to jest opisywane w badaniach nad ADHD, ta sprrawa z białym szumem i muzyką część osób z ADHD wykazuje lepszą koncentrację przy niskim poziomie zewnętrznego pobudzenia dźwiękowego niż w ciszy. teoria jest taka że niedopobudzony układ nerwowy szuka stymulacji i jeśli nie dostanie jej z zewnątrz to generuje własną. muzyka lub szum daje tę stymulację w kontrolowany sposób. to by tłumaczyło dlaczego rytuał ze ścieżką dźwiękową może działać lepiej niż cisza.
...bo dużo tradyjci zakłada że właśnie wyciszasz zewnętrze żeby słyszeć wewnętrzne. jeśli dla kogoś to działa odwrotnie to czy taka osoba po prostu nie pasuje do tych tradycji? czy te tradycje nie pasują do tej osoby? bo to jest jednak różnica.
To jest pytanie które mnie interesuje od dawna i nie mam na nie jednej odpowiedzi. Ale skłaniam się ku temu że tradycje powstawały w konkretnych kontekstach biologicznych i kulturowych, a potem były przekazywane jako jedyna słuszna forma. Tymczasem cisza jako warunek skupienia to może być po prostu obserwacja dotycząca większości ludzi, nie zasada kosmiczna. Nie wiem skąd pewność że starożytni mistrzowie nie mieli wśród siebie kogoś kto lepiej pracował przy ogniu i bębnieniu niż w bezruchu - i po prostu nie był tym który założył szkołę albo zapisał przekaz.
czytam tę rozmowę o dźwięku i mam wrażenie że my tutaj rozmawiamy o bardzo konkretnej rzeczy - o tym co pomaga wejść w stan rytuału - a nie tyle o samym rytuale. czy to nie jest jednak trochę co innego? tzn. czy środowisko dźwiękowe to jest część rytuału czy to jest po prostu... ustawienie sceny?
To jest ta sama granica o której rozmawialiśmy przy alarmach. Intencja i rama. Dźwięk w tle przy papierkach jest tłem. dźwięk wybrany świadomie, który wyznacza wejście w inny rodzaj uważności, jest czymś więcej. I przy ADHD ta rama może być szczególnie istotna, bo bez niej mózg nie ma jak odróżnić "teraz robimy coś zwykłego" od "teraz pracujemy z czymś innym". Może właśnie dlatego tradycyjne rytuały mają tyle elementów wyznaczających przestrzeń - nie dla mistycyzmu, ale dlatego że mózg potrzebuje sygnałów granicznych.
dobra ale zaraz, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem - wy mówicie że rytuał dla osoby z ADHD może wyglądać zupełnie inaczej niż "klasyczny" i to nadal jest rytuał? tzn. mogę chodzić po pokoju z misą dźwiękową w tle i to jest pełnowartościowa praktyka a nie jakiś namiastka?
Tak. I powiem więcej - pytanie "czy to jest pełnowartościowe" jest trochę pułapką, bo zakłada że gdzieś istnieje wzorzec pełnowartościowości do którego się odnosi. Wobec czego chodzenie po pokoju z misą miałoby być "mniej"? Wobec siedzącego mnicha który może siedzieć bo jego neurologia mu na to pozwala? To tak jakby pytać czy leworęczny pisze gorzej bo inaczej trzyma długopis.
ale właśnie - czy jest jakiś sposób zeby trenować to wracanie? bo słyszałem o medytacji uważności że chodzi o to zeby zauważyć że odpłynęłeś i wrócić. czy to w ogóle pomaga przy ADHD bo mam wrazenie ze to jest trochę jak mówić komuś z astmą żebyy po prostu wziął głęboki oddech
słuchajcie, mam może naiwne pytanie ale skoro rozmawiamy o tych momentach wejścia i wyjścia - czy ktoś robił też coś żeby zakończyć rytuał? bo ja mam wrażenie że u mnie problem jest po obu stronach. trudno mi wejść ale równie trudno mi wyjść - tzn. potem przez długi czas jestem gdzieś w połowie, ani tu ani tam
to o zakończeniu jest dla mnie bardzo aktualne dodałem do swojej praktyki fizyczny gest na koinec - po prostu klaśnięcie raz, wyraźnie. głupie może, ale mózg dostaje wyraźny sygnał "to koniec" :/ przy czym to musiał być gest ktróy nie robię w żadnym innym kontekście, bo próbowałem z wydmuchnięciem świecy i potem przy każdej kolacji miałem ten sam efekt co na zakończenie rytuału, co było dość dziwne
czyli tak naprawdę rozmawiamy o sygnałach kontekstowych? bo w badaniach nad pamięcią i koncentracją jest coś takiego jak "context-dependent memory" - wspomnienia i stany są łatwiejsze do przywołania kiedy jesteś w tym samym środowisku co podczas nauki. może rytuał działa podobnie - budujesz kontekst który pomaga mózgowi wejść w dany stan
i tu wracamy do sedna tego wątku który otworzyłam - bo moja własna ADHD jest dla mnie codziennym zaskoczeniem. jednego dnia kontekst działa idealnie, innego dnia robię wszystko tak samo i nic :/ i nie wiem czy to sprawa dnia, hormonów, tego czy spałam, czy fazy księżyca żartem mówiąc. może odpowiedź jest taka że rytuał dla takiego mózgu jak mój musi być bardziej elastyczny niż "zrób to samo w tej samej kolejności zawsze"
ta obserwacja Pajeczyny o tym że jednego dnia kontekst działa a innego nie - to jest coś z czym się bardzo identyfikuję, ale nie mam ADHD, więc zastanawiam się czy to nie jest po prostu coś co dotyczy każdego, tylko przy ADHD amplituda jest większa? tzn. różnica między "dobry dzień" a "zły dzień" jest bardziej dramatyczna?
