Mam problem i nie wiem, czy tylko ja tak mam. Mieszkam z partnerem, który traktuje całą tę sferę mojego życia jak dziecinnadę. Nie robi awantur, ale jak widzi świeczkę na stole to pżewraca oczami i rzuca komentarze. Ostatnio jak próbowałam zrobić coś prostego - po prostu siedzieć w ciszy ze swoimi kamieniami - to wszedł, westchnął głośno i wyszedł. To takie pasywne, ale wykańcza. I zastanawiam się, jak wy sobie z tym radzicie, bo domyślam się, że nie jestem jedyną osobą w tej sytuacji.
Znam to aż za dobrze. U mnie to była przez lata teściowa. Rozwiązałam to tak, że przeniosłam większość rzeczy do sypialni, a w salonie zostawiłam tylko to, co mogło wyglądać jak zwykła dekoracja. Biały kamień? o matko ozdoba. Świeczka? Klimat. Nikt nie pyta, nikt nie komentuje. Trochę to smutne, że trzeba się chować, ale mi to po prostu dało spokój i mogłam robić swoje bez napięcia.
Ja mam trochę inne podejście do tego tematu. Czy wy próbowałyście w ogóle rozmawiać z partnerami o tym, czym to dla was jest? Nie od strony "to działa", bo to od razu zamyka rozmowę u sceptycznej osoby, ale od strony tego, co to wam daje psychicznie. Bo ja miałem podobną sytuację ze znajomym z pracy i jak powiedziałem mu po prostu, że to mój sposób na skupienie i wyciszenie się, to przestał gadać. niekoniecznie uwierzył w cokolwiek, ale przestał kwestionować.
A jak to w ogóle wygląda u was, że partner nie wiedział przez długi czas? Bo ja dopiero zaczynam i zastanawiam się, czy w ogóle mówić w domu. Mam mieszkanie z mamą i ona jest mocno katolicka, więc to trochę inna sytuacja niż partner, ale podobny problem chyba. Boi się że zrobię coś złego albo że to grzechy. Jak wy to tłumaczycie bliskim, żeby chociaż przestali panikować?
Czytam to wszystko i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem potrzebę świętego spokoju z drugiej - te wszystkie strategie ukrywania, kamuflaż, "wtapianie w tło".. nie przeszkadza wam to? Że praktykujecie coś, w co wierzycie, ale jednocześnie udajecie, że tego nie ma? Nie mówię że to złe, po prostu zastanawiam się, jak to psychicznie działa długoterminowo. Sam nie miałem tego problemu, bo mieszkkam sam od lat, ale obserwóję to u znajomych.
no dorzucę swoje trzy grosze bo widzę, że rozmowa idzie w stronę psychologii, a wolę wrócić do konkretu. Przez lata praktykowałam w warunkach, które były absolutnie niesprzyjające - najpierw rodzice, potem współlokatorki. I to co mi najbardziej pomogło to przesunięcie akcentu z zewnętrzności na wewnętrzność. Nie mówię żeby porzucić przedmioty czy przestrzeń, ale żeby nauczyć się, że rytuał może być bardzo małą, cichą czynnością. Zapalenie jednej świecy. Trzy minuty z herbatą, którą traktujesz inaczej niż zwykłą herbatę. Nikt tego nie widzi, a coś się dzieje.
Ja się trochę boję, że ta rozmowa idzie w kierunku "wyrzuć wszystkie rzeczy i medytuj w pustym pokoju", a to nie jest dla każdego. Mnie osobiście bardzo pomaga mieć coś fizycznego. i nie muszę się z tego tułmaczyć. Pytanie jest praktyczne - jak to zorganizować dyskretnie - a nie czy w ogóle potrzebujemy fizycznych elementów.
Szuflada działa, skrzynka działa, pudełko na górnej półce działa. Znam kilka osób, które miały całą swoją praktykę w pudełku po butach. Otwierasz, masz swoje rzeczy, robisz co masz do zrobienia, zamykasz. Japończycy mają pojęcie ma - czyli znaczącej pustki, przestrzeni między - i można to zastosować tu. Szuflada zamknięta to też jest część rytuału, nie jego brak.
Mnie ciekawi jeden wątek który troche zaginął - co z rytuałami, ktorre wymagają czasu i nie można ich zrobić w 5 minut? bo jakoś nie wyobrażam sobie dłuzszej pracy, nie wiem, ze świecą przez godzine, jak w salonie siedzi partner i ogląda tv. I nie chodzi o kamuflaż tylko o to, że potrzebujemy po prostu fizycznej przestrzeni i czasu sam na sam. o matko, jak to rozwiązujecie?
A co ze świecami? Bo to jest największy problem przy dyskretności - zapach, dym, ślady wosku. Mam wrażenie, że to najbardziej zdradliwy element. Sama ostatnio kombinowałam z tym i zastanawiałam się czy zamiast świecy nie używać po prostu lampy z czerwonym żarówką albo czegoś podobnego, żeby był ten element światła, ale bez zapachu i śladu. Czy ktoś tak robił i czy to dla was w ogóle ma sens jako zamiennik?
To co Gabrysieńka podnosi jest ważne - to pytanie o substytut kontra oryginalny element. Ja przez długi czas byłem przywiązany do konkretnych składników przy pracy z sigilami i dopiero jak straciłem dostęp do części z nich, bo mieszkałem przez kilka miesięcy u znajomych, odkryłem, że moja praca działała tak samo. Tzn. moje wyniki subiektywne były porównywalne. Co oczywiście nie jest dowodem na nic, ale dało mi do myślenia co tak naprawdę jest nośnikiem.
No tak, dokładnie. Mnie ten wątek filozoficzny jest interesujący, ale w praktyce mam problem bardziej przyziemny - jak mieć te swoje rzeczy, skoro mój partner reaguje westchnieniami nawet na zwykłą świecę zapachową? Ostatnio próbowałam z dyfuzorem olejków jako "elementem spa", co jest taktycznie nieszkodliwe, ale to chyba jest właśnie ten przykład subtytutu dla samego spokoju w domu, nie dlatego że wiem, że działa lepiej.
Dyfuzor to strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o dyskrecję, ale już przy konkretnych olejkach - np. przy pracy z mirą czy benzoesem - zapach może być na tyle charakterystyczny, że ktoś zacznie pytać. Miałam taki moment, że używałam olejku z mirry i partner dosłownie powiedział "czemu u nas pachnie jak w kościele". Co pewnie było nieświadomym trafieniem w sedno, bo właśnie pracowałam nad czymś, co bardzo podobnym sposobem opisywałyby pewne tradycje kościelne. śmiałam się sama z siebie.
ehh, z fazami dnia jest tak, że większość tradycji mówi o tym jeśli chodzi o preferencji, nie konieczności. Tzn. wieczór jest kojarzony z pewnym typem pracy bo naturalnie zmienia się rytm człowieka, jest ciemniej, cisza - ale to nie jest zasada beezwzględna. Pytanie co konkretnie robisz wieczorami, bo może część z tego da się przenieść na rano z podobnym efektem jeśli dobrze przygotujesz przestrzeń.
A czy ktoś próbował w ogóle budować przestrzeń mentalną zamiast fizycznej? Czytałam o czymś takim jak pokój magiczny w wyobraźni - czyli miejsce, do którego wracasz w medytacji, które jest zawsze twoje, nikt go nie widzi, nie ma go jak zniszczyć ani skomentować. Nie wiem jak to działa w praktyce, bo sama jeszcze nie próbowałam, ale intuicyjnie czuję, że to mogłoby być odpowiedź na te wszystkie problemy z fizycznymi elementami.
Ciekawe, że rozmowa tak naturalnie przeszła od "jak ukryć świecę" do "czy w ogóle potrzebujesz fizycznych rzeczy" bo to jest w gruncie rzeczy pytanie o to, czym jest rytuał - czy to forma czy treść. I mam wrażenie, że to pytanie jest ważniejsze niż kwestia dyskrecji. Choć rozumiem, że dla Ninki to jest pytanie bardzo praktyczne, nie filozoficzne.
Jasiek, ale to nie musi być jedno albo drugie. Praktyka rytualna to nie jest wybór między formą a treścią - to jest coś, co się buduje przez oba naraz. Znam osoby, które latami robiły rytuały "w głowie" bo nie miały wyjścia i były z nich zadowolone. Znam też takie, które potrzebowały fizycznych elementów żeby w ogóle wejść w odpowiedni stan. Nikt z zewnątrz nie powie Nince co dla niej działa lepiej.
Czytam tę rozmowę o świecach, olejkach, pudełkach i przestrzeniach mentalnych i trochę mi kręci się w głowie. mam pytanie podstawowe - czy jest jakiś sposób, żeby w ogóle zorientować się co dla mnie będzie działać, zanim zacznę próbować wszystkiego po kolei? Bo mam wrażenie, że zaczynając od zera, mogę długo błądzić między różnymi podejściami.
Wracając do tematu Ninki - bo widzę, że trochę odpłynęłyśmy - chcę powiedzieć jedną rzecz praktyczną. Dyskrecja działa najlepiej kiedy to, co robisz, jest nierozerwalnie wplecione w coś, co partner już widzi i co nie budzi skojarzeń tzn. jeśli masz zwyczaj chodzenia wieczorem do łazienki na 20 minut i nikt nie pyta dlaczego, to jest twoje okno. Jeśli siedzisz przy herbacie przy stole - to jest twoje okno. Problem pojawia się, kiedy rytuał wymaga czegoś widocznego, co wykracza poza znany schemat.
No to macie odpowiedz na wszystko chyba - dyskretnosc to nie chowanie, tylko wtapianie w schemat. I po calej tej rozmowie wydaje mi sie, ze najtrudniejsze jest nie to, jak ukryc swiece, tylko to, ze ktos obserwuje kazde twoje odchylenie od rutyny i to jest duzszy temat niz metody praktykowania.
To "ma" brzmi interesująco. Czy ktoś wie więcej o tym jak to działa w praktyce, bo szukałam trochę i znalazłam to głównie jeśli chodzi o architektury i teatru nō, niekoniecznie rytuału codziennego.
Okej ale wracając do ziemi - bo troche odplywamy od Nniki i jej partnera - mam pytanie praktyczne. co z sytuacja, kiedy ten "wewnetrzny prog" jest trudny do utrzymania jak ktos siedzi dwa metry obok i ogląda TV? Bo u mnie to nie jest sprawa filozofii tylko dosłownie - czy umiem sie skupic kiedy jest glosno.
To jest bardzo konkretny problem i mam konkretną odpowiedź: słuchawki. Serio. Zakładasz słuchawki - on widzi że "słuchasz muzyki" - ty możesz mieć w nich cokolwiek albo absolutną ciszę, albo dźwięk binauralny który pomaga skupieniu. to jest tak neutralne, że nikt nie zadaje pytań. I daje ci bańkę dźwiękową niezależnie od tego co się dzieje w pokoju 😀
Słuchawki - nigdy bym na to nie wpadła, a to takie logiczne. ale mam pytanie do Nyi - czy to działa też jeśli ktoś jest wzrokowcem i potrzebuje widzieć jakiś element żeby się skupić? wiesz co bo ja bez czegoś przed oczami mam problem z utrzymaniem koncentracji.
Telefon z wirtualnym płomieniem - to brzmi prawie komicznie, ale zastanawiam się czy to nie jest po prostu kolejny przykład tego o czym mówiłyśmy wcześniej, że forma jest kotwicą. herbata, płomień, ekran - jeśli umysł nauczy się tego jako "teraz inne", to funkcjonuje.
Zaraz, ale jest tu jakieś napięcie, które chcę nazwać. Z jednej strony mówimy o tym, że wszystko może być sygnałem przejścia - słuchawki, herbata, oddech. Z drugiej - jak wchodzimy w ten poziom "wszystko może być wszystkim", to trochę rozmywa się granica między rytuałem a zwykłą czynnością. i nie muwię, że to złe, ale chcę zapytać: czy ktoś ma poczucie, że ta elastyczność to siła, czy że czegoś przez nią traci?
no ale, Plejadka powiedziała to lepiej niż ja bym to ujęła. Dodam tylko że widziałam osoby, które miały bardzo rozbudowane, fizyczne rytuały i przy pierwszym prawdziwym wstrząsie życiowym - przeprowadzka, choroba, nowy człowiek w domu - wszystko się posypało, bo nie miały praktyki bez rekwizytów. I osoby, które praktykowały skromnie ale stale, i potrafiły to robić w każdych warunkach. To nie jest argument przeciwko fizycznym elementom, ale argument za tym, żeby nie uzależniać od nich całkowicie.
