Nie wiem jak to ująć inaczej niż wprost - mam wrażenie że ostatnie miesiące lecą mi przez palce i nie mam na nic wpływu. Praca, sprawy rodzinne, wszystko się jakoś kręci ale bez mojego udziału, jakby ktoś inny prowadził moje życie. Pomyślałam o rytuałach właśnie dlatego że słyszałam że pomagają odzyskać jakiś... punkt oparcia? Nie wiem czy to właściwe słowo. Czy ktos miał podobne doświadczenie i faktycznie rytuały coś zmieniły - nie w sensie magicznym, ale właśnie w sensie poczucia że jednak mam na coś wpływ?
To co opisujesz brzmi znajomo. Ja przez długi czas myślałem że rytuał musi coś robić - musi przyciągać, odpychać, zmieniać energię wokół. I pewnie robi, nie twierdzę że nie. Ale pierwszy efekt który zauważyłem był inny - to był efekt na mnie samym. Zanim cokolwiek zmieniło się na zewnątrz, zaczęło się zmieniać to jak ja stałem wobec własnego życia. rytuał wymusza zatrzymanie. Dosłownie - siadasz, robisz coś w określonej kolejności powtaarzasz. I to już jest decyzja. Twoja. Nikt jej za ciebie nie podejmuje.
Zgadzam się z tym co Runolog napisał o zatrzymaniu, ale chciałem dodać jedno zastrzeżenie - bo nie każdy rytuał działa tak samo na każdą osobę i nie zawsze to kwestia samej struktury działania. Mnie osobiście bardziej stabilizowały rytały związane z konkretnym celem niż te "ogólne". Jak robiłem coś pod konkretną intencję, to ta intencja mnie organizowała - musiałem wiedzieć czego chcę, przynajmniej w przybliżeniu. a to samo w sobie jest dużym krokiem jak masz poczucie chaosu. Ciekawi mnie natomiast co Ty Gracja, masz na myśli przez "wymykanie spod kontroli" - bo to może być dużo różnych rzeczy i od tego zależy co mogłoby pomóc.
To co opisuje Gracja to coś co w psychologii określa się jako poczucie zewnętrznej lokalizacji kontroli - przekonanie że siły zewnętrzne decydują o tym co się dzieje w twoim życiu. I to nie jest tylko odczucie, to realnie wpływa na to jak działamy, bo przestajemy inicjować. Rytuały od strony antropologicznej są właśnie jednym ze sposobów na odwrócenie tego - i to nie jest moje odkrycie, pisał o tym m.in. Victor Turner w kontekście rytuałów przejścia. Ale tu nie chodzi o wielkie przejście życiowe, chodzi o małe codzienne akty sprawczości. Zrób coś sam, z wyboru w określonym czasie i miejscu. To jest deklaracja wobec siebie że istniejesz jako podmiot, nie tylko jako punkt w cudzych planach.
Nie do końca rozumiem - czyli mówicie że rytuał pomaga nie dlatego że "działa magicznie" ale że po prostu zmusza do działania? to trochę jak z plannerami i habitami, nie? mój brat robi sobie codzienny "reset" wieczorem, zanim zaśnie - ale to nie jest nic ezotereycznego, po prostu sprawdza czy zrobił to co chciał i planuje na jutro. Ciekawi mnie gdzie jest granica między rytuałem a zwykłą rutyną.
Granica jest mniej wyraźna niż się wydaje. Rutyna staje się rytuałem kiedy nadajesz jej znaczenie. Twój brat mógłby robić dokładnie to samo i jeśli traktuje to jak "zamknięcie dnia" - z jakimś sensem z intencją sprawdzenia czegoś - to już jet bliżej rytuału niż zwykłego nawyku. to co odróżnia rytuał od rutyny to właśnie ta warstwa symboliczna albo intencyjna. Nie musi być ezoteryczna. Może być całkowicie świecka.
Czytam tę dyskusję i mam pytanie może trochę z boku - czy to znaczy że efekt rytuału jest głównie psychologiczny? Pytam bez złośliwości, naprawdę chcę zrozumieć. Bo jeśli tak, to czy nie wystarczyłoby po prostu... pójść na terapię albo zacząć medytować? Co daje rytuał czego tamto nie daje?
Mnie zastanawia co konkretnie robić jak się jest w tym miejscu co Gracja opisuje. Theoretical to rozumiem, ale jak wygląda ten pierwszy krok? Bo widziałam różne propozycje ryuałów "na poczucie kontroli" i część z nich jest dosyć rozbudowana - ołtarzyk odpowiednia faza księżyca, konkretne rośliny. I to wszystko fajnie, ale jak ktoś ledwo zipie psychicznie to nie zasiądzie do rozbudowanej ceremonii.
Skoro już padło pytanie o konkretny pierwszy krok - u mnie zaczęło się od rytuału wieczornego z runami, ale nie dlatego że runy są "lepsze", tylko że dawały mi coś fizycznego do trzyymania w rękach. losowałem jedną runę na kolejny dzień i przez chwilę siedziałem z pytaniem - co ta runa mówi o tym co mnie czeka albo o tym co chcę zrobić. brzmi prosto i jest proste. Ale wymuszało że każdy wieczór kończyłem z jakąś intencją na jutro. nie planem, nie listą zadań tylko intencją. I to wystarczyło żeby poczuć że jutro jakoś od mnie zależy.
Wchodzę tu bo temat jest ciekawy i widzę że dyskusja idzie w dobrym kierunku, ale chcę dodać jedną rzecz której jeszcze nie było. Rytuał przywraca poczucie kontroli między innymi dlatego że ma granice - wisz kiedy się zaczyna i kiedy kończy. W życiu które się "wymyka" granice są rozmyte, nie wiesz gdzie kończy się jeden problem a zaczyna drugi, jeden dzień wlewa się w drugi. Rytuał jest wyraźnie zaznaczonym fragmentem czasu który należy tylko do tego co robisz. I tego nie da się osiągnąć samą medytacją, bo medytacja nie ma tej samej zewnętrznej struktury. Otwierasz, zamykasz. To jest ważne.
No i jeszcze sprawa energetyczna, bo nikt o tym nie wspomniał - rytuał oczyszcza przestrzeń wokół ciebie i to też daje poczucie że coś się zmienia. Jak poczujesz że twoja przestrzeń jest oczyszczona, to od razu inaczej się w niej funkcjonuje. Polecam zacząć od oczyszczania szałwią, to zawsze pomaga przy poczuciu chaosu.
Gracja, to co piszesz o herbacie i świeczce - to jest naprawdę dobry punkt startowy. Znacznie lepszy niż gotowy schemat z internetu, bo to jest twoje. Ale mam pytanie - mówisz że lubisz te rzeczy, ale czy robisz je świadomie, tzn. zatrzymujesz się przy tym czy robisz to "w tle" podczas przeglądania telefonu albo myślenia o czymś innym?
Zaneetta - kurde, dobre pytanie. Szczerze? W tle. Herbata stygnie a ja nawet nie wiem kiedy. To chyba jest część problemu, bo nawet te rzeczy które robię dla siebie robię bez obecności.
I właśnie to jest różnica między rytuałem a nawykiem. Nawyk można wykonać automatycznie. rytuał wymaga żebyś była tam gdzie jesteś. Nie dlatego że "tak trzeba" ale dlatego że inaczej nie ma sensu. Zastanawiam się czy dla ciebie pierwszym krokiem nie powinno być po prostu wypicie jednej herbaty dziennie bez telefonu. Nic więcej. Tylko to.
Ale to brzmi jak uważność, nie jak rytuał. gdzie jest granica? Serio pytam, bo coraz bardziej mi się te pojęcia mieszają w tej dyskusji.
Dobra, ale żeby nie było że tylko filozofujemy - wróćmy na chwilę do pytania Gracji o coś pośredniego. Bo ona ma rację że między "zamknij oczy i odetchnij" a "rozłóż ołtarzyk z pięcioma elementami" jest bardzo dużo miejsca. Jeden konkret który mogę podać z własnego doświadczenia: pisanie intencji na papierze i spalenie go. Banalnie prosto brzmi, ale efekt jest zaskakująco wyraźny. Piszesz jedną rzecz której chcesz się pozbyć albo którą chcesz puścić, piszesz to dokładnie i spalasz. Nie musisz wierzyć w żadną metafizykę żeby to zadziałało - sam akt fizycznego zniszczenia słów robi coś z głową.
Hej, wchodzę z bocznej - mój brat o którym wspominałem wcześniej mówił że jak zaczął swój wieczorny reset to pierwsze dwa tygodnie czuł się głupiio. Potem przestał. eee więc chyba potwierdza to co piszecie. ale mam inne pytanie - czy rytuał który ktoś ci zasugeruje może działać tak samo jak ten który sam wymyślisz? Czy ta "własność" jest ważna?
Czytam to i coś mi klikło. Przez cały czas szukałam czegoś gotowego bo zakładałam że moje rzeczy są za małe albo za zwykłe. A tu mówicie że niekoniecznie tak jest. Ale teraz mam praktyczne pytanie - czy wystarczy że powiem sobie "ta herbata jest moja"? Czy trzeba do tego czegoś więcej?
Więcej nie musi znaczyć lepiej. Możesz zacząć od jednego zdania które wypowiadasz cicho albo w myślach, zanim wypijesz pierwszy łyk. Jednego. Coś w stylu "to jest mój czas". Nie modlitwa, nie zaklęcie, po prostu oświadczenie dla siebie samej. I nic nie rób w tym czasie, tylko pij tę herbatę. Zobaczymy co będzie po dwóch tygodniach.
Na zachodnich forach o magii praktycznej takie "update" po rytuale są całkiem popularne. Tu rzadziej, ale to dobry pomysł. Gracja, jakbyś chciała wrócić po paru tygodniach z tym co poczułaś albo czego nie poczułaś, to myślę że byłoby wartościowe dla całej tej dyskusji.
Mam jeszcze jedno pytanie do tej herbaty jako rytuału - w jakiej porze dnia to robi różnicę? Bo widzę że Gracja mówiła o porannej. ehh, zastanawiam się czy rytuał poranny i wieczorny działają inaczej na poczucie sprawczości.
A co jeśli ktoś ma chaos poranny, dzieci, praca, wszystko naraz i te kilka minut jest po prostu niemożliwe do wyegzekwowania? Pytam bo to jest mój problem. Zawsze planuję wieczór, bo rano to fikcja.
