To co Felicja mówi trochę do mnie przemawia, bo sama widzę że przez ostatnie miesiące moja praktyka jest bardzo niestabilna właśnie dlatego, że przywiązałam się do konkretnych warunków. Jak nie ma świecy - nie robię. Jak jest ktoś w pokoju - nie robię. I w efekcie robię rzadko. Może to jest clue - nie że mam problem z partnerem, tylko że mam problem z elastycznością własną.
Ale żeby nie zostawiać Ninki z poczuciem, że cały problem jest po jej stronie - bo to by było niesprawiedliwe - chcę powiedzieć, że sceptyczny partner realnie wpływa na praktykę i to nie jest tylko sprawa własnej psychiki. Jest badanie Davida Abrama i innych fenomenologów o tym, że przestrzen współdzielona zmienia jakość doświadczenia. Nie jesteś w próżni. To że ktoś obserwuje i ocenia zmienia napięcie w pomieszczeniu. Twoje poszukiwanie elastyczności jest odpowiedzią na realny problem, nie ucieczką od wewnętrznej pracy.
Jasiek dobrze zrobił że to zaznaczył, ale wniosek praktyczny jest podobny niezależnie od tego jak precyzyjnie to nazwiemy. Jeśli czujesz że ktoś cię ocenia - nawet milcząco - skupienie leci. I to jest realne. Pytanie co z tym zrobić, skoro przeprowadzka nie wchodzi w grę.
No właśnie. ojej no, i dlatego ten wątek w ogóle zaczęłam. Bo nie szukam teoriozoficznego uzasadnienia dlaczego mi nie idzie - szukam tego co faktycznie mogę zrobić. Te słuchawki które Nyja podała brzmią prosto i dlatego właśnie pewnie działają. Ale zastanawiam się nad czymś innym: czy jest sens w ogóle próbować pracować przy nim, czy lepiej szukać momentów kiedy go nie ma?
Ojej. Okej, to jest dużo trudniejsza sytuacja niż myslałem. Praca z domu to nie to samo co fizyczna obecnosc - bo on jest i go nie ma jednocześnie i nie wiesz kiedy wejdzie do pokoju. Ja mam podobnie z teściową która mieszka piętro niżej i czasem wchodzi bez uprzedzenia. Nauczyłem się robić to co robię przy wejściu do kuchni po wodę - wyglada jak nic.
Plejadka, Gabrysieńka - to jest dobry kierunek myślenia. Mamy osobną sypialnię i salon, i teoretycznie mogłabym zrobić coś takiego w sypialni. eh on rzadko tam siedzi w ciągu dnia. Tylko zastanawiam się czy nie zaczął by się pytać co tam mam i po co, jak zobaczyłby jakiś stały element.
Właśnie o to chciałam zapytać bo nie do końca rozumiem - jak to praktycznie wygląda? no dobra, znaczy patrzę na muszlę i... co? Co ma się zadziać żeby to był sygnał wejścia w inny stan, a nie po prostu patrzenie na muszlę?
Dobra, ale wracając do tego co powiedziałem - zakładam że tak, że skojarzenie działa nawet przy obecności partnera, ale mam wątpliwość. Jeśli warunkowanie polega na powtarzalności, to co się dzieje kiedy to samo miejsce i te saame przedmioty są wielokrotnie używane bez rytuału - do zwykłego czytania, pracy, czegokolwiek? Czy wtedy to skojarzenie się nie rozmywa?
no i, Mam kilka kamieni i tarot, ale tarot leży razem z innymi książkami bo inaczej partner by zapyttał dlaczego jedna rzecz jest oddzielnie schowana. Kamienie akurat trzymam w szufladzie i nikt nie zagląda. Ale ta zasada żeby coś było tylko do praktyki - to ma sens, tyle że w warunkach domowych gdzie wszystko jest na widoku ciężko utrzymać takie granice.
A co jeśli ktoś w ogóle nie potrafi tej wizualizacji? Pytam serio, bo ja np. nie mam obrazów przed oczami jak próbuję coś zwizualizować - czytałam że to ma swoją nazwę, afantazja chyba. I za każdym razem jak ktoś mówi "wyobraź sobie świecę" albo "poczuj ciepło" to mam wrażenie że robię to źle, bo nic nie widzę i nic nie czuję.
To jest akurat dla mnie pomocne bo nie wiem czy mam afantazję czy nie, ale obrazy podczas medytacji zawsze mi były słabe. Bardziej czuję rzeczy niż je widzę. Więc może to oddechowe podejście jest faktycznie bliższe temu jak i tak już pracuję, tylko nigdy tego nie nazywałam kotwicą.
Widziałam, choć nie nazywałam tego tak technicznie. Jedna z osób które znam zaczęła od tego że robiła krótkie, dosłownie trzyminutowe rzeczy kiedy partner był w domu - nic skomplikowanego, samo siedzenie z zamkniętymi oczami i jeden konkretny oddech. Przez kilka tygodni. I po jakimś czasie przestała się spodziewać że wejdzie, bo w sumie wchodził albo nie, ale rytm był jej własny. To nie jest szybka metoda.
Trzyminutowe rzeczy - to brzmi jak coś co mogłabym zacząć już teraz bez żadnego planowania. Czekałam na jakiś moment kiedy wszystko będzie idealne i może o to właśnie chodzi, że ten moemnt nigdy nie przychodzi.
Różnica między nawykiem a rytuałem to jest temat rzeka i chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od perspektywy. Psychologicznie to rzeczywiście podobne mechanizmy - repetycja, kontekst, oczekiwanie. Ale w praktyce ezoteryxcznej intencja jest tym co rozróżnia. Nawyk robisz automatycznie, rytuał robisz z pewnym nastawieniem. Choć po długim czasie nawyk może nabrać charakteru rytualnego sam z siebie, bo ciało pamięta.
Zmiana elementu zewnętrznego przerywa automatyzm, bo mózg musi z powrotem zwrócić uwagę na czynność. To trochę jak z trasą do pracy - jak jedziesz inną ulicą, nagle widzisz coś co mijałaś sto razy nie patrząc. Przy rytuałach podobnie. Nie chodzi o to co konkretnie zmienisz, ale żeby cokolwiek wytrąciło cię z trybu automatycznego.
Czytam was i zastanawiam się czy u mnie problem nie polega na tym, że nigdy nie miałam żadnej regularności - czyli nie mam co automatyzować ani co wytrącać z automatyzmu. Robię coś raz, potem przerwa, potem znowu, bez żadnego rytmu 🙂 I może to jest właśnie to co sprawia że czuję, że nie praktykuję "naprawdę".
To jest ważne doprecyzowanie, bo zmienia trochę diagnozę problemu. Przez większość tego wątku rozmawialiśmy jakby partner był główną przeszkodą, a tu wychodzi że problem jest niezależny od niego. On jest wygodnym wytłumaczeniem, ale nie przyczyną. Nie mówię tego złośliwie - sama tak miałam przez lata. Dopóki nie przyznałam sama przed sobą że nie ćwiczę bo nie ćwiczę, a nie bo ktoś mi przeszkadza.
Jest jeden aspekt który tu nie wybrzmiał wystarczająco. Przy okazjonalnych praktykach bez żadnego rytmu bardzo trudno ocenić co działa, a co nie - i to też może być powód dla którego coraz trudniej zacząć. Jeśli nie masz punktu odniesienia, każde podejście wygląda jak pierwsze i budzi podobny opór. Regularność buduje nie tylko nawyk, ale też możliwość porównania - wiem że coś daje mi więcej niż inne coś, bo mam serię z której mogę wyciągnąć jakiś wniosek.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie do ogółu - czy ktoś próbował afirmacji jako formy rytuału przy osobie sceptycznej? Pytam bo to jest coś co można robić dosłownie w myślach, bez żadnych przedmiotów, bez specjalnej pozy. Nikt nie wie że to robisz. zastanawiam się czy to w ogóle liczy się jako rytuał czy jest za mało formalne.
Oddech to jeden z najstarszych markerów przejścia jakie znam - dosłownie w każdej tradycji coś z oddechem jest na granicy rytuału i nieprzypadkowo. proste nie znaczy mniej ważne. Mnie bardziej ciekawi co się dzieje po tych trzech oddechach - bo sama granica to jedno, ale co jest w środku tego czasu który wyznaczasz?
zaczęłam w telefonie, notatki :/ Potem przeniosłam do małego zeszytu który trzymam między innymi książkami. Telefon był wygodniejszy przy partnerze, zeszyt daje mi coś czego aplikacja nie daje - ale to bardzo osobiste, nie twierdzę że to lepsze.
Ta kwestia dokumentowania jest niedoceniana. Bez zapisu nie masz jak porównać co się zmieniło w czasie - i to jest właśnie powód dla którego ludzie nie widzą efektów albo je minimalizują. Pamięć zniekształca. Zapis nie. Przy niereggularnych praktykach Ninki to mogłoby być nawet ważniejsze niż sama regularność na początku - żebyś miała z czego wyciągnąć wnioski kiedy już zaczniesz.
Wracając do pytania Emiliana o gest graniczny w głowie - jest jeszcze jedna rzecz której nie powiedzieliśmy. Gest wyobrażony wymaga większej koncentracji na starcie, bo nie masz bodźca zewnętrznego który cię przywoła. Dla kogoś kto ćwiczy rzadko albo nieregularnie może być przez to trudniejszy, nie łatwiejszy. To nie argument przeciw, ale warto to wiedzieć przed próbą.
