o rany, mam pytanie, które mnie od jakiegoś czasu nęka i nie wiem, gdzie je zadać, bo temat jest trochę na pograniczu kilku rzeczy. Chodzi o to, że czuję się jakby rozdwojona, ale to zbyt łagodne słowo. Mam w sobie różne "ja" - jedno bardziej surowe, drugie przestraszone, trzecie takie zimne i kontrolujące. Nie gadają do mnie dosłownie, ale kiedy coś planuję czy próbuję działać, to jakby każde ciągnie w inną stronę. Terapeutka powiedziała mi, że to mogą być po prostu różne części osobowości, ale nie dała mi za wiele praktycznych wskazówek co z tym zrobić na co dzień. I zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakieś podejście rytualne, które mogłoby pomóc tym częściom jakoś... nie wiem, zacząć ze sobą rozmawiać? Nie chodzi mi o zintegrowanie na siłę, bo to chyba nie tak działa, ale o jakieś poczucie, że jest centrum, do którego wracam. Czy ktoś miał coś podobnego?
Temat jest naprawdę złożony i cieszę się, że ktoś go poruszył, bo rzadko trafia na fora w takiej formie. To, co opisujesz, bardzo przypomina mi pracę z tym, co w niektórych tradycjach nazywa się fragmentacją duszy - choć to pojęcie mocno nadużywane, więc biorę je z dużym dystansem. W praktyce szamańskiej mówi się o tym jako o soul loss, gdzie różne kawałki siebie wycofują się albo zostają "z tyłu" przez jakieś doświadczenie. Ale żeby nie wchodzić od razu w terminologię - co rozumiesz przez to centrum, do którego chcesz wracać? Bo to jest kluczowe dla tego, jak w ogóle podejść do jakiegokolwiek rytuału.
Zanim pójdziemy w kierunku szamanizmu, to chciałbym zapytać wprost - czy to, co opisujesz, to jest cos, czym zajmujesz się też z terapeutą równolegle? Nie pytam, żeby być sceptyczny, ale dlatego że praca z fragmentacją tożsamości bywa naprawdę intensywna i rytuał, który nie jest oparty o jakieś zakotwiczenie w ciele i psychice, może bardziej zamieszać niż pomóc. Znam kilka przypadków, gdzie ktoś próbował "scalać" się przez medytację albo rytuał, a potem przez tydzień nie mógł wyjść z łóżka, bo nagle wszystko wylazło na wierzch.
To, co opisujesz jako centrum, bardzo mi przypomina coś, co w pracy z jungowską psychologią nazywa się Selbst - to nie jest ego, to jest coś głębiej. I właśnie dlatego rytuały, które mają sens w tym kontekście, to nie są rytuały przyzywania czegoś z zewnątrz, tylko tworzenia przestrzeni, w której te części mogą się pojawić i zostać zauważone. Ja przez długi czas robiłam coś bardzo prostego - zapalałam świecę i po prostu mówiłam na głos do każdej z tych części, jakby to były osobne byty. Nie żeby je "scalić", tylko żeby je usłyszeć. Brzmi absurdalnie prosto ale efekt był bardzo inny niż myślałam. 🙂
Do tego wątku z IFS - znam to głównie z kontekstu traumy dysocjacyjnej i tam jest jasne ostrzeżenie: praca z częściami bez wsparcia terapeutycznego może prowadzić do dezorientacji, szczególnie u osób z historią traumy. To nie jest tak, że rytuał jest zły, ale że sekwencja ma znaczenie. Nie mówię tego, żeby kogoś przestraszyć, ale żeby była jasność - samo zapalenie świecy i mówienie do swoich części to nie jest niewinny gest, jeśli te części są naprawdę od siebie odcięte.
Czy to co piszecie o częściach siebie, to ma coś wspólnego z tym, że np. różnie śnię o sobie? Bo mam tak, że raz jestem w snach dzieckiem, raz dorosłą kobietą, raz kogoś pilnuję, raz uciekam. Zawsze myślałam, że sny to po prostu chaos, ale teraz czytam to co piszecie i zaczynam się zastanawiać czy te postacie to nie są te same części.
Właśnie to chciałam powiedzieć - że osiem C to bardziej opis kierunku niż punkt startowy. Ale zastanawiam się, czy to nie jest celowe. Schwartz chyba zakładał, że Jaźń jest zawsze obecna, tylko przykryta przez menedżerów i wygnańców. Więc w pracy rytualnej może chodzić właśnie o to żeby zdjąć tę warstwę, a nie o to żeby coś budować od zera
W wielu tradycjach szamańskich jest to zresztą oczywiste - podróż do dolnych światów ma na celu odzyskanie czegoś utraconego, nie zbudowanie nowego. Odzyskiwanie duszy w rozumieniu Harnerowym albo w tradycjach rdzennych Ameryki to dosłownie powrót części siebie, które zostały odciete przy traumie. Rytuał jest pojazdem, ale kierunek jest do wewnątrz i do tego co już jest, nie na zewnątrz. 😀
To co opisujesz to jest klasyczny wzorzec, który w literaturze psychologicznej pojawia się pod różnymi nazwami - kompartmentalizacja w psychologii poznawczej, przełączanie kontekstowe w teorii przywiązania. Ale z perspektywy rytualnej ciekawsze jest pytanie, czy masz jakieś miejsce albo moment, w którym te trzy wersje siebie są jednocześnie. Bo jeśli nie - to właśnie to może być cel rytuału: stworzyć taką przestrzeń.
Las jako przestrzeń rytualną ma długą historię i to nie jest przypadek. W wielu tradycjach europejskich granica las i osada to granica między tym, co oswojone, a tym, co dzikie - czyli miedzy ego a tym, co poza jego kontrolą. Że czujesz się tam cała, może oznaczać ze w lesie twoje ego przestaje zarządzać ruchem między częściami. To jest coś, z czym można pracować. 🙂
To zależy od tego, czego szukasz. Jeśli chodzi o oswajanie się z integracją - regularność paradoksalnie pomaga, bo buduje coś w rodzaju wewnętrznego oczekiwania. Ale jeśli chodzisz tam tylko wtedy, gdy jest źle, to rytuał zaczyna być powiązany z kryzysem. To może nie być to, o co ci chodzi.
Szczerze? Chciałabym żeby te wersje siebie nie były tak nieprzewidywalne. Nie chodzi mi o to, żeby stać się jedną osobą bez różnych aspektów, bo chyba rozumiem już, że to nie jest możliwe i pewnie nie byłoby dobre. chodzi mi o to, że te przełączenia są nagłe i czasem się budzę i nie wiem, która wersja mnie wstała z łóżka. To jest dezorientujące.
hmm nie próbowałam tego bez intencji, szczerze mówiąc. Zawsze kiedy siadałam z sobą, to miałam jakiś cel - chcę się uspokoić, chcę zrozumieć, chcę coś przepracować. I może właśnie dlatego to było takie ciężkie. Bo zaraz uruchamiała się ta sprawcza wersja mnie, która chce rozwiązać problem.
ojej to jest naprawdę kluczowa obserwacja. W wielu tradycjach szamańskich, ale też w buddyjskiej praktyce rigpy, jest rozróżnienie między medytacją z celem a medytacją bez celu. Tilopa w przekazie dla Naropy mówi wprost: nie rób nic ze swoim umysłem. To nie jest bierność, to jest gest zaufania że coś jest tam poza wysiłkiem. Jeśli zawsze siadasz z zadaniem do wykonania, to nigdy nie sprawdzasz, co jest gdy zadania nie ma.
Dobra ale jak się nie robi nic, to jak wiadomo że rytuał się w ogóle dzieje? Pytam serio, bo mam problem z tym podejściem. Rozumiem teorię, ale praktycznie jak odróżnić "nic nie robię intencjonalnie" od po prostu siedzenia i gapienia się w ścianę?
Mam Merkurego w Bliźniętach i jest w opozycji z Saturnem w Strzelcu. I szczerze, jak to piszę, to jest trochę komiczne, bo opozycja Merkury-Saturn to dosłownie napiecie między elastycznym myśleniem o wielu perspektywach naraz a potrzebą jednej, spójnej struktury. Czyli mój horoskop opisuje dokładnie to z czym się zmagam.
Dziękuję że pytasz, bo sama nie byłam pewna. Myślę że szukam czegoś co da mi poczucie że te wersje mnie nie działają na zasadzie chaosu, tylko że jest jakaś zasada, jakaś logika. Bo jak jest logika, to mogę z tym coś zrobić. A sam rytuał to moze być konsekwencja tego zrozumienia, nie punkt startowy. ^^
no i, to co mówisz ma sens i jest spójne z tym, jak w psychologii opisuje się pracę z dysocjacją. Janet, który jako pierwszy systematycznie badał te stany na przełomie XIX i XX wieku, pisał o tym, że integracja nie polega na scaleniu części, tylko na zbudowaniu narracyjnej ciągłości - poczucia że wszystkie te stany to jest jeden strumień doświadczenia, nawet jeśli ma różne temperatury. I rytuał może być właśnie tym, co tę narrację buduje, bo jest powtarzalny i jest twój niezależnie od tego która wersja go wykonuje. 🙂
To jest bardzo konkretna obserwacja i wiele mówi. Efekt był, ale nie był przenośny. Co znaczy że nie był jeszcze zrytualizowany - był przypisany do przestrzeni zewnętrznej. Pytanie jest czy dałoby się zabrać ze sobą choć jeden element z tej sali - zapach, gest, oddech, jakikolwiek marker który można by przenieść do domu i który ciało by rozpoznało.
To jest właściwie sedno pytania o to czym jest rytuał w ogóle. kontekst rzeczywiście robi dużo, ale nie dlatego że jest zewnętrzny - tylko dlatego że jest powtarzalny. Jak wracasz do tej samej maty przez rok, to mata zaczyna nieść w sobie ten kontekst. Przeniesienie jednego elementu nie odtwarza sali - ono przenosi relację którą zbudowałaś z tym elementem. I ta relacja jest już w tobie, nie w sali.
Chodziłam jakieś pół roku, może trochę więcej. I faktycznie - tam był jeden konkretny gest który instruktorka powtarzała na początku każdej klasy. Takie złożenie rąk przed twarzą zanim się weszło w pierwszą pozę. To był sygnał że zaczynamy. I jak teraz myślę, to właśnie ten gest najbardziej pamiętam ciałem, nie głową.
No i właśnie to. Ten gest to jest twój marker. Pół roku wystarczy, szczególnie jeśli było to regularnie. Ciało uczy się szybciej niż myślimy - kondycjonowanie proceduralne potrzebuje powtórzeń, ale nie lat. Czy próbowałaś ten gest zrobić poza salą?
To zrób. Serio. To jest najlepszy sposób żeby sprawdzić czy kotwica działa - zrobić to teraz, w nieoczekiwanym miejscu. Jeśli coś poczujesz, nawet male przesunięcie uwagi, to znaczy że jest tam coś realnego do pracy
no dobra ale chwilę - czy to nie jest trochę uproszczone? Że jeden gest z zajęć jogi ma teraz zadzialac jako rytuał harmonizujący? Nie mówię że nie, ale wydaje mi się że tam działał w konkretnym systemie znaczeń, a tu byłby wyrwany z kontekstu. Może to za mała cegiełka żeby na tym budować coś nowego?
To jest dobre pytanie i trochę trudne do opisania. Jedna wersja jest bardzo analityczna, planuje, ogarnia, może pracować godzinami. Inna jest... miękka to złe słowo, ale nie mam lepszego - bardziej odczuwająca, mniej słowna, gorzej znosi presję. I jest jeszcze taka trzecia, której nawet dobrze nie znam, bo pojawia się rzadko i nie pamiętam jej dobrze po. I pytanie jest właśnie o tę trzecią, bo nie wiem czy rytuał ją w ogóle dosięgnie. 😉
o rany, ta trzecia ktora opisujesz - to brzmi jak coś co w astrologii skojarzyłabym z planetami w domach podświadomości, głównie 12. Ale to może nie być ten kontekst. Bardziej mnie zastanawia to że ją nie pamiętasz po. Czy to jest jak sen - wiesz że był, ale treść gdzieś odpłynęła?
hmm, niekoniecznie musi pamiętać, ale warto żeby wiedziała że istnieje. To jest różnica między integracją a unifikacją - nie chodzi o to żeby każda część była świadoma każdej innej w każdym momencie, tylko żeby system jako całość wiedział że te części są. Rytuał graniczny - coś co wyznacza wejście i wyjście ze stanu - może paradoksalnie chronić tę trzecią wersję zamiast ją wywoływać.
