Mam do was pytanie, bo sama nie jestem do końca pewna jak to u mnie działa. oj tam migrena od dwóch dni, gardło boli, ogólnie leżę i kwiczę. Mam zaplanowany rytuał na ten tydzień i zastanawiam się, czy w ogóle ma sens go robić w takim stanie, czy lepiej odpuścić i poczekać aż będę sprawna. co wy na to? Czy ktoś próbował cokolwiek robić kiedy czuł się naprawdę źle fizycznie?
To zależy w dużej mierze od tego, jaki to rytuał i jaki masz z nim cel. Bo jedno to rytuał wymagający skupienia i obecności, a drugie to na przykład coś prostego, co robisz prawie automatycznie. Przy migrenie bym jednak ostrożnie, bo sama próbowałam kiedyś pracować z intencją przy bradzo silnym bólu głowy i kompletnie nie byłam w stanie utrzymać myśli. Skończyłam na tym, że po prostu siedziałam i nic z tego nie wyszło. Ale to byłam ja, inne osoby mogą mieć inaczej.
A mi się wydaje, że to trochę tak jak z medytacją, no? jak boli cię głowa, to ciężko się skupić na czymkolwiek, nie tylko na rytuałach. Ale szczerze mówiąc nie wiem czy ból fizyczny coś zmienia w sensie energetycznym czy to bardziej kwestia praktyczna.
Ja to akurat zapisuję w notatniku kiedy robię rytuały i przy jakiej kondycji, właśnie żeby móc porównać. Z moich obserwacji wynika, że przy gorszym samopoczuciu fizycznym efekty były słabsze albo w ogóle ich nie czułam. Ale nie wiem na ile to był stan ciała, a na ile to, że byłam rozproszona przez dyskomfort. Nie da się tego łatwo rozdzielić.
Czytałam kiedyś o podejściu, że choroba ciała to nie jest przeszkoda sama w sobie, ale sygnał że coś wymaga uwagi. i wtedy rytuał skierowany na siebie, na regenerację, na poczucie zakorzenienia może być jak najbardziej na miejscu, nawet w złym stanie. Tylko że to musi być inny rodzaj rytuału niż ten, który planowałaś. Nie wiem czy o tym myślisz, bo nie napisałaś co to za rytuał.
No to trochę zmienia sprawę. Rytuały ochronne i oczyszczające wymagają żebyś sama była względnie w porządku, bo inaczej trudno czyścić coś zewnętrznego kiedy własne pole jest rozbite przez ból. Przynajmniej ja tak na to patrzę. Słyszałam różne podejścia, ale to ma dla mnie intuicyjny sens. Zresztą w niektórych tradycjach jest dosłownie mówione, że kapłan albo osoba prowadząca nie może być rytualnie niezdolna, a za niezdolność uważa się też ciężką chorobę.
Hej, a skąd w ogóle bierze się to przekonanie, że stan fizyczny wpływa na rytuał? Pytam serio, bo dla mnie to trochę jak z astrologią, gdzie jedni mówią że układ planet ma znaczenie a inni że to tylko symbol. Czy jest jakieś konkretne uzasadnienie dlaczego chory człowiek miałby robić słabszy rytuał?
No właśnie nie ma jednej odpowiedzi i myślę, że to jest uczciwa odpowiedź, choć niezbyt satysfakcjonująca. zależy od systemu w którym pracujesz, zależy od rodzaju rytuału i zależy od ciebie. Jedni mówią że migrena to dosłownie energetyczny alarm i trzeba się zatrzymać, inni że to właśnie wtedy granica jest cienka i coś może przejść łatwiej. Nie ma tu konsensusu.
Ja np. przy przeziębieniu robiłam rytuały i nie miałam problemu, ale migrena to zupełnie co innego. przy migrenie naprawdę nie możeś normalnie funcjonować, a co dopiero utrzymać intencje. Przynajmniej ja tak miałam. Kombinowałam raz żeby chociaż zapalić świecę i powiedzieć kilka słów, ale ten ból był tak zagłuszający że w ogóle nie czułam się obecna przy tym co robię. może lepiej poczekać aż minie?
A czy nie można zrobić czegoś okrojonego? Jak nie dasz rady całego rytuału, to może chociaż jakiś sygnał że pamiętasz, że nie zapominasz o tym co chciałaś zrobić? Sama mam problem z odkładaniem, więc rozumiem to co mówisz.
Ale co ma znaczyć okrojony rytuał? Jak ma sens to zrób, jak nie ma to nie rób. Połowiczny rytuał to trochę jak połowiczna kąpiel, nie do końca wiadomo co osiągnęłaś. Choć rozumiem skąd taki pomysł, bo psychologicznie zrobienie czegokolwiek jest lepsze niż zero.
Czytam ten wątek i mam wrażenie że gdzieś pojawia się też sprawa czakry gardła, bo jak boli gardło to ta przestrzeń jest zablokowana trochę. i zastanawiam się czy to ma związek z rytualnym mówieniem, śpiewaniem, wypowiadaniem intencji na głos. Bo jeśli taki rytuał wymaga wypowiadania słów, to przy bólu gardła coś może być nie tak. Albo nie?
Właśnie to jest kwestia. Mój rytuał oczyszczający jest dość aktywny, okadzanie, woda, przejście przez każde pomieszczenie. I przy migrenie nawet samo wstawanie jest problemem, nie mówiąc o koncentracji na tym co robię. Chyba odpuszczam i czekam. Zastanawia mnie tylko czy jest jakieś minimalne działanie które mogłabym zrobić leżąc, żeby nie było tak, że po prostu nic.
A może po prostu nie rób nic i daj sobie spokój? Serio mówię. Przy mocnej migrenie próba robienia czegokolwiek rytualnego to trochę jak pisanie maila w połowie snu, niby coś tam jest, ale nie ma sensu. Ja jak mam migrenę to jedyne co robię to próbuję przeżyć do wieczora, całą resztę zostawiam na kiedy wrócę do ludzi.
Nie pisałam, ale nie chodziło mi o fazę księżyca sensu stricto. ehh, brdziej o to, że miałam pewien impuls żeby to zrobić właśnie teraz, i jak coś mi wypadnie, to nie wiem kiedy znowu ten impuls przyjdzie. Ale może to głupie rozumowanie, bo impuls może wrócić.
Impuls to ciekawa sprawa i nie powiedziałabym że głupie rozumowanie. Sama tak mam, że jak coś odłożę, to albo wraca silniej albo w ogóle przepada. Ale chyba jest różnica między impulsem który był realny a impulsem który był efektem słabszego dnia, kiedy ciało daje różne sygnaly i nie zawsze wiadomo skąd.
Ja mam w notatkach kilka przypadków gdzie działałam pod wpływem impulsu mimo słabego stanu i szczerze wyniki były mieszane. Raz coś wyszło naprawdę dobrze, kilka razy czułam że to był błąd. Nie umiem powiedzieć co decydowało. Mogło być tysiąc zmiennych. Więc nie wiem czy impuls to dobry wyznacznik.
Przepraszam że wchodzę w to w połowie, ale mam pytanie do Dziedzilii. Czy to musi być akurat oczyszczenie przestrzeni czy może zaczekać aż skończy się ta migrena? Rozumiem że masz impuls, ale chyba bezpieczeństwo własne jest ważniejsze? Bo rytuał oczyszczający robi się po to żeby było dobrze, a jak sama się czujesz fatalnie to może to nie jest ten moment.
Ciekawi mnie jedno bo cały czas kłębi mi się w głowie. Skoro tyle osób mówi żeby czekać, to czy jest jakaś górna granica kiedy naprawdę warto coś zrobić mimo złgo stanu? oj, czy są w ogóle sytuacje gdzie brak działania jest gorszy niż słaby rytuał 🙁
Na razie zostawiam to pytanie otwarte i ciekawa jestem: czy ktoś z was miał kiedyś sytuację gdzie za mocno się upierał przy terminie mimo złego stanu i co z tego wyszło? Bo mam wrażenie, że my tu głównie mwóimy teoretycznie, a jednak każde doświadczenie jest inne i chętnie bym poczytała czy ktoś ma jakiś konkretny przypadek do porównania.
