Mam pytanie do osób, które praktykują same - chodzi mi o rytuały w ogóle, nie tylko te związane z konkretnym celem. Czy macie wrażenie, że robienie czegoś w pojedynkę działa inaczej niż w grupie? Pytam, bo sama zaczęłam pewne rzeczy robić bez nikogo i mam mieszane odczucia. Z jednej strony jest mi wygodniej, z drugiej cały czas mam z tyłu głowy to pyytanie, czy to ma sens bez świadka, bez kogoś, kto trzyma tę przestrzeń razem z tobą. Nie wiem, może to jest właśnie kwestia fobii społecznej jak w tytule, może zwykłe wątpliwości - ale zastanawiam się, jak to macie wy.
To jest w sumie dobre pytanie i sama się nad tym zastanawiałam, zanim w ogóle spróbowałam czegokolwiek w cztery oczy ze sobą. Mam notatki z kilku miesięcy i jak je teraz czytam, to widzę, że na początku pisałam dokładnie to samo - czy to ma sens bez drugiej osoby. Ale z czasem zauważyłam, że samotność w rytuałach daje coś, czego w grupie nie ma, czyli pełną kontrolę nad tempem. Nikt nie spieszy, nikt nie obserwuje, nie musisz tłumaczyć swoich reakcji. Dla kogoś, kto ma problem z obecnością innych, to może być wręcz warunek konieczny, żeby w ogóle coś poczuć.
Zgodzę się z tym, co napisała Arkana, ale chciałbym dodać pewien kontekst historyczny, bo myślę, że warto to wiedzieć. serio, większość tradycji, które znamy dziś jako grupowe czy inicjacyjne, miała też swój odpowiednik w praktyce indywidualnej. W tradycji szamańskiej na przykład - i tu mówię o kulturach syberyjskich, nie o tym, co się dziś sprzedaje na warsztatach - kandydat przez długi czas praktykował sam, w izolacji, i dopiero potem wchodził w relację z grupą. To nie była sprawa wyboru, tylko etapu. Fobia społeczna czy nie, samotna praktyka ma naprawdę długą historię.
Czytam tę rozmowę i muszę coś powiedzieć, bo mi się tu miessza kilka pojęć naraz. Fobia społeczna to nie jest po prostu wstydliwość ani introwertyzm. To konkretna trudność, która wpływa na koncentrację, na oddech, na to, jak człowiek jest w stanie utrzymać uwagę. I teraz pytanie do osób, które praktykują z tą trudnością - czy w samotności ten probleem po prostu znika, czy tylko zmienia postać? Bo znam osoby, które bały się grupy, zostały same z praktyką, i okazało się że całą energię zaczęły wkładać w obserwowanie siebie zamiast w sam rytuał. To nie jest atak, to jest realne pytanie.
Wracając do tego, co mówił Pochwist o różnicy między wyborem samotności a przymusem - mam wrażenie, że w praktyce ta granica jest płynna. Jak długo robiłam rytuały sama dlatego, że tak mi wyszło, a kiedy zaczęłam faktycznie woleć to od kontaktu z innymi - nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, kiedy nastąpiło to przejście. I nie wiem, czy to jest ważne. Co innego mnie zastanawia: czy osoby, które pytają o rytuały w samotności, mają w ogóle jakiś rytm tych praktyk, czy to jest raczej coś, co robią od czasu do czasu?
Czytam ten wątek z uwagą i chcę wejść z czymś, czego mi tu brakuje. Dużo mówimy o tym, czy samotna praktyka ma sens, ale nie rozmawiamy o tym, co konkretnie robi rytuał dla osoby z fobią społeczną - i to niekoniecznie w znaczeniu magicznym, ale strukturalnym. Rytuał, który robisz sam regularnie, o tej samej porze, z tymi samymi elementami, uczy układ nerwowy przewidywalności. To jest coś, czego fobia społeczna zaibera - poczucie, że wiesz, co się za chwilę stanie. Samodzielna praktyka może być pod tym względem naprawdę ważna właśnie dla takich osób, nie jako substytut grupy, ale jako wlasna przestrzeń z własnym porządkiem. Mam kilka przemyśleń na temat konkretnych form, ale najpierw chciałabym wiedzieć: czy ktoś tutaj faktycznie ma tę trudność i próbował czegoś konkretnego?
Ja mam coś w rodzaju lęku przy ludziach, nie wiem czy to fobia czy co, ale nie byłem w stanie siedzieć na żadnych warsztatach bo cały czas myślałem o tym, jak wyglądam z zewnątrz. Próbowałem raz zapalić świecę i posiedzieć w ciszy z jakąś intencją w głowie, sam w pokoju wieczorem. I to był chyba jedyny raz, kiedy cokolwiek poczułem bez natychmiastowego wycofania się z tego uczucia. Nie wiem jak to nazwać, ale było inaczej niż zwykle.
ojej Dobra, ale jak długo trwa zanim coś takiego zaczyna działać regularnie? Bo rozumiem, że to nie jest jednorazowe, ale mnie interesuje, czy to sprawa tygodni, miesięcy - bo nie chcę robić czegoś przez rok i nie wiedzieć, czy idę w dobrą stronę.
Słuchajcie, ja podchodzę do tego dość sceptycznie, ale to pytanie mnie rzeczywiście zastanawia - czy ryuał w samotności to nie jest trochę jak rozmowa z samym sobą, tylko z bardziej rozbudowaną scenografią? I pytam serio, bez złośliwości. bo jeśli tak, to dla osób z lękiem społecznym ma to sens czysto psychologiczny, bez wchodzenia w jakiekolwiek przekonania magiczne. Ale jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej, to ciekawi mnie, co konkretnie ma się różnić.
Ja chce dodac cos praktycznego bo widzę że rozmowa jest troche teorytyczna. Jak ktoś ma problem z luźdmi to na poczatku dobrze robic cos naprawdę krotko - dosłownie 5 minut, nie wiecej. Zapalić świece, powiedziec jedno zdanie na głos co chcesz, zgasic. I tyle. Nie ma co na starcie budować czegoś co trwa godzine bo potem sie zniechęcasz jak nie dasz rady skupić. Ja tak zaczełam i po kilku tygodniach sama z siebie wydłuzałam te chwile, bo po prostu chciałam, a nie dlatego że ktoś mi kazał.
Czytam post Miroslawej i mam pytanie - mówisz, że 5 minut to dobry start, ale co jeśli ktoś nie jest w stanie utrzymać nawet tej minuty skupienia? Bo rozumiem zasadę krótkości, ale u mnie na początku nawet zapalenie świecy i siedzenie przez chwilę kończyło się tym, że już po 30 sekundach zaczynałem myśleć o czymś zupełnie innym. To norma czy już sygnał, że coś nie działa?
Właśnie to jest ciekawe, co napisała Sylka - że daje się umysłowi punkt zakotwiczenia. Bo ja przez długi czas myślałam, że rozpraszanie podczas rytuału to mój błąd, że robię coś źle. A potem gdzieś przeczytałam, że w niektórych tradycjach rozproszenie jest wręcz traktowane jako część praktyki - nie walczysz z nim, tylko zauważasz i wracasz. I to diametralnie zmieniło to, jak do tego podchodzę. Przestałam się oceniać za każdą błądzącą myśl.
Dobra, ale mam wrazenie, że to jest teraz bardzo mocno psychologia i uważność, a coraz mniej rytuał. Bo jeśli sednem jest to, żeby zauważać rozproszenie i wracać uwagą, to brzmi jak opis podstawowej medytacji. Gdzie w tym jest coś, co wyróżnia rytuał od zwykłego siedzenia w ciszy? Serio pytam, bo mże czegoś nie rozumiem.
To pytanie Pochwistu jest dla mnie naprawdę ciekawe, bo dotyka czegoś, o czym anthropolodzy religii pisali dużo - Victor Turner, Arnold van Gennep i ini. Rytuał odróżnia od zwykłej czynności właśnie to, że jest wyodrębniony z codzienności - ma swój próg wejścia i wyjścia. i ta granica nie jest tylko subiektywna, ona jest tworzona przez działanie: zapalasz świecę, siedzisz w konkretnym miejscu, robisz konkretną sekwencję. Mózg dosłownie inaczej przetwarza działania opakowane w powtarzalny schemat. To nie jest magia słowa "rytuał" - to jest efekt struktury. Ale rozumiem, że z zewnątrz wygląda jak semantyka.
Okej, ale wróćmy do konkretów bo trochę mi się ta rozmowa rozlała. Serenity wcześniej pisała o strukturze rytuału jako o tym, co stabilizuje - i to rozumiem. Ale nadal nie wiem: co robić, żeby ten rytuał w samotności miał ten próg wejścia i wyjściaa, o którym pisze Diablik? Jakieś konkretne przykłady nie teoria.
Czytam ten wątek i mam jedno konkretne pytanie, bo nie wiem jak to z siebie nie wyrzucić. Czy jeśli podczas rytuału w samotności zacznę płakać albo wyjdzie ze mnie jakiś silny ładunek emocjonalny - to jest dobry znak czy powinnam się zatrzymać? Pytam, bo mam wrażenie, że mogłabym do czegoś takiego dojść przy większej ciszy, a nie wiem, co z tym zrobić.
Właśnie to "zakończenie rytuału to też jest wybór, nie porażka" - to zdanie mi zostaje. Myślę, że to jest coś, czego bardzo brakuje w rozmowach o praktyce solo. Wszędzie czytam o tym, jak robić, co robić, kiedy robić. Nikt prawie nie mówi o tym, że można też odpuścić w połowie i to jest wpisane w praktykę, a nie dowód, że się nie nadajesz.
To pytanie Gustlika jest właściwie kluczowe i myślę, że wiele osób się na nim zatrzymuje. Kamień w dłoni bez intencji to jest kamień. Kamień w dłoni z konkretną funkcją w ramach określonej sekwencji czynności - to już jest element rytuału. Pytanie nie brzmi "czy kamień działa", tylko "co ty z nim robisz i dlaczego właśnie to".
Dobra, ale ja mam konkretne pytanie, bo trochę mi się ta rozmowa rozlewa. Jeśli jestem osobą, która nie wie, w co wierzy, ale chce spróbować - co wybrać? Kamień, świecę, dźwięk? Czy w ogóle jest jakaś hierarchia? pytam, bo czytam tu o tradycjach, czakrach, sufich, i nie wiem, od czego zacząć.
Nie ma hierarchii. To jest jeden z tych mitów, które powodują, że ludzie odkładają praktykę w nieskończoność, bo ciągle czekają, aż znajdą "to właściwe". Szczerze? Zacznij od czegokolwiek, co jest już w twoim zasięgu i do czego nie masz oporu. Świeca, miska z wodą, konkretna muzyka, otwarte okno. Kluczem jest powtarzalność, nie wybór przedmiotu.
Mam pytanie do Leontynki, bo to jest coś, o czym sam myślałem. Co masz na myśli, że środek mógł się różnić? Tzn. improwizowałaś wewnątrz rytuału? Bo to brzmi jak coś, co by u mnie nie działało - mam tendencję do tego, żeby się gubić, jak nie mam czegoś z góry ustalonego.
A jeśli ktoś ma problem z tym, żeby w ogóle zacząć? Tzn. o matko, wiem, że wejście i wyjście ma być stałe, rozumiem to. Ale jak to jest z tym pierwszym razem, kiedy w ogóle jeszcze nie masz obramowania, bo go nie zbudowałeś? od czego wychodziłaś na początku?
To jest chyba jedno z pytań, które pojawia się prawie w każdej rozmowie o praktyce solo i rzadko ktoś odpowiada na nie wprost. Mnie na początku pomogło to, że wzięłam jedną konkretną czynność z codzienności, którą już robiłam regularnie - mycie twarzy wieczorem - i zaczęłam ją traktować jako granicę. Przed myciem jest świat. Po myciu jest czas na mnie. To głupie, ale działało.
Dobra, ale mam wrażenie, że idzie tu w kierunku, gdzie wszystko może być rytuałem jeśli tylko chcę żeby tak było. I wtedy pytanie o sens rytuału solo dla kogoś z fobią społeczną staje się pytaniem o to, czy w ogóle cokolwiek robi różnicę, jeśli i tak to tylko ja sam decyduję co jest rytuałem a co nie.
To zdanie o sprawczości i braku oceny jest dla mnie jednym z ważniejszych w tym wątku. Fobia społeczna to między innymi ciągłe poczucie, że ktoś patrzy i ocenia. Rytual solo jest być może jednym z niewielu miejsc, gdzie tego nie ma. Nie wiem, czy to jest "magia" w tradycyjnym sensie, ale funkcja jest jak najbardziej realna.
Ten strach, o którym piszesz, pojawia się prawie u każdgeo na początku i nie znika od razu. pamiętam, że przez pierwsze kilka tygodni miałem wrażenie, że gram w jakiś spektakl przed pustą widownia. dopiero jak przestałem myśleć o tym, czy "wychodzi", a zacząłem po prostu kończyć, cokolwiek się wydarzyło - wtedy to zaczęło mieć jakiś sens.
Dorzuce coś od siebie bo czytam od początku i mam wrazenie że nikt nie powiedzioał jednej ważnej rzeczy: ten dyskomfort na początku jest trochę jak mięśień który boli po pierwszym treningu. Nie oznacza że coś złego robisz. Oznacza że to jest nowe. I nie ma skrótu przez to.
