Dobra, bo czytam to wszystko i mam jedno pytanie, bo tu się mówi o miesiącach i tygodniach zanim coś zaczęło działać. Czy naprawdę nie ma żadnego skrótu? Tzn. eee, jakiegoś bardziej intensywnego rytuału na start, żeby te pierwsze efekty poczuć szybciej? Bo trochę mniie zniechęca perspektywa, że przez pierwsze dwa miesiące będę czuł się głupio i nic z tego nie wyjdzie.
Właśnie to mnie trochę uspokaja, co pisze Arkana. Bo ja się bałam, że będę czekać na jakieś wielkie objawienie i nic nie przyjdzie. A jeśli to jest bardziej takie stopniowe przesuwanie się, to mniej stresujące. Tylko wciąż nie wiem, czy będę w stanie odróżnić, że coś się dzieje, od zwykłego placebo.
Ale czy to nie jest trochę tak, że rytuał bez żadnej wspólnoty działa jak echo w pustym pokoju? Tzn. cokolwiek zrobisz, wracasz do siebie i sam to interpretujesz. Nie mówię, że to złe, ale zastanawiam się czy nie brakuje wtedy jakiegoś zewnętrznego punktu odniesienia.
Nie sądzę, żeby motywacja zmieniała to, co z rytuałem robisz. Mnich, który idzie na pustynię, bo szuka Boga, i człowiek, który zamyka się w łazience, bo nie znosi tłumu, mogą robić dokładnie to samo z koncentracją i intencją. Punkt wyjścia jest różny, ale sam akt nie jest gorszy przez to, że był podyktowany lękiem. Może być nawet bardziej autentyczny, bo jest mniej performatywny.
Dobra, ale chcę wrócić do praktycznych rzeczy, bo trochę mi się tu filozofia przybiera leontynka pisała na początku, że jej rytuał zaczął od konkretnej sekwencji wejścia i wyjścia. Czy ktoś może powiedzieć, co konkretnie to wejście może zawierać 😉 Nie przepis, tylko jakieś przykłady, bo trochę widzę ten problem Drozdzi - nie wiem od czego zacząć dosłownie.
U mnie wejście to było zapalenie świecy i kilka głębokich oddechów. Zero magii, zero skomplikowania. Ale to musiało być zawsze to samo - ten sam rodzaj świecy, ten sam moment oddechu. Po jakimś czasie moje ciało zaczęło automatycznie przełączać się w inny tryb przy tym zapachu. To nie było planowane, po prostu tak wyszło. Wyjście było gaszenie świecy i dosłownie powiedzenie na głos jednego zdania - cokolwiek, co podsumowywało, co zrobiłam.
A to zdanie na koniec było za każdym razem inne czy miałaś jakieś stałe? Bo zastanawiam sie czy bardziej działa, jak mowisz to samo co zawsze, czy jak mowisz to co czujesz danego dnia. Bo to chyba rożni ludzie mogą potrzebować czegos innego.
Czytam ten wątek od początku i to zdanie "byłam tu i to wystarczyło" jakoś mnie zatrzymało. Mam takie poczucie, że dla kogoś z fobią społeczną samo pojawienie się w jakimkolwiek rytualne - nawet solowym - jest trudne. Bo to wymaga skupienia na sobie, a to może być równie niekomfortowe jak obecność innych.
Właśnie to jest trudniejsze niż sam rytual. Myślę, że u wielu osób z fobią społeczną ten blok na starcie to nie jest lenistwo ani brak chęci, tylko coś zbliżonego do tego zamrożenia, które się pojawia w sytuacjach społecznych. Jakby ciało nie odróżniało "jestem oceniany przez ludzi" od "zaraz zrobie coś przed sobą".
To zdanie nie musi być mądre. Serio. Raz powiedziałam po prostu "jestem zmęczona i tu jestem". to nie brzmi jak rytuał, ale to właśnie wtedy coś się przesunęło. Chyba chodzi o to, żeby zdanie było prawdziwe, nie żeby było ładne albo brzmiało poważnie.
To jest całkiem konkretne pytanie i myślę, że odpowiedź leży w tym, że forma jest po to, żeby wyznaczyć granicę, a nie po to, żeby być poprawna. Obojętnie czy to zapalenie świecy, umycie rąk, określona pozycja ciała - to sygnał dla układu nerowego nie dla żadnej zewnętrznej instancji. Forma ma sens jako marker, nie jako rytualna poprawność.
Intencja. To jest to, co odróżnia nawyk od rytuału. Myjąc zęby, zazwyczaj myślisz o czymś zupełnie innym. W rytuale - nawet krotkim nawet bardzo prostym - intencja jest świadoma i skierowana na konkretny moment. Ciało robi to samo, ale to, co jest za tym działaniem, jeest inne. Nie twierdzę, że to czyni rytuał cyzmś nadprzyrodzonym, ale dla praktykuąjcego ta różnica jest realna.
Dobra, rozumiem. Ale jak się tę intencję utrzymuje, kiedy ten wewnętrzny głos w połowie mówi "co ty robisz"? Bo intencja u mnie trwa może trzydzieści sekund potem mam już całą galerię komentarzy we własnej głowie.
To jest zbliżone do jednej z technik w tradycji theravadzkiej - nie wiem, czy intencjonalne, ale działa na podobnej zasadzie. Są tam ćwiczenia gdzie obserwuje się myśl bez angażowania się w nią, ale kluczowe jest właśnie to, żeby mysl miała przestrzeń do zaistnienia, zamiast być odpychana. Odpychanie myśli zużywa więcej energii niż jej obserwowanie. Nie muwię, że jedno jest magią, a drugie nie, ale mechanizm jest podobny 🙂
Trochę zagubiona w tym wszystkim, bo zaczęłyśmy od fobii społecznej i rytuałów solo, a teraz mamy buddyzm i ceremonialną magię. Czy ktoś może mi powiedzieć konkretnie: jak wygląda taki rytuał solo dla kogoś, kto naprawdę ma problem z byciem sam ze sobą? Nie filozofia, tylko: jak zacząć, co zrobić, żeby nie uciec po minucie.
Timer to naprawdę dobre wyjście dla kogoś, kto nie wie, kiedy koniec. Bo jedną z rzeczy, które nasilają lęk, jest brak granicy. Jak nie wiem, kiedy mogę wyjść, to siedzę i cały czas obliczam, czy już wypada skończyć. A jak jest timer, to ten problem znika.
I nie trzeba tego nazywać rytuałem na początku. Serio. Ja przez pierwsze tygodnie mówiłam sobie, że "siedzę przy świecy". Słowo rytuał nakładało na to jakieś oczekiwania, które mnie blokowały. Dopiero po czasie zaczęłam to tak nazywać i to też nic nie zmieniło ani nie poprawiło - po prostu miałam lepsze słowo na to, co już robiłam.
Nie, to nie jest oszukiwanie. Świeca jest po to, żeby mieć punkt skupienia, nie dlatego, że tak każe jakaś zasada. Nazewnictwo to tylko słowa. Liczy się to, co robię ciałem i uwagą, a nie jak to klasyfikuję w głowie.
No ale jeśli nie ma żadnej definicji, to jak wiesz, że to co robisz w ogóle cokolwiek robi? Pytam serio, bo dla mnie to ważne - skąd wiadomo, że to nie jest po prostu siedzeniee i palenie świeczki dla relaksu?
No to teraz mam kolejne pytanie, bo trochę mi się to wszystko miesza. Mówimy o fobii społecznej i samotnych praktykach a jednocześnie dużo tu o tym, jak się z tym czujemy w środku, jaki mamy wewnętrzny komentarz. Czy to nie jest bardziej psychologia niż cokolwiek innego? Naprawdę pytam, bez złośliwości.
Ten argument wraca co chwilę w różnych wątkach i zawsze mnie trochę denerwuje, bo zakłada, że te dwie rzeczy wykluczają się nawzajem. Mam w notatkach cytat z van Genneppa o tym, że rytuały przejścia działają nie przez treść symboliczną, ale przez samą zmianę stanu, przez przejście między. Jeśli coś faktycznie zmienia stan - fizyczny, emocjonalny, poznawczy - to co właściwie chcesz za tym cofnąć?
Ja to widzę trochę inaczej. Przez lata robiłam rytuały same ze sobą i nigdy nie zadawałam sobie pytania czy to psychologia czy magia. Po prostu robiłam i patrzyłam co się dzieje. I to naprawdę się działo. Nie wiem czy to byłam ja czy coś innego, ale zmiana była realna. Dla kogoś z lękiem przed ludźmi to jest może wazniejsze niż ta cała klasyfikacja.
Ok, ale jak ktoś naprawdę ma fobię społeczną, to czy te praktyki w ogóle pomagają z samym lękiem, czy tylko go omijają? Bo siedzenie samemu ze świecą nie uczy chyba bycia z innymi.
