Mieszkam w kawalerce, jakieś 28 metrów, i od jakiegoś czasu kręci mnie temat rytuałów - ale dosłownie nie mam gdzie nic ustawić. Jeden stół, jedno okno, kuchnia i łazienka. Zastanawiam się, czy w ogóle ma sens robić cokolwiek w takiej przestrzeni, czy to bardziej wymaga jakiegoś osobnego pomieszczenia, kąta, czegoś swojego. Bo widzę, że dużo osób mówi o ołtarzach, o miejscach mocy w domu - i za każdym razem myślę, no dobra, ale gdzie? Na parapecie między doniczkami? Może tak właśnie to działa w mieście i po prostu trzeba to zaakceptować, ale chciałam się zapytać, jak wy to rozwiązujecie.
Parapet między doniczkami to akurat całkiem dobre miejsce, serio. Nie ma żadnego przepisu mówiącego, że przestrzeń rytualna musi być duża ani stała. Przez długi czas miałam wydzielone miejsce na windowsill, jedna świeczka, kilka kamieni, suszone zioła - i to wystarczało. Ważniejsze jest to, że wiesz, że to miejsce ma inne przeznaczenie niż reszta mieszkania. Ta granica jest w głowie, nie w metrażu.
Dobra, ale zaraz - czy to nie jest trochę samookłamywanie? Że sobie mówimy "to jest rytualna przestrzeń", a za godzinę zjemy przy tym obiad? Nie jestem sceptyczna złośliwie, po prostu mi to nie daje spokoju. Przestrzeń ma swoją historię użytkową i trochę ciężko mi uwierzyć, że zwykłe przetarcie stołu to zmienia.
Toaleta na dworcu? Serio? Przepraszam że się wtrącam ale to brzmi... dziwnie. Nie krytykuję, po prostu pierwsza moja myśl jest taka że chyba bym nie mógł się skupić w takim miejscu. Czy to nie chodzi właśnie o to żeby było cicho i spokojnie?
To co piszecie o skupieniu mimo warunków - właściwie chyba o to mi też chodziło w tym pytaniu, bo nie tyle brakuje mi ciszy (do tego się przyzwyczaiłam), co właśnie tego poczucia, że "teraz to jest inna przestrzeń". Zastanawiam się, czy jakieś konkretne zapachy, muzyka, cokolwiek - rzeczy które angażują zmysły - mogą zastąpić fizyczne wydzielenie miejsca?
Zapachy zdecydowanie działają mocniej niż cokolwiek wizualnego, przynajmniej u mnie. Mam jedno konkretne kadzidło, którego nie używam w żadnym innym kontekście - tylko przy praktyce. I po kilku miesiącach samo jego zapalone wystarczy, żeby coś się przestawiło. To trochę jak z zapachem związanym z wakacjami - mózg robi skojarzenie i już.
Dobra ale czy to wszystko nie jest zbyt skomplikowane? Tzn. rozumiem filozofię, ale jak ktoś chce po prostu zrobić jakiś rytuał i zobaczyć efekt, to ile tego przygotowywania i budowania nawyków? Czy nie można po prostu zapalić świeczki i zacząć?
Wracając do kwestii rozkładania i składania - mam małe mieszkanie i rzeczywiście tak to u mnie wygląda. Mam drewnianą tackę, na której trzymam to co używam, i ta tacka wchodzi i wychodzi z szafy. Serio, to działa. Ale mam pytanie do osób które mówią o stałym ołtarzu - czy w małej przestrzeni nie wchodzi wam to we wszystko? Bo wyobrażam sobie, że mając 30 metrów i stałe miejsce dedykowane praktyce, po prostu cały czas na to patrzysz.
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że runiczne stavy i bind runy mają tę zaletę, że są kompletnie mobilne - narysujesz je na kartce albo w zeszycie, możesz zabrać ze sobą, zrobić na ławce w parku. To chyba odpowiedź na ten problem z przestrzenią, przynajmniej dla tych, którym forma wizualna pomaga. Nie potrzebujesz nic poza kartką i chwilą skupienia.
He, właśnie pomyślałem - a co z osobami ktore mają wspołlokatorów? Bo tu nawet ta tacka w szafie to coś, ale co gdy nie masz w ogóle swojego kąta, żaden zamek na drzwiach, ktoś ciągle wchodzi? Mam znajomą w tej sytuacji i nawet nie wie jak ugryźć temat. Chyba najtrudnijeszy przypadek.
A nie uważacie, że to zależy też od tego, co robimy? Bo jedno to jakiś szybki rytuał, który ma towarzyszyć codzienności, a drugie to coś, co naprawdę wymaga wyciszenia i koncentracji przez dłuższy czas. Przy tym pierwszym mogę sobie wyobrazić, że działa w metrze, przy tym drugim - nie bardzo.
Dobry punkt z tym rozróżnieniem. Przy runach na przykład - praca z bind rune, którą noszę przy sobie, jest kompletnie inna niż blót, który wymaga przygotowania, czasu i konkretnej intencji. I nie próbuję udawać, że to jest to samo. To są różne poziomy zaangażowania i różne wymagania przestrzenne.
Sorki, może głupie pytanie, ale co to jest blót? Słyszę pierwszy raz.
To trochę fałszywy podział, to "faktycznie" kontra "symbol psychologiczny". Psychologia i praca z energią nie wykluczają się nawzajem. Jeśli coś działa poprzez skojarzenie i uruchamia w tobie konkretny stan - to jest prawdziwy efekt, niezależnie od tego, jak go opiszesz.
No dobra, rozumiem logikę, ale mam wrażenie, że to trochę kręcimy w kółko z tym "wszystko jest prawdziwe, jeśli w to wierzysz". Może się mylę, nie zamierzam się kłócić.
Ja mam inny problem - współlokator, o ktorm pisałem wcześniej, to nie moja znajoma tylko mój brat i on wchodzi bez pukania. Więc nawet ta tacka na podłodze to ryzyko że nagle mam kogoś stojącego nade mną z pytaniem "co robisz". Jak wy to ogarniecie jeśli chodzi o prywatność? Chodzi mi bardziej o to żeby nie musieć tłumaczyć.
Można też po prostu nie robić nic, co wymaga wyjaśniania. Znaczy - zapalone kadzidło i zamknięte oczy przy stole wyglądają jak medytacja i żaden normalny człowiek nie robi z tego afery. Jeśli masz problem z tym, żeby brat nie wchodził, to może to jest wiadomość, żeby nie budować praktyki wokół widowiskowych elementów.
Hm, to jest interesujące podejście - celowe "kamuflowanie" rytuałów. Jak to wygląda w praktyce, że coś jest jednocześnie rytualne i wyglądające zwyczajnie? Bo wydaje mi się, że wtedy traci się trochę tego wyraźnego "przejścia", o którym wcześniej pisałyście.
A to kamidana to duże jest? Bo wyobrażam sobie coś w stylu komódki, a potem szukam i widzę że to może być naprawdę mała skrzynka na ścianie.
No ale to co wy opisujecie to jest bardziej medytacja niż rytuał. Ja rozumiem rytuał jako coś konkretnego - masz kroki, masz rzeczy, masz efekt. A jak coś robisz "wewnętrznie" bez żadnych elementów, to jak to w ogóle zmierzyć?
Wracając trochę do praktyki - skoro mowa o precyzji i wyborze, to chciałam zapytać, jak wy podchodzicie do sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś, co tradycyjnie wymaga konkretnego elementu, który po prostu nie wchodzi w grę? Mam na myśli np. ogień - nie można palić otwartego ognia w bloku, a świeczka to jednak nie to samo dla niektórych praktyk.
I właśnie dlatego pytanie o ogień jest ciekawsze niż się wydaje - bo zmusza do zastanowienia, co tak naprawdę z tym ogniem chcemy zrobić. Jeśli chodzi o transformację, to ciepło dłoni, gorąca herbata, nawet słońce przez okno są nośnikami ciepła. Ale jeśli chodzi o spalenie czegoś symbolicznego - to jest problem, bo tutaj chodzi o konkretny fizyczny akt. I nie wiem, czy da się to zastąpić wyłącznie wizualizacją bez stracenia sensu.
Znam kogoś, kto robi dokładnie tak - codzienne praktyki są kameralne i wewnętrzne, a raz na sezon jedzie gdzieś i robi coś bardziej rozbudowanego. Mówi, że te dwa rytmy uzupełniają się, bo jedno bez drugiego dla niej nie działa. Codzienność daje regularność, a te rzadsze wyjazdy - rodzaj zresetowania.
No ale to jest luksus, nie każdy może jeździć za miasto co trzy miesiące. Jeśli ktoś pracuje na dwie zmiany i ma małe dziecko, to ta "wyprawa raz na sezon" to jest bajka. Czyli co, taka osoba po prostu nie może praktykować pewnych rzeczy?
Chyba nie o to chodzi, że ktoś nie może - raczej o to, że nie każdy rytuał da się dopasować do każdych warunków i to jest w porządku. Sama zaczęłam ten temat, bo byłam sfrustrowana tym, że moja kawalerka "nie nadaje się", ale teraz myślę, że pytanie jest raczej, co z tego, co chcę robić, da się zrobić tutaj - a co może poczeka albo w ogóle nie jest mi potrzebne.
W pracy z runami mam podobny problem, bo część tradycyjnych praktyk zakłada przestrzeń na zewnątrz, kontakt z ziemią, drzewem - a w mieszkaniu na czwartym piętrze to jest po prostu niemożliwe. Zaczęłam więc pracować z runami głównie przez rysowanie i zapisywanie, i mam poczucie, że to jest inna praca, ale nie gorsza. Chociaż czasem nie jestem pewna, czy to nie jest tylko racjonalizacja.
I chyba właśnie to jest sedno. Przez całe życie widziałam ezoterykę w tej jednej wersji - świece, ołtarz, rytuał jako osobny moment wyrwany z normalności - i myślałam, że to jest ten jedyny sposób. A może problem nie jest z moim mieszkaniem, tylko z tym, co wzięłam za punkt wyjścia.
