Juliusz zadał bardzo konkretne pytanie i dobrze że Hellan nie uciął go odpowiedzią. Bo ja też nie jestem przekonana że rytuał konfrontacji w sensie "siadam i patrzę na swój strach" jest dla każdego. Były etapy w moim życiu kiedy dokładnie takie ćwiczenie było dla mnie złym pomysłem. Nie dlatego że technika była zła, tylko że kontekst był zły. Sama przestrzeń bez żadnej kotwicy zewnętrznej - innej osoby, grupy, czegoś co trzyma - może być za mało.
To mnie trochę niepokoi bo nie mam żadnej tradycji do której bym się poczuwała na tyle żeby traktować ją jako swój kontekst 😉 Czy to znaczy że powinnam najpierw znaleźć jakąś przynależność zanim zacznę cokolwiek robić? To brzmi jakbym miała czekać w nieskończoność.
Nie, nie musisz czekać. Ale Otylka ma rację że solo bez żadnego punktu odniesienia i na głębokim materiale to jest inna praca niż z jakimś kontekstem. Tradycja nie jest tu jedyną opcją - kontekstem może być też to co Hellan opisywał jako protokół, konkretna sekwencja działań którą znasz z góry i której trzymasz się niezależnie od tego co czujesz w środku. Struktura też trzyma. To jest inne niż tradycja ale pełni podobną funkcję.
A czy można zbudować sobie taki protokół samemu? Czy to ma sens że sama wyznaczam sobie sekwencję i potem jej się trzymam skoro ja ją wymyśliłam?
Czyli de facto to co robią terapeuci z ekspozycją w gabinecie - ustalają z góry jak będzie wyglądać sesja, co się będzie dziać, jak się kończy - i to jest właśnie ta struktura o której tu mówimy tylko w innym opakowaniu?
To mi pomaga poukładać o co w tym chodzi. Nie tyle o kamienie czy dźwięki czy konkretną tradycję - tylko o to żeby przestrzeń miała granice i żebym wiedziała że wychodzę kiedy wychodzę. To brzmi prosto ale przez całą tę rozmowę dopiero teraz to tak wyraźnie widzę. Ciekawe czy to jest wystarczające jak zaczyna się od zera.
To co Klimcia powiedziała na końcu - że chodzi o granice przestrzeni a nie o konkretny rekwizyt - to mi się wydaje kluczowe. Bo cała ta rozmowa zaczęła się od pytania czy rytuał może pomóc, a skończyliśmy na tym, że rytuał to de facto struktura. Tylko zastanawiam się: czy ta struktura musi mieć w ogóle jakiś ezoteryczny komponent? Czy może być czysto świecka i dalej działać tak samo?
Nie wiem czy to aż tak różne. Rytuał, który działa tylko jako technika relaksacyjna, może po czzasie nabrać głębszego znaczenia - właśnie dlatego że go powtarzasz, bo wrócisz do niego po czymś trudnym, bo zaczniesz mu ufać. Sakralność nie musi być deklarowana z góry. Często przychodzi sama kiedy coś się sprawdza. Klimcia napisała że nie czuje się zakorzeniona w żadnej tradycji - to nie znaczy że to co zbuduje będzie płytsze.
Właśnie o to mi chodziło. Nie mam gotowej ramy, ale nie znaczy że jestem bez punktu wyjścia. Mam to, co tu przeczytałam: że protokół ma być ustalony przed, że wejście i wyjście muszą być wyraźne, że potrzebuję jakiegoś zewnętrznego odniesienia - choćby to że ktoś inny to opisał i przeżył. To już jest coś. Zacznę od tego. i wrócę tu jak będę miała coś do powiedzenia o tym jak poszło.
