przez przypadek i teraz nie mogę przestać czytać. Mam pytanie może trochę z boku tego wszystkiego: czy afirmacje można traktować jako rytuał w tym sensie, o którym mówicie? Bo jeśli powtarzam codziennie o tej samej porze, przy świecy albo bez, te same słowa, to jest powtarzalność i intencja. Ale przy depresji afirmacje chyba nie działają, bo jak się czujesz beznadziejnie to powtarzanie "jestem wartościowa" brzmi fałszywie. Czy rytuał słowny jest inny niż rytuał ruchowy albo zmysłowy?
I tu wchodzimy w temat, który mnie osobiście bardzo zajmuje, czyli rytuale jako języku ciała przed językiem umysłu. Przy traumie często mówi się, że ciało pamięta, "the body keeps the score" to tytuł książki Bessela van der Kolka, która chyba zrewolucjonizowała myślenie o PTSD. I tam jest ten sam wątek, że od słów i od sensu trzeba czasem cofnąć się do ruchu, do oddechu, do gestu. Rytuał, który angażuje ciało, może działać właśnie na tym poziomie, z pominięciem narracyjnego umysłu, który przy depresji i tak produkuje głównie negatywne opowieści.
Chcę tu coś doprecyzować, bo wchodzę w ten wątek trochę z boku. Van der Kolk pisał o traumie, nie o lęku czy depresji jako takich, i to jest ważne rozróżnienie. Trauma ma swoją specyfikę neurologiczną, dysocjacja, fragmentacja pamięci, i rytual tam działa inaczej niż przy, powiedzmy, epizodzie depresyjnym bez wyraźnej przyczyny traumatycznej. Nie mówię, że te rzeczy się nie przenikają, bo często się przenikają, ale mieszanie tych pojęć może prowadzić do wniosków, które nie do końca się trzymają.
Właściwie to jest pytanie, które siedzi w centrum tego, co tu robimy. Bo większość praktyk, które kojarzymy z ezoterą, już zawiera gesty, pozy, ukierunkowanie ciała w przestrzeni. Pozdrowienie Słońca w jodze, układanie kryształów ręcznie, rysowanie sigili, zapalanie świecy z konkretnym ruchem dłoni. To wszystko jest praca z ciałem, tylko w innych słowach. Nie musisz nazywać tego somatycznie, żeby było somatyczne.
Mam pytanie do Pajeczyny, bo to o porannej pracy z kartami mnie ciekawi. Czy to jest coś, co robisz zanim zaczniesz dzień, jako taki reset? Bo ja ostatnio szukam czegoś na poranki, mam wtedy najgorszy lęk, zaraz po przebudzeniu, i nie wiem co z tym zrobić. Afirmacje nie, jak słyszałam, a medytacja siedzenia w bezruchu to przy lęku chyba nie jest dobry pomysł?
To z tą kartą rano bez pytania co mnie czeka, to jest dla mnie jakieś odkricie 🙂 Bo ja właśnie cały czas próbuje zadawać to pytanie i potem się nakręcam na interpretacji. A ty mówisz żeby po prostu patrzeć. Muszę tego spróbować. Ale jak długo z nią siedzisz? Mam takie poranki że mam 5 minut i tyle.
Ten wątek o stabilności i przekierowaniu uwagi jest dla mnie ważny, bo myślę, że to jest właśnie jeden z mechanizmów rytuałów w kontekście psychicznym. Nie że rytuał zmienia rzeczywistość, ale że zmienia to, na co zwracasz uwagę w tej rzeczywistości. I to ma realne skutki, bo uwaga kształtuje doświadczenie. Zresztą to nie jest tylko ezoteria, neurobiologia mówi to samo o selektywnej uwadze.
To jest pytanie na które tradycje magiczne odpowiadają różnie. W podejściu bardziej ceremonialnym intencja i znaczenie są konstytutywne, bez nich gest jest pusty. Ale w tradycjach ludowych, szczególnie tych związanych z codzienną ochroną zdrowia, nacisk jest inaczej rozłożony. Gest, materia, powtarzanie, czas dnia. Znaczenie nadchodzi po czasie, nie musi być warunkiem wejścia. Więc w pewnym sensie obie rzeczy mogą być prawdą w zależności od tego w jakiej tradycji jesteś. Ale z perspektywy psychologicznej, i tu Azalia pewnie może więcej powiedzieć, samo ciało reaguje na rytuał zanim znaczenie zostanie przetworzone.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może trochę z boku: czy są jakieś rytuały które działają przy lęku, ale nie wymagają żadnych przedmiotów ani kart? Pytam bo mieszkam z rodziną i nie mam prywatności, żeby cokolwiek wyciągać czy zapalać świeczki. Czy są takie praktyki które można robić całkowicie wewnętrznie, bez żadnych zewnętrznych elementów?
Wchodzę tu z czymś może banalnym, ale dla mnie to było ważne odkrycie. Przez długi czas myślałem że rytuał musi być zaplanowany, że musi być jakiś system. A potem zauważyłem że mam rytuał, którego nigdy nie nazwałem rytuałem, chodzenie po określonej trasie, o czym już tu pisałem. I to mnie nauczyło szukać co już robię, zamiast budować coś od zera. Może to jest dobra wskazówka dla Milenki, żeby zobaczyć co już jest, zanim szuka się czegoś nowego.
Czytam tę rozmowę o barometrze i mam trochę inne skojarzenie. Czy ktoś tu robi coś w rodzaju dziennika rytuałów? Nie w sensie duchowym, ale żeby właśnie śledzić te zmiany w czasie. Pytam bo sama kilka razy próbowałam i zawsze mi to umykało, zapisywałam przez tydzień i potem rzucałam. Ale zastanawiam się czy właśnie przy zdrowiu psychicznym taki ślad mógłby pomóc rozpoznać te momenty o których mówicie.
Lęk społeczny to trochę inna kategoria i mam wrażenie że rytuały przy nim działają inaczej niż przy lęku uogólnionym. To co słyszałam i co sama obserwuję: tutaj użyteczniejsze mogą być rytuały związane z przygotowaniem do konkretnej sytuacji, nie rytuały poranne ogólne. Chodzi o to żeby mieć coś swojego co robisz przed wyjściem, przed spotkaniem, przed rozmową. Nie po to żeby się "naładować", ale żeby mieć moment przejścia, wejścia w sytuację ze swojego centrum. Mam wrażenie że przy lęku społecznym ważniejsza jest granica między "jestem u siebie" a "wchodzę w świat", niż ogólny stan na początku dnia.
To jest takie piękne że ona ma już rytuał i nie wiedziała 🙂 Mam pytanie bo mnie to też dotyczy, czy jest jakaś różnica między rytuałem który "odkrywasz" że już masz, a tym który budujesz od zera? Pytam bo sama próbowałam zbudować coś od zera i mi nie wychodzi, zawsze po kilku dniach odpada. A te rzeczy które robię od zawsze, jak zawinięcie się w koc przy herbacie rano, to robię cały czas bez zastanowienia.
