Zaczęłam pisać ten temat, bo ostatnio miałam długą rozmowę z koleżanką która ma ADHD i próbuje praktykować regularnie, i powiedziała mi coś, co mnie zatrzymało na chwilę: że każdy rytuał, który widzi opisany w książce czy na forum, jest dla niej jak przepis napisany dla kogoś z zupełnie innym mózgiem. I tak jest. Większość opisów rytuałów zakłada, że jesteś w stanie usiedzieć, skupić się na jednej świecy przez dwadzieścia minut, recytować coś w kółko bez odpływania myślami. Dla osoby z ADHD to brzmi jak opis tortury. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy w ogóle gdzieś jest mowa o tym, że rytuał może wyglądać inaczej i nadal być rytuałem. I doszłam do wniosku, że chyba nie ma o tym dość rozmów, przynajmniej nie po polsku. Więc piszę. Mnie interesuje to konkretnie: co tak naprawdę jest rdzeniem rytuału, co sprawia, że coś jest rytuałem, a nie tylko czynnością. Bo jeśli to intencja, to może zmiana formy nic nie psuje. A może coś psuje i właśnie tego nie wiem.
To jest dobre pytanie i trochę mnie ono zatrzymuje, bo sam przez chwilę zakładałem, że forma jest nieodłączna od treści. Że jeśi coś ma być rytuałem, to musi mieć określoną strukturę, kolejność, czas trwania. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że to jest mit wynikający z tego, że większość tradycji magicznych była kodowana przez ludzi, którzy pisali dla innych ludzi z podobnym stylem funkcjonowania. Nie ma w tym nic złego, ale to znaczy, że ci, którzy nie pasują do tego wzorca, zostają trochę z boku. Ciekawe, że w tradycjach szamańskich jest dużo więcej ruchu, bębnienie, taniec, chodzenie w kółko - i nikt tego nie nazywa brakiem skupienia, tylko wejściem w trans. Może dla kogoś z ADHD rytuał przez ciało jest po prosttu bardziej dostępny niż rytuał przez nieruchome siedzenie.
Ja jestem sceptyczna wobec całej tej kategorii, ale to akurat mnie zatrzymało. Bo właśnie zawsze mi się wydawało, że rytuały są dla osób, które mają cierpliwość do tego całego siedzenia i skupiania się. Sama nie mam diagnozy, ale mam sporo cech podobnych i nigdy nie weszłam w żaden rytuał dłużej niż pięć minut, bo albo zaczynam myśleć o czymś innym, albo zaczynam analizować, czy to w ogóle ma sens. Więc pytanie, które mnie tu nurtuje: czy chodzi o to, żeby dostosować formę rytuału, czy może raczej o to, żeby znaleźć inny rodzaj rytuału, który od początku jest stworzony pod inny styl skupienia? Bo to chyba nie to samo.
A czy ktoś z was wie, czy są w ogóle jakieś tradycje albo szkoły, które wprost adresują ten problem? Bo czytałam trochę o chaos magick i tam jest duże przyzwolenie na własne formy, ale nie wiem, czy jest jakaś literatura albo podejście, które mówi wprost o innym stylu poznawczym, a nie tylko o wolności od dogmatów. Bo wolność od dogmatów to jedno, a faktyczne wsparcie dla inaczej funkcjonującego mózgu to drugie.
Czytam tę rozmowę i mam mieszane uczucia. Z jednej strony wszystko tu brzmi logicznie. Z drugiej zastanawiam się, czy skracanie rytuału do kilkudziesięciu sekund to nie jest po prostu racjonalizacja pod własną wygodę. Czy nie gubi się przy tym czegoś istotnego? eee, Pytam poważnie, bo nie znam się na tym dobrze, ale wydaje mi się, że w wielu tradycjach właśnie ten wysiłek związany z utrzymaniem skupienia jest częścią praktyki nie wadą do ominięcia.
ale to jest wlasnie ciekawe ze nawet wymyslony rytuał działa psychologicznie. to znaczy ze moze dla kogoś z ADHD naprawde wystarczy wymyslić swój własny, krótki rytuał i powtarzac go regularnie, i to juz bedzie cos? bez żadnych tradycyjnych elementów? bo mi sie wydawało ze jak nie ma świecy albo konkretnych slow to to sie nie liczy
a skoro mówimy o poradnikach to mam takie spostrzeżenie, może głupie. Przez ostatnie miesiące czytałem sporo i wszystkie te ksiązki zakładają ze czytasz je wolno, po kolei, robiąc notatki. dla mnie to już jest bariera zanim zacznę cokolwiek robić. Czy ktoś w ogóle wie o jakiejs literaturze która jest napisana inaczej? Nie jako przewodnik krok po kroku?
Liber Null to dobry trop, ale mam wrażenie, że Carroll pisze dość sucho i technicznie, co dla jednych jest zaletą, dla innych barierą. Czy jest coś, co ma podobną swobodę formy, ale jest trochę bardziej przystępne językowo? Pytam szczerze, bo znam kilka osób, które się zainteresowały chaos magick właśnie, i połowa odpadła na etapie samego tekstu.
Wchodzę w ten wątek o literaturze, bo sam przez to przechodziłem. Dla mnie przełomowe nie były żadne książki tylko to, że zacząłem zbierać fragmenty z różnych miejsc i robić z nich własne notatki. Nie w żaden zorganizowany sposób, tylko tak: trafiał mi się akapit ktory coś uruchamiał i go zapisywałem. Po roku miałem coś, co działało lepiej niż jakikolwiek podręcznik. eee, Nie wiem czy to jest rada, ale może warto to rozważyć zamiast szukania idealnej książki.
Ta sprawa racjonalizacji to jest coś, z czym sama się zmagałam długo. I doszłam do jednego wniosku: rozróżnienie między racjonalizacją a uzasadnionym dostosowaniem jest bardzo trudne, dopóki nie ma jakiegoś zewnętrznego punktu odniesienia. W przypadku praktyki tym punktem może być tylko obserwacja siebie w czasie. ale to wymaga pamięci albo notatek. co jest problemem, jeśli wrócimy do sedna tego tematu, bo dla kogoś z ADHD właśnie ten moment obserwacji siebie bywa najtrudniejszy.
Zapis fizyczny albo fotograficzny to jest coś, co polecam każdemu, niezależnie od tego, jak działa jego uwaga, bo kamień czy jakikolwiek przedmiot jako marker stanu to jest stara idea. mam wrażenie, że tracimy z oczu to, że wiele tradycji rozwijało metody pamięci które nie polegały na piśmie właśnie dlatego, że pismo nie było dostępne. Metoda loci, memoria artificialis, systmey węzełkowe. To nie są ciekawostki, to były działające technologie zapamiętywania, które można przenieść na praktykę. Ciekawe, że to wychozi dopiero przy pytaniu o ADHD.
to jest naprawdę ciekawy kąt widzenia, bo ja zawsze myślałem o rytuałach wizualnie. swiece, symbole, rysowanie. ale węzeł albo kamień który przesuneło sie na polce to jest dotyk. i zastanawiam sie teraz czy dla mnie dotyk nie jest łatwiejszy niż wzrok. bo jak cos trzymam w reku to jestem bardziej obecny. to jest coś co chcę sprawdzić.
Wchodzę w ten wątek z jedną uwagą. Propriocepcja jako kanał wejścia to jest empirycznie dobrze udokumentowane zjawisko, ale musimy uważać na jedno: zaangażowanie cielesne nie jest gwarancją głębszego stanu ani mocniejszego rytuału, to jest inny sposób wejścia, który dla jednych działa lepiej. W pracy z osobami o różnym profilu sensorycznym widziałam, że dla części z nich dotyk jest absolutnie kluczowy, ale są też osoby, dla których dotyk jest rozpraszający i potrzebują ciszy i minimalizmu. Więc pytanie o ADHD i rytuały to zawsze jest pytanie o konkretną osobę, nie o diagnozę jako całość.
I tu właśnie chcę powiedzieć jedną rzecz, bo mam wrażenie że wchodzimy w pułapkę. hmm Zaczęliśmy od ADHD i dostosowywania rytuałów, a teraz rozmawiamy głównie o neurobiologii propriocepcji i quipu. To jest ciekawe samo w sobie, ale czy ktoś z ADHD, który to czyta, znajdzie tu cokolwiek praktycznego? Bo mnie osobiście interesuje pytanie bardziej podstawowe: co zrobić, kiedy rytuał zaczęty, świeca zapaloona, intencja ustawiona, i nagle mózg wysiada i zaczyna myśleć o zupełnie czymś innym. Co wtedy? Przerywasz? Czekasz? Wracasz siłą?
ale jak zbudować rytuał który nie wymaga skupienia? bo mi sie wydaje że skupienie to jest sedno. jak możesz zrobić rytuał bez obecności? nie rozumiem tej roznnicy 🙂
To pytanie o autopilota jest naprawdę ważne i myślę że wymaga rozróżnienia. Jest rżnica między autopilotowym wykonywaniem rytuału bez żadnej intencji na początku, a zrobieniem czegoś z pełną intencją i potem pozwoleniem ciału przeprowadzić resztę. W tradycjach mantrycznych właśnie o to chodzi recytujesz tysiąc razy nie dlatego że każda recytacja jest nowym szczytem skupienia, tylko dlatego że forma samoczynnie niesie. I to nie jest autopilot w złym sensie.
U mnie zadziałało powiązanie rytuału z czymś co i tak robię codziennie, niezależnie od motywacji. Kawa rano. Serio. Zrobiłem z parzenia kawy część praktyki. Nie dlatego że to jakaś szczególna metoda, tylko dlatego że kawa i tak będzie, więc jeśli do kawy dodam trzy minuty czegoś, to te trzy minuty się zdarzą. I z czasem ta kotwica stała się mocna. Nie wiem czy to jest "prawdziwy" rytuał przez czyjeś standardy, ale działa.
to mi przypomina cos ze skinnera albo z psychologii uczenia, że jak bodziec sie powtarza bez zmiany to traci siłe. habituacja chyba sie to nazywa 😉 no ale i zastanawiam sie czy to nie jest podstawowy problem z każdym rytualem robionym zbyt regularnie, nie tylko dla osob z ADHD
Ta rozmowa o habituacji jest dobra, ale wróćmy do tego co powiedziała Pajeczyna wcześniej o budowaniu rytuału który nie wymaga ciągłej uwagi. Bo mam wrażenie że Wieszczbiarz88 podal przykład który idzie w trochę innym kierunku: nie rytóał bez uwagi, tylko rytuał tak krótki i osadzony w codzienności że uwaga nie zdąży odpłynąć. To jest inna strategia. I zastanawiam się czy te dwie strategie nie wykluczają się trochę.
Nie wykluczają się, tylko są do innych sytuacji. krótki rytuał zakotwiczony to jest coś na codzienność, na podtrzymanie praktyki w ogóle. Rytuał który strukturą niesie pżez brak skupienia to jest coś na rzadsze, bardziej rozbudowane okazje. Przy ADHD te dwie warstwy mogą działać razem. Małe, codzienne zakotwiczenia budują coś w tle, a większe rytuały robisz rzadziej, ale mogą być głębsze właśnie dlatego że nie ma presji powtarzalności.
mi brakuje w tej rozmowie jednej rzeczy cały czas mowimy o rytuale jako o czymś co sie robi. ale są też rytuały które sie obserwuje albo w których uczestniczy jako część grupy. i ciekawi mnie czy dla osob z ADHD obecność w grupie działa jako zewnętrzne kotwiczenie uwagi? serio jakby obecnośc innych trzymaa bardziej niż własna woa?
timer to mi nie przyszło do głowy ale teraz jak o tym myśle to ma sens. pytanie tylko czy nie trzeba potem timera ustawić żeby nie zapomnieć o ustawieniu timera 🙂 bo przy ADHD chyba tak to działa
słuchajcie, trochę z boku patrze na tę rozmowę i zastanawiam się czy my nie komplikujemy czegoś co może być proste. mówicie o timerach, alarmach, zmienianiu dźwięków, kotwicach - to brzmi jak projekt zarządzania samym sobą nie jak rytuał. czy to w ogóle jeszcze jest praktyka magiczna czy to już po prostu life hacking?
To jest pytanie które sama sobie zadawałam i doszłam do wniosku że to fałszywe rozróżnienie. Zarządzanie uwagą jest częścią praktyki, nie jej warunkiem wstępnym który trzeba spełnić zanim zaczniesz. Szamani bębnią żeby zmienić stan świadomości, gregoriańskie chóry śpiewają żeby wywołać trans, mnisi używają dzwonów żeby zaznaczyć czas modlitwy. To jest forma, która niesie treść. timer robiący to samo nie jest mniej magiczny, jest po prostu współczesny.
no ale dzwon klasztorny ma za sobą setki lat tradycji i intencje całej wspolnoty. alarm w telefonie ma... no właśnie co ma? To nie jest porownywalne.
a czy ktoś próbował pracować z rytmem zamiast ze strukturą czasową? tzn nie alarm o konkretnej godzinie tylko jakis rytm ciała, oddech, tetno, coś co jest zawsze i nie wymaga ustawiania? czytałam kiedyś o technikach opartych na rytmie biologicznym i zastanawiam się czy to jest bardziej naturalne dla inaczej działajacego mózgu
Wchodzę z innej strony. Przez jakiś czas pracowałam z rytuałami dźwiękowymi, misy tybetańskie, i zauważyłam że dźwięk działa na mnie inaczej niż wzrok. Znaczy, przy wzrokowej instrukcji mój mózg łapie pierwszą część i potem odpływa. Przy dźwięku - i to ciągłym dźwięku - zostaje dłużej. Nie wiem czy to coś specyficznego dla ADHD czy po prostu mój styl odbioru, ale jeśli chodzi o rytuałów to było odkrycie.
