Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i szczerze nie wiem, jak to ugryźć. Chodzi mi o to, że kiedy zaczynam jakiś rytuał - nieważne czy to coś prostego przy świecy, czy dłuższa praca - to w pewnym momencie przestaję być przy intencji, a zaczynam pilnować, żeby wszystko było dokładnie tak jak powinno. Czy świeca stoi idealnie, czy słowa wypowiadam wystarczająco wyraźnie, czy oddycham w odpowiednim tempie. I to się nakręca. Skończyłam jeden rytuał z poczuciem, że nic nie zadziałało, bo w połowie się pomyliłam w słowach. Serio 🙁 Całe to skupienie poszło na kontrolowanie siebie, a nie na samą pracę. Zastanawiam się, czy ktoś miał podobnie i czy jest jakiś sposób, żeby to rozbić - nie tylko na poziomie praktyki, ale żeby umysł trochę odpuścił to pilnowanie.
To jest chyba jeden z tych tematów, o których rzadko się mówi wprost, a dotyka naprawdę wielu osób. Sama przez długi czas myślałam, że im precyzyjniej, tym lepiej - i rzeczywiście, pewien poziom skupienia jest potrzebny. Ale jest ogromna różnica między skupieniem a kontrolą. skupienie to bycie przy tym, co robisz. Kontrola to ciągłe sprawdzanie, czy robisz to dostatecznie dobrze. I to drugie zaabija intencję zupełnie skutecznie. Mam pytanie do Ciebie - czy ta obsesja na punkcie poprawności pojawia się tylko przy rytuałach, czy też w innych obszarach codziennych? Bo czasem to nie jest problem z praktyką, tylko coś, co przynoszemy do rytuału z zewnątrz.
Słuchajcie, jestem sceptyczna z natury, ale ta rozmowa mnie wciąga. Mam pytanie może głupie - czy wy naprawdę wierzycie, że rytuał "nie zadziała", jeśli coś pójdzie nie tak? Bo mam wrażenie, że to jest sednem sprawy. jeśli zakładamy, że jest jakaś obiektywna skuteczność, którą można zwiększyć lub zmniejszyć przez poprawność wykonania - to perfekcjonizm jest logiczną konsekwencją. oj, ale jeśli rytuał działa przez intencję i stan umysłu, to wtedy poprawność formy staje się drugorzędna, prawda? Zastanawiam się, co sami o tym myślicie - bo to chyba zmienia całą dyskusję.
Wejdę tu, bo wabi-sabi jeśli chodzi o rytuałów to coś, o czym myślałam niezależnie. Chodzi o to, że ta estetyka zakłada, że niedoskonałość i przemijanie są nieodłączną częścią rzeczywistości - i że piękno tkwi właśnie w nich, nie pomimo nich. Jak to przekładasz na pracę rytualną? Zaczynasz traktować "pomyłki" nie jako odchylenia od ideału, ale jako naturalną część procesu. Świeca, która gaśnie, nie jest błędem - jest informacją albo po prostu jest. Ale uwaga, bo tu jest pułapka: można to przemienić w kolejny perfekcjonizm, tylko tym razem estetyczny - "teraz muszę być perfekcyjnie nieperfekcyjna". I to jest śmieszne, ale serio się zdarza.
Czytam i mam jedno pytanie, bo trochę się gubię. Wy mówicie o tym, żeby przestać kontrolować, ale nie mówicie jak. Serio, jak to się robi? Bo ja rozumiem filozoficznie, że forrma nie jest najważniejsza, że intencja, że obserwacja zamiast oceny. Ale jak siadam do rytuału, to i tak w głowie mi chodzi, czy robię dobrze. Nie dlatego, że jestem głupia - po prostu tak działa mój umysł. Czy jest jakiś konkretny rytuał, ćwiczenie, cokolwiek, co pomaga przestawić ten tryb myślenia? Coś, co nie polega na "po prostu przestań się tym przejmować", bo to nie jest porada, to jest życzenie.
A co jeśli problem jest głębszy i rytuał to tylko wierzchołek góry lodowej? pytam, bo sama mam tendencje do perfekcjonizmu i zauważyłam, że kiedy jestem w gorszym okresie - więcej stresu, mniej snu - to wszystko mi się zaostrza, łącznie z praktyką. Natomiast kiedy jestem OK, to potrafię zrobić coś bardzo niedbale i kompletnie mi to nie przeszkadza. Czy nie jest tak, że szukamy rytualnego rozwiązania na coś, co ma swoje korzenie zupełnie gdzie indziej? Nie mówię, że rytuały nie mogą pomóc - ale zastanawiam się, czy sam rytuał wystarczy, żeby przepracować głęboki wzorzec.
Ten wątek z prokrastynacją w duchowych szatach jest naprawdę wart uwagi. Bo to jest jedna z form perfekcjonizmu, która jest szczególnie podstępna - bo każdy element osobno wydaje się uzasadniony. Księżyc w nowiu? Logiczne. Oczyszczenie przestrzeni? Oczywiście. Ale razem to jest system, który ma jedno zadanie: nie dopuścić do działania. I co ciekawe tradycje, które rzeczywiście przywiązują wagę do astrologii i timing - na przykład wedyjska astrologia - muwią o muhurcie, ale też mówią, że praktyka w złym czasie jest lepsza niż brak praktyki w ogóle.
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę mnie nurtuje. Czy wy rozróżniacie między perfekcjonizmem wynikającym z lęku, a tym wynikającym z jakiegoś głębokiego szacunku do praktyki? Bo mam wrażenie, że czasem je mieszamy. Jedna osoba odpuszcza, bo naprawdę czuje, że forma nie jest najważniejsza. Druga odpuszcza, bo się poddała. I obie mogą powiedzieć to samo zdanie na forum.
Może głupio pytam, ale co to jest Vipassana? Słyszałam tę nazwę, ale nie wiem co to dokładnie. I czy to trzeba gdzieś robić, czy można samemu?
Skoro mówimy o technikach - bo to w końcu wątek o rytuałach - chciałem dorzucić coś z zupełnie innej strony. W pracy z runami czasem celowo wprowadza się element losowości do rytuału. Nie jako główny element, ale jako świadomy wstrząs dla umysłu, który chce kontrolować. Na przykład losuje się runę na początku praktyki i ta runa wyznacza "ton" rytułau, bez możliwości zmiany. To trochę wymusza oddanie kontroli, bo nie masz wpływu na to, co wyciągnęłaś.
a jak wygląda u ciebie ta zaplanowana struktura? Bo mam wrażenie, że jest różnica między rytuałem, który ma stały szkielet, a rytuałem, który jest tak usztywniony, że nie ma w nim żadnego oddechu. Losowanie runy to jeden sposób na wprowadzenie tego oddechu, ale pewnie nie jedyny.
Właśnie to mnie zastanawia w tym całym wątku - czy my szukamy technik, które "naprawią" rytuał, czy czegoś głębszego? Bo można losować runy, można robić wabi-sabi, można ćwiczyć Vipassanę, ale jeśli podstawowy mechanizm lękowy nie zostanie jakoś dotknięty, to za rok będziemy losować runy perfekcyjnie.
Czytam to i myślę, że gdzieś zgubiło się coś ważnego. Perfekcjonizm w rytuałach nie bierze się znikąd - często bierze się z przekonania, że jesli coś pójdzie nie tak, to rytuał "nie zadziała". I to jest głębszy problem niż technika. Skąd w ogóle to przekonanie pochodzi? Ktoś was uczył, że rytuał ma ścisłe wymagania, czy to coś, co sami sobie nałożyliście z lęku?
No ale jednak są tradycje, w których kolor, czas, materiał mają znaczenie symboliczne i to nie jest przypadkowe. Nie chciałabym, żebyśmy wylali dziecko z kąpielą. Forma rytuału coś niesie - pytanie tylko, czy forma służy treści, czy treść zaczyna służyć formie.
Właśnie o to chodzi - czy perfekcjonizm nie chroni nas czasem przed tym poczuciem, że robimy bałagan? ehh, Może dlatego tak trudno go puścić, bo po drugiej stronie nie czeka "spokój" tylko "może robię to źle i nawet nie wiem".
Przepraszam, że wchodzę z czymś bocznym, ale to co napisała Hortensja53 - "wejść w bałagan i zobaczyć że nie zabija" - to mnie uderzyło. Czy to jest właśnie ta Vipassana o której mówił Zenek.x? Że siadasz z tym co masz i nie próbujesz tego naprawiać?
Czytam tę rozmowę o runach i świadkach i myślę - czy coś podobnego można zrobić bez run, jeśli ktoś ich nie praktykuje? Bo rozumiem ideę nieprzewidywalnego elementu, ale runy to osobny system, którego nie znam 😀 Czy jest jakiś odpowiednik, który działa bez wchodzenia w nową tradycję?
Ten wątek z dźwiękami mnie złapał, bo sama kiedyś eksperymentowałam z czymś podobnym, choć inaczej. Przed rytuałem siadałam na chwilę z zamkniętymi oczami i po prostu słuchałam. Nie szukałam znaku, nie interpretowałam. Po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że już samo to siedzenie zmienia stan, w jakim wchodzę w praktykę. Mniej spinająca kontrola, bardziej ciekawość. I perfekcjonizm trochę miękł, bo byłam już nieco gdzie indziej zanim zaczęłam.
Czytam tę wymianę i mam pytanie, które pewnie zabrzmi naiwnie - ale czy ktoś z was próbował po prostu zrobić rytuał celowo niedoskonale? Nie jako ćwiczenie, nie jako technikę, tylko po prostu - świadomie opuścić jeden krok, użyć czegoś "zastępczego", zostawić świecę krzywo? I zobaczyć co się stanie - nie w sensie skutków rytuału, tylko w sensie własnej reakcji?
Ten "wszechświat sprawdzający pracę domową" to świetna metafora i jednocześnie coś, z czym naprawdę warto posiedzieć. Bo to jest przekonanie, które nie bierze się z tradycji - bierze się z naszej głowy. Żadna tradycja, którą znam, nie mówi że rytuał jest nieważny, jeśli świeca nie stoi idealnie. Mówi co innego: że intencja, obecność, zaangażowanie mają znaczenie. To są zupełnie inne kryteria niż te, które sobie narzucamy.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że powoli coś mi się układa. Zaczęłam ten wątek z pytaniem o rytuał, który pomoże mi się "poluzować" - a wychodzimy na to, że rytuał nie jest odpowiedzią na perfekcjonizm, tylko miejscem, gdzie perfekcjonizm wychodzi na wierzch i można go zobaczyć. To jest inne. Nie szukam przepisu, który go wyłączy, tylko może powinnam zacząć traktować każdy rytuał jako sytuację, w której go obserwuję - i przestać oczekiwać, że kiedyś go nie będzie.
Czytam tę rozmowę z pewnym oporem i chcę powiedzieć wprost - mam wrażenie, że za bardzo skupiamy się na perfekcjonizmie jako problemie psychologicznym, który "przeszkadza" w rytuałach. hmm, Ale może warto spojrzeć na to inaczej: może perfekcjonizm w kontekście praktyki to po prostu niezrozumienie, czym rytuał jest. Nie mechanizmem do uruchomienia, tylko przestrzenią do zamieszkania na chwilę.
Czytam tę rozmowę i mam szczere pytanie - czy to nie jest po prostu problem z intencją? Bo jak ktoś wchodzi w rytuał z intencją "chcę to zrobić perfekcyjnie", to już na starcie coś jest nie tak. Rytuał jest środkiem, nie celem. Ale rozumiem, że dla perfekcjonisty to rozróżnienie może być bardzo trudne do utrzymania w praktyce.
A właściwie to jest ciekawe samo w sobie - że perfekcjonizm w rytuałach może być objawem właśnie tego zmieszania. Część z nas przyswoiła gdzieś przekonanie o precyzji bez wiedzy skąd pochodzi i do jakiej tradycji należy. I teraz przykładamy go do wszystkiego, co robimy. To by tłumaczyło, dlaczego tak trudno się go pozbyć - bo nie jest nasz, ale zachowuje się jak nasz.
właśnie - te ostrzeżenia w stylu "uważaj bo odwrócisz intencję" są wszędzie. Kiedy zaczynałem czytać o praktyce, to połowa materiałów brzmiała jak instrukcja obsługi urządzenia wysokiego napięcia. I to naturalnie buduje lęk przed błędem. Zastanawiam się, czy gdyby materiały były pisane inaczej, to czy perfekcjonizm w rytuałach w ogóle byłby tak powszechny.
to co napisałaś o wchłanianiu przekonań z lektur bez świadomości skąd pochodzą - to mnie uderzyło. no i, bo teraz jak patrzę wstecz, to znaczna część mojego lękó przed błędem w praktyce ma źródło w jednej konkretnej książce, którą czytałem dawno temu. Autor pisał o "konsekwencjach niedbałości" w taaki sposób, że przez lata traktowałem każdy rytuał jak operację na otwartym sercu. I nigdy nie zapytałem siebie: czy ta konkretna tradycja, z której pochodzi ta przestroga, w ogóle ma zastosowanie do tego, co ja robię?
Ten wątek z lekturami jako źródłem perfekcjonizmu jest naprawdę ważny bo te ostrzeżenia w starszych tekstach często nie były piasne dla czytelnika samodzielnego. Pisano je z myślą o uczniu w systemie, gdzie mistrz korygował na bieżąco. Wyrwane z kontekstu brzmią jak absolutne zakazy, a miały być instrukcją roboczą. Więc ten lęk przed błędem, który ludzie po dziś dzień kultywują, często pochodzi z instrukcji przeznaczonej do zupełnie innego kontekstu nauczania.
