Jestem teraz w naprawdę złym miejscu i zastanawiam się, czy w ogóle warto się brać za jakikolwiek rytuał. Takie dni kiedy ledwo funkcjonujesz, ledwo wstajesz z łóżka, myślisz że wszystko się sypie naraz. I nagle mam sobie usiąść, zapalić świeczkę i coś robić z intencją? Serio pytam, bo nie wiem czy to pomysł czy absurd w tej sytuacji. Słyszałam różne rzeczy - że emocje w rytuałach są paliwem, ale też że jak jesteś w rozpaczy to możesz przyciągnąć coś złego zamiast dobrego. Ktoś to przerabiał?
To pytanie wraca co jakiś czaas i nigdy nie ma na nie jednej prostej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, co rozumiesz przez rytuał i co chcesz osiągnąć. Bo "robienie rytuału" to bardzo szerokie pojęcie. Rytuał oczyszczający w momencie kryzysu to zupełnie inna historia niż próba manifestowania czegoś konkretnego kiedy masz totalny chaos w głowie. drugie jest wedłg mnie skazane na kiepski wynik nie dlatego że "przyciągniesz zło", ale dlatego że intencja musi być czytelna a nie zakopana pod warstwą strachu i bólu.
Ale właśnie tu bym polemizowała. Bo co to znaczy "czytelna intencja"? Jak ktoś jest w środku rozpaczy i chce z niej wyjść, to ta intencja jest chyba najbardziej szczera z możliwych, nie? Sama robiłam kiedyś rytuał oczyszczenia właśnie w totalnym dołku i był to jeden z tych, które poczułam naprawdę. Może dlatego że byłam otwarta, może dlatego że nie udawałam niczego. Nie twierdzę że stan rozpaczy jest idealny, ale odmawiałabym prostego "nie rób, bo źle wyjdzie".
Z drugiej strony dużo tradycji magicznych mówi że właśnie graniczne stany świadomości - ból ekstaza, skrajne zmęczenie - otwierają coś co w normalnym stanie jest zamknięte. Szamani celowo indukowali stany podobne do kryzysu żeby przeprowadzać pewne rodzaje pracy. Więc może zamiast pytać "czy to dobry czas" lepiej zapytać "jaki rodzaj pracy jest możliwy w tym stanie". To dwa różne pytania.
Ja pamiętam okres kiedy byłam kompletnie rozbita po jednej sytuacji i zaczęłam wtedy kompulsywnie robić różne rzeczy - tarot, afirmacje, rytuały ze świecami. I wiesz co? Większość z tego była strzelaniem w ciemność. no Nie dlatego że "stan był zły", ale dlatego że robiłam to ze strachu i desperacji, a nie z jakiegoś prawdziwego zamiaru. różnica jest subtelna ale realna. Dopiero jak trochę osiadłam na dno i zaakceptowałam że jest jak jest, zaczęłam robić coś co cokolwiek zmieniło.
Rzucę tu coś z innej perspektywy. W niektórych tradycjach, na przykład w ceremonialnej maii zachodniej, mówi się o czymś co można by nazwać "stanem operatora" - i faktycznie jest opisywany jako kluczowy dla skuteczności rytuału. Nie chodzi o to żebyś była szczęśliwa czy spokojna, ale żebyś była w stanie skupić uwagę i utrzymać intencję. Rozpacz sama w sobie nie dyskwalifikuje. Ale jeśli rozpacz powoduje że twoja uwaga skacze, że nie możesz dokończyć myśli, że szlochasz w połowie - to wtedy rytuał się po prostu nie zlepi w całość. To nie sprawa energetyki to kwestia bardzo przyziemna.
Chciałam zapytać o coś praktycznego bo dyskusja bardzo ciekawa, ale zaczynam się gubić. Czy ktoś rozróżnia w tym konkretne rodzaje rytuałów? Bo mnie się wydaje że rytuał oczyszczenia czy ochrony jest inny niż rytuał manifestacji i może inaczej się ma do tego stanu emocjonalnego. Jak ktoś jest w dołku to może zamiast "przyciągania czegoś dobrego" najpierw potrzebuje czegoś co pozwoli mu w ogóle wyjść z tego stanu?
Mam inne zdanie niż większość tu i chcę je powiedzieć wprost. W stanach głębokiej rozpaczy człowiek jest podatny. i nie mówię o "przyciąganiu zła" jak w horrorze - mówię o tym że w takim stanie łatwo przywołać coś co nie jest tym czego szukamy. Pracowałem z ludźmi którzy w kryzysie zaczyali praktyki i wchodzili w kontakt z czymś co opisywali jako "odpowiedź" - ale ta odpowiedź nie była konstruuktywna, karmiła się tym bólem. Ostrożność ma tu znaczenie.
Mam pytanie do Pigwowej bo zgubiłam się trochę w tej dyskusji - czy Ty masz już jakiś rytuał który chcesz wykonać, czy szukasz czegoś co w ogóle pasuje do tej sytuacji? Bo to chyba jednak istotne, nie? Ktoś kto ma wypracowaną praktykę i jest w kryzysie to co innego niż ktoś kto dopiero zaczyna i myśli że rytuał go "uratuje".
No to już jest dużo jaśniejsze. Jeśli mówisz o oczyszczeniu i o próbie wyjścia ze stanu, a nie o przyciąganiu konkretnej rzeczy to ta rozmowa wygląda zupełnie inaczej. rytuały oczyszczające były obecnne wlaściwie w każdej tradycji właśnie dlatego że kryzys, żałoba, choroba to momenty kiedy coś trzeba przepuścić przez siebie i puścić. To nie jest praca "na coś", to jest praca "z czymś".
I chyba to jest odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku - "czy będzie działać" zależy właśnie od tego. Czy chcesz wypchnąć co jest, czy przyciągnąć co ma być. W pierwszym przypadku stan rozpaczy jest niemal naturalnym punktem startowym. W drugim - potrzebujesz najpierw czegoś z pierwszej kategorii, zanim przejdziesz dalej. To nie jest tak że musisz czekać aż będziesz szczęśliwa żeby cokolwiek robić.
I na koniec tej części dyskusji - bo widzę że wątek może jeszcze iść dalej - chcę dodać jedną rzecz. Jeśli zdecydujesz się na cokolwiek w tym stanie, daj sobie przyzwolenie na to że to może być niekompletne, nieidealne, że możesz się zatrzymać w połowie. Rytuał wykonany z połową skupienia i połową bólu to nadal coś. Lepszy taki niż żaden jeśli naprawdę czujesz potrzebę. tylko nie oceniaj siebie potem że "źle to zrobiłaś".
To przekonanie bierze się chyba z rytualnej logiki domknięcia - że otwierasz coś, więc musisz zamknąć. i w pewnym sensie to ma sens przy konkretnych rodzajach pracy. Ale jest spora róóżnica między rytuałem który angażuje zewnętrzne siły i wymaga zamknięcia kręgu, a rytuałem który jest wewnętrzny, symboliczny, nastawiony na siebie. Ten drugi możesz przerwać i nic złego się nie stanie.
Właśnie, chciałam to powiedzieć. Nie planuję żadnej ceremonii żadnego wywoływania czegokolwiek. Bardziej myślę o czymś prostym - zapaleniu świecy, może kąpieli z ziołami, napisaniu czegoś i spaleniu. Takie rzeczy. Czy te zastrzeżenia z całej tej rozmowy dotyczą też tego poziomu?
Szczerze? Kąpiel z ziołami i spalenie kartki to nie jest rytuał który wymaga specjalnego stanu. To jest rytuał który sam w sobie moeż ten stan zacząć zmieniać. Robiłam tak wielokrotnie i to jest jedno z tych działań gdzie ciało idzie pierwsze, a głowa dopiero za nim.
A co z tym pisaniem i paleniem? Czy jest jakaś konkretna forma tego która działa lepiej, czy to naprawdę nie ma znaczenia? Pytam bo sama to robiłam i nigdy nie byłam pewna czy robię to "dobrze".
Chcę się tu wtrącić z czymś konkretnym bo rozmowa poszła w kierunku techniki a ja mam inne pytanie do Pigwowej. Czy w tej rozpaczy jest jakiś konkretny punkt - coś czego nie możesz odpuścić, jakaś sytuacja, osoba, decyzja? Bo to nie zmienia rodzaju rytuału, ale może zmienić to jak do niego podejdziesz.
To co opisujesz to jest coś co w pewnych tradycjach nazywa się stanem zawieszenia - nie żałoba w pełnym sensie, bo nic się nie skończyło ostatecznie ale też nie ma możliwości kontynuacji. To jest jeden z najtrudniejszych stanów emocjonalnych. ehh i jest kilka bardzo starych praktyk które były stworzone właśnie dla takich sytuacji - nie żeby zmieniić rzeczywistość, ale żeby człowiek mógł w niej oddychać.
Właśnie o to chodzi i mysle ze to jest najlepsza rzecz jaka padla w tym watkutku. Zawieszenie bez formy jest nie do wytrzymania. Rytuał daje mu kształt. Nawet jak nic sie nie zmieni z zewnątrz, to coś wewnętrznie zaczyna mieć granice - tu zaczyna się, tu sie kończy. i to jest ogromna różnica.
Czytam tę rozmowę i czuję że coś się we mnie układa. To co piszecie o tej fazie środkowej - to jest bardzo dokładny opis tego gdzie jestem. no i, I nagle to przestaje być tylko moim problemem, a staje się czymś co ma nazwę, co było znane. To trochę zmienia perspektywę.
I właśnie to może być sam w sobie początek. Nie rytuał ze świecą czy ziołami - tylko to rozpoznanie. Że to ma nazwę, że inni przez to przechodzili, że istnieją po to praktyki. Czasem samo to jest pierwszym krokiem.
ojej to co Monisia napisała na końcu - że samo rozpoznanie może być pierwszym krokiem - to ja to czuję w kościach. Jak dostałam nazwę na to co przeżywam, to coś się we mnie przestawiło. Nie wiem czy to psychologia czy magia czy coś pomiędzy, ale ta granica jest dla mnie coraz mniej ważna.
Intencja robi różnicę i to dość konkretną. Kąpiel bez intencji to higiena. Kapiel z intencją - nawet jeśli tylko powiedziana w myślach - to jest akt który angażuje inaczej. Nie mówię że magicznie, mówię że neurobiologicznie i psychologicznie. Kiedy nadajesz czemuś ramy twój mózg inaczej to przetwarza. To jest coś co jest dość dobrze zbadane w kontekście rytuałów sportowców, chirurgów, muzyków przed występem.
Potwierdzam z własnego doświadczenia. Ta sama kąpiel z lawendą i bez lawendy smakuje zupełnie inaczej kiedy wiem co do niej wkładam. I nawet jeśli ktoś powie mi że to placebo - to niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego placebo jest gorsze niż nic. Jak jest w rozpaczy to nie wybieram między prawdziwą pomocą a placebo, tylko między placebo a leżeniem i gapieniem się w sufit.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie do Pigwowej - czy po tej rozmowie cokolwiek się zmieniło w tym jak myślisz o tym co chcesz zrobić? Pytam bo na początku brzmiało to jak "czy mam pozwolenie", a teraz jakby szukałaś czegoś innego.
Tak, zmieniło się dużo. Na początku naprawdę chyba szukałam pozwolenia albo jakiegoś znaku że to ma sens. A teraz... myślę że zacznę od tej kąpieli. Mam suszoną lawędę, mam sól, mam świecę. I może to będzie właśnie ta forma - nie żeby cokolwiek zmienić na zewnątrz, tylko żeby dać tej rozpaczy jakiś kształt. Coś co ma początek i koniec, choćby na tę jedną godzinę.
A to pisanie i spalenie - myślisz żeby to połączyć z kąpielą tego samego dnia, czy osobno? Pytam bo ja robiłam to razem i to był dla mnie za duży ładunek emocjonalny naraz. Rozdzieliłam te dwa elementy i wtedy lepiej to przyjęłam.
