Piszę to bo sama przez kilka lat próbowałam to po prostu wyciszyć i ostatecznie mi nie wyszło. Nie wiem, czy to kwestia charakteru, czy po prostu tego się nie da zakorkować na dłuższą metę, ale im bardziej ignorowałam te przebłyski, tym bardziej zaczęły mi wchodzić w sny, w normalne rozmowy, w dosłownie przypadkowe spotkania. Mówiąc o rytuałach porządkujących - nie mam na myśli czegoś, co "otwiera" albo "wzmacnia". Zależy mi raczej na tym, żeby opisać to, co według mie działa jako rodzaj ramy. Jakiś kontener na te doznania, żeby nie rozlewały się gdzie popadnie. Dla mnie punktem zwrotnym było wprowadzenie regularnej, bardzo krótkiej praktyki wieczornej - coś w rodzaju domknięcia dnia. Zanim zaśnę, świadomie "odkładam" to, co przyszło tego dnia. ojej, brzmi banalnie, ale zajęło mi długo żeby to wypracować i jeszcze dłużej, żeby to rzeczywiście działało. Ciekawi mnie, czy ktoś tu ma podobne doświadczenie z tą fazą, kiedy człowiek jest gdzieś między "nie wiem co to jest" a "okej, trzeba z tym jakoś żyć"?
To co opisujesz z tym "rozlewaniem się" - to jest właśnie to. Przez długi czas myślałam, że problem jest w tym, że za mało ćwiczę albo za mało czytam o tym temacie, a potem dotarło do mnie, że to zupełnie inny problem. Nie chodzi o wiedzę, tylko o granicę. Ja długo pracowałam z uziemieniem przed snem - stopami na podłodze, dosłownie fizycznie - i z wyobrażeniem, że zamykam jakieś drzwi. Nie wiem, czy to "prawidłowy" rytuał według jakiejkolwiek tradycji, ale jest mój i działa. Natomiast mam pytanie do Ciebie: to "odkładanie" na noc, to jest coś, co robisz z intencją żeby wrócić do tych impresji rano, czy raczej po to żeby je odpuścić zupełnie?
Czytam tę rozmowę i mam pytanie, które mnie nurtuje od dawna: czy rytuał porządkujący musi być codzienny, żeby w ogóle miał sens? Bo mam wrażenie, że dużo osób zakłada, że tak, ale nie wiem czy to jest zasada czy po prostu przekonanie. Sama przez chwilę prowadziłam dziennik wrażeń - nie senny, tylko taki bieżący. I robienie tego codziennie było dla mnie zbyt mechaniczne, przestałam czuć co robię. Zaczęłam to robić wtedy, kiedy naprawdę czuję, że coś się dzieje, i o dziwo to działało lepiej. Ale może to tylko mój przypadek.
Na tym etapie, który opisujesz, rytm się buduje od podstaw i to jest normalne, że przez jakiś czas nic nie gra. Nie ma co czekać na idealne warunki żeby zacząć. Z mojego doświadczenia - i tu mówię konkretnie o pracy ze snami, bo tam to widzę najwyraźniej - zanim człowiek wypracuje cokolwiek trwałego, to mija zwykle kilka miesięcy drobnych prób. Jedna rzecz działa tydzień, potem przestaje, trzeba coś zmienić. To nie jest dowód na to, że się robi coś źle.
Czytam i mam pytanie może trochę z boku: czy te rytuały o których mówicie dotyczą tylko momentów wyciszania się czy też robicie coś konkretnego kiedy samo doznanie jest w toku? Bo dla mnie najtrudniejszy jest właśnie ten moment - coś zaczyna się dziać i nie wiem co z tym zrobić tu i teraz, nie na wieczór.
Tak, jest coś w rodzaju nagłej ciszy w głowie. Jakby wszystko inne się wyciszało, zanim cokolwiek przyjdzie. Nie zawsze, ale często. Wcześniej myślałam, że to po prostu zmęczenie albo rozproszenie.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie, które może brzmieć naiwnie: czy praca z czakrą korony albo trzeciego oka nie jest właśnie po to, żeby te zdolności jakoś ustrukturyzować? Bo ja gdzieś czytałam, że niedomknięte czakry mogą powodować właśnie taki "overflow" wrażeń, o którym tu mówicie. nie wiem tylko, czy to jest tranfa analogia czy zupełnie inny temat.
Wchodząc trochę z innej strony - bo moja praca to głównie sny, ale temat jest pokrewny - mam wrażenie, że to o czym tu mówicie, ta "cisza", "overflow", "brak kotwicy", to często jest też sprawa tego, że nie ma żadnego systemu zapisywania i porządkowania. Nie mówię o dzienniku wrażeń jako obowiązku, ale o jakimś systemie, który pozwala zobaczyć wzorce. Czy ktoś z was kiedyś miał moment, kiedy spojrzał z góry na swoje notatki z kilku tygodni i nagle zobaczył jakiś wzorzec, który wcześniej był niewidoczny?
Troche się wtrące bo długo czytałam i mam inną perspektywe. Ja przez pare lat próbowałam budować te rytuały pod wpływem różnych kursów i książek i za każdym razem wychodziło coś sztucznego. Dopiero kiedy zaczełam od obserwacji - co się naprawde dzieje ze mna, nie co powinno się dziać - zaczełam budować coś własnego. To co opisuje autorka tematu, że chce pracować zamiast uciekać, to mnie bardzo uderzyło. Bo ja uciekałam przez długo i mogę powiedzieć z własnego doświadczenia: ucieczka nie wygasza tych zdolności, tylko je robi głośniejszymi w nieodpowiednich momentach. Nie straszę, po prostu tak to u mnie było.
To co napisałaś o tych badaniach nad osobistymi rytuałami - masz jakiś konkretny tytuł? Bo chętnie bym to przeczytała, szczerze mówię. Sama doszłam do podobnych wniosków drogą prób i błędów, ale nigdy nie widziałam tego opisanego naukowo.
Ten wątek z Chryzoprazką mnie zatrzymał - bo właśnie to jest sedno. Przejęty rytuał może działać, ale rzadko kiedy działa tak samo jak coś, co wynikoł z własnej obserwacji. W pracy ze snami widzę to wyraźnie: ktoś przychodzi z gotowym "dziennikiem snów według metody X" i po dwóch tygodniach rzuca, bo nie czuje żadnego przepływu. A jak zaczyna od własnych słów, własnego rytmu zapisu - to nagle zaczyna widzieć powiązania. pytanie tylko, czy to jest efekt samego rytmu, czy może po prostu własny język opisu pozwala dotrzeć do treści, której gotowe szablony nie łapią.
Czytam o tym języku opisu i mam ochotę zapytać - czy wy w ogóle macie jakiś ustalony moment w ciągu dnia na te zapiski? Bo ja próbowałam rano, wieczorem, zaraz po doznaniu i za każdym razem było inaczej. Nie wiem, który zapis był bliższy temu, co naprawdę poczułam.
To co Romek mówi o tonie głosu - to jest coś, czego się nie spodziewałam, że ktoś inny też to stosuje. Odsłuchując własne nagrania po jakimś czasie można usłyszeć rzeczy, których się w ogóle nie pamiętało. sama wróciłam do nagrania sprzed kilku miesięcy i byłam zaskoczona, jak dużo emocji było w głosie, których wtedy w ogóle świadomie nie czułam.
Mam pytanie do Romka i Irenki - czy robicie potem z tymi nagraniami coś konkretnego, włączacie je jakoś w rytuał, czy to jest bardziej archiwum do późniejszej analizy? Bo te dwa zastosowania to jednak trochę różne funkcje.
Romek to mnie zastanawia - czy to znaczy, że rytuał może wyrosnąć z nawyku zanim się w ogóle zorientujemy, że go budujemyy? Bo ja miałam podobnie z herbatą przed jakąkolwiek pracą energetyczną. Nie planowałam, że to będzie rytuał, po prostu zawsze tak robiłam i w pewnym momencie bez tej herbaty coś mi po prostu nie grało 🙂
Czytam tę rozmowę od początku i mam pytanie, bo trochę się gubię - jak odróżnić taką naturalną kotwicę od zwykłego przesądu albo automatyzmu? Bo herbata przed czymś ważnym to może być i rytuał i po prostu nawyk bez żadnego znaczenia. Skąd wiadomo, co to jest?
A co jeśli ktoś dopiero zaczyna i nie ma tych kilkudziesięciu powtórzeń? Ja rozumiem, że długa perspektywa daje więcej, ale to brzmi jak "musisz poczekać rok żeby cokolwiek wiedzieć". Czy jest jakiś krótszy sposób na rozeznanie?
Zgadzam się z Irenką, ale dodam jedno - warto uważać na efekt placebo w dobrym sensie tego słowa, bo on tu naprawdę działa. Jeśli wierzysz, że ryutał pomaga, to twoja uwaga jest wtedy ostrzejsza, ciało spokojniejsze. Pytanie nie brzmi "czy to tylko placebo", tylko "czy efekt jest powtarzalny i czy działa na mnie". To jest kryterium praktyczne, nie filozoficzne.
Wchodzę do rozmowy bo ten wątek o placebo mnie zatrzymał. Mam wrażenie, że w tej pracy granica między "to działa bo wierzę" a "to działa samo z siebie" jest celowo rozmyta - i to nie jest problem to jest właśnie mechanizm. Rytuał angażuje uwagę i ciało jednocześnie, a to już wystarczy, żeby coś realnie się zmieniło w jakości odbioru. Czy ktoś z was rozróżnia te dwie warstwy świadomie w swojej praktyce?
Ja nie rozróżniam, bo uznałam że to rozróżnienie nic mi nie daje w praktyce. Interesuje mnie, co się dzieje - nie dlaczego to działa w kategoriach przyczynowo-skutkowych. Jeśli rytuał przed pracą mediumiczną sprawia, że moje odczucia są wyraźniejsze i łatwiej mi je potem opisać - to jest wystarczający powód, żeby to robić. Szukanie "czy to prawdziwe" to pytanie, które mnie przez lata blokowało bardziej niż cokolwiek innego.
Ten wątek o placebo i mechanizmie rytuału otwiera coś, o co chciałam zapytać od dłuższego czasu. Mistique napisała, że nie rozróżnia "działa bo wierzę" od "działa samo z siebie" i że to rozróżnienie nie daje nic w praktyce. Ale co z sytuacją, gdy ktoś ma zdolności mediumistyczne i te zdolności pojawiają się też bez rytuału - niechciane, w losowych momentach? Bo wtedy nie ma mowy o wierze ani o mechanizmie placebo. To przychodzi niezależnie od intencji. Jak rytuał ma tam pomagać - jako granica, jako regulacja, czy co?
hmm, dokładnie tak jak Tojadek mówi - struktura, nie wiara. Pracuję ze snami i doznaniami od bardzo długiego czasu i rytuał zamknięcia jest dla mnie ważniejszy niż otwarcia. Otwarcie następuje samo, bo taka jest natura medialności. Problem jest z tym, żeby nie nosić wszystkiego ze sobą przez cały dzien. Rytuał zamknięcia sesji - cokolwiek to jest - mówi systemowi nerwowemu: koniec odbioru. I to działa niezależnie od tego, czy w to wierzę, czy nie.
Ja zamknięcie robiłam różnie na różnych etapach. przez jakiś czas było to fizyczne - zmiana miejsca, wyjście z pokoju, umycie rąk zimną wodą. Potem zaczęłam używać oddechu - kilka głębokich oddechów z konkretną intencją, że to jest granica. Żadne z tych rozwiązań nie jest lepsze od drugiego, bo to nie jest metoda, tylko sygnał. Ważne żeby ten sygnał był powtarzalny i żeby ciało go rozpoznawało. Co innego działa na co innego.
Zimna woda to ciekawe. Ja też to stosowałem i długo nie wiedziałem dlaczego to "działa", dopóki nie trafiłem na informacje o wpływie zimnej wody na układ nerwowy - dosłownie przestawia tryb z pobudzenia na wyciszenie przez aktywację nerwu błędnego więc to nie jest przypadkowe, że tyle tradycji używa wody do rytualnego zamknięcia. Fizjologia i rytuał tu idą razem.
Trochę się gubię - rozmawiamy o rytuałach zamknięcia, ale co z samym otwarciem? Bo ja mam odwrotny problem: nie tyle nie mogę się zamknąć, co nie mogę wejść świadomie. To znaczy, doznania przychodzą kiedy chcą, a jak siadam żeby "popracować" to nic. I zastanawiam się, czy rytuał otwarcia w ogóle ma sens, skoro ta medialność i tak robi co chce.
Bardzo podobnie. Tylko że to "ustawienie filtra" z mojego doświadczenia nie jest jednorazowe na początku sesji - to jest ciągłe. Przez pierwsze kilka minut rytuał pomaga, a potem i tak przychodzi moment, kiedy trzeba świadomie wracać do tego skupienia. U mnie działa to trochę jak medytacja - rytuał jest wejściem, ale praca z uwagą jest przez cały czas. Bez tej aktywnej części rytuał jest tylko formą bez treści.
Słuchajcie, mam takie głupie pytanie, ale muszę zapytać - jak rozróżniacie, że to jest medialność, a nie po prostu bardzo rozbudowana wrażliwość sensoryczna albo emocjonalna? Bo to, co tu opisujecie, czyli odbieranie za dużo, trudność z filtrowaniem, doznania w losowych momentach, brzmi też jak opis osoby wysoko wrażliwej w sensie psychologicznym. Gdzie jest granica?
