Chcę zapytać o coś prostego bo trochę się zgubiłam - czy to musi być coś codziennego? Bo mi się wydawało że rytuał to jest coś co robisz przy jakiejś konkretnej okazji, a tu wszyscy mówią o codziennych przerwach i kotwicach. Czy to nie jest po prostu nawyk a nie rytuał?
Właśnie dlatego te astralne "dobre godziny" mają coś w sobie - nie w sensie że planety robią za ciebie, ale w tym że kiedy patrzysz na księżyc albo sprawdzasz pozycję plnaet, jesteś przez chwilę w innym trybie. Wychodzisz z głowy która przetwarza projekt i wchodzisz w coś większego. U mnie to jest taki reset percepcji. Czy to ma sens dla kogoś kto nie śledzi astrologii?
A ja wróciłbym do tej chronobiologii którą rzuciłem wcześniej, bo nikt nie odpowiedział na konkretną kwestię - czy ktoś testował te rytuały w różnych porach i porównywał? Bo intuicyjnie wszyscy mówimy o wieczorze jako czasie zamknięcia, ale może dla niektórych lepiej działa rano jako rodzaj "szczeliny" przed dniem, zanim współczulny jeszcze nie ruszy pełną parą 🙂
Przepraszam ze skacze bo trochę sie gubie - ta "imagery rehearsal therapy" to jest coś co samemu sie robi czy to jest terapia u specjalisty? Bo brzmi jakby mozna było coś z tym samemu zrobić przed snem.
To jest ciekawe powiązanie z pracą z runami przed snem. Kiedy wieczorem wyciągam runę i siedzę chwile z jej znaczeniem, to jest trochę podobny mechanizm - daję głowie inny obraz, inny "temat" któy kładzie się przed snem. Nie wiem czy to wpływa na sny ale przynajmniej jestem w innym miejscu mentalnie kiedy idę spać :/
Czytam tę rozmowę z boku i mam takie sceptyczne pytanie - czy wy naprawdę rozróżniacie co tu działa? Znaczy, nie kwestionuję że komuś coś pomaga. Ale skąd wiecie że to runa albo zapach, a nie po prostu fakt że siadacie na chwilę i robicie cokolwiek innego niż praca? Że ten efekt nie jest zupełnie niezależny od tego co konkretnie robicie?
Właśnie o to mi chodzi i cieszę się że ktoś to powiedział wprost. Moje pytanie nie było "jak zrobić lepszy wieczór" tylko "jak zmienić schemat". bo czytam tę rozmowę i rozumiem że każdy z was ma jakiś rytm dnia który ma w nim miejsce na coś innego niż praca. ja tego nie mam. Nie mam południa wolnego, nie mam wieczoru do dyspozycji bo pracuję do dwudziestej drugiej dwudziestej trzeciej. Więc zastanawiam się czy nie powinniśmy mówić o rytuałach wewnątrz dnia pracy, nie po niej.
To jest zmiana perspektywy która dużo wyjaśnia. I masz rację - jeśli nie ma "po pracy", to kotwica musi być w środku. W psychologii pracy mówi się o "micro-recovery" - krótkich momentach w ciągu dnia które dają układowi nerwowemu chwilę regulacji bez konieczności przerywania pracy. Badania Sabine Sonnentag pokazują że nawet pięć minut aktywnego detachu mentalnego w ciągu dnia robi różnicę mierzalną nazajutrz. Pytanie co dla ciebie byłoby tym detachem, bo to jest bardzo indywidualne.
To mnie zatrzymuje. bo moje myślenie o rytuale było zawsze "po" - po skończeniu, po wyjściu z pracy po zamknięciu laptopa. A laptopa nie zamykam. więc rytuał nigdy nie przychodził. eee, jesli to ma być w środku, to jak to wygląda - dosłownie? pięć minut przy biurku? wyjście do innego pokoju? pytam bo mam wrażenie że cokolwiek zrobię przy biurku, nadal jestem w pracy.
Zmiana fizycznej przestrzeni to jest naprawdę inna sprrawa niż sama przerwa mentalna. hmm nawet przejście do drugiego pokoju, stanięcie przy oknie - to jest sygnał dla ciała że coś się zmienia. kiedy pracuję intensywnie i wychodzę na balkon na dosłownie trzy minuty z jedną runą w kieszeni, to nie jest mistyka - to jest zmiana kontekstu sensorycznego. Widok temperatura, inne światło. głowa reaguje inaczej niż na przerwę przy tym samym ekranie.
To co mówi Runolog zgadza się z tym co słyszałam o rytuałach progowych - że próg fizyczny, dosłowne przekroczenie drzwi, jest dla układu nerwowego innym bodźcem niż mentalne "teraz robię przerwę". Ale mam pytanie do Franio.x - czy ty w ciągu tych 16 godzin w ogóle ruszasz się z miejsca? Bo to jest inna sytuacja kiedy możesz wyjść, a inna kiedy np. masz back-to-back calle przez cały dzień.
To "sztuczne domknięcie" to bardzo trafne określenie. W pracy z ziołami jest coś co stosuję przy przejściach między bardzo różnymi aktywnościami - krótki kontakt z zapachem który mam tylko do tego. Nie do relaksu w ogóle, tylko do tego jednego momentu. Lawenda to zły przykład bo jest wszędzie i mózg jej nie czyta jako sygnału specyficznego. lepiej działa coś rzadszego - u mnie to jest majeranek, który poza tym momentem w ogóle nie pojawia się w ciągu dnia. po kilku tygodniach to zaczyna działać bez myślenia.
