Nie wiem, czy dobrze trafiam z tym tematem do rytuałów, ale wydaje mi się, że właśnie tutaj ma to sens. Chodzi mi o coś, z czym zmagam się od dłuższego czasu - mam momenty, kiedy własne myśli mnie przerastają. Nie chodzi o konkretne złe myśli, bardziej o to, że czasem siedzę sama i nagle zaczyna mnie coś zalewać od środka. takie poczucie, że mój własny umysł jest miejscem, w którym się nie czuję bezpiecznie. Myślałam o tym, czy da się z tym pracować rytualnie. Nie jako zamiatanie pod dywan, tylko jako coś, co pozwoli stanąć z tym twarzą w twarz. Czy ktokolwiek w ogóle podchodził do czegoś takiego?
Czytam to i od razu myślę o jednej rzeczy - ten lęk przed własnym umysłem to nie jest nic rzadkiego, tylko rzadko kto to tak nazywa. Większość ludzi mówi ogólnie "mam lęki" albo "jestem niespokojna", a to, co opisujesz, brzmi jakbyś miała poczucie, że twój wewnętrzny świat jest dla ciebie obcy. To ważna różnica. Ja pracowałam z tym przez medytację, ale nie tę spokojną i wyciszającą - razcej obserwacyjną, gdzie celowo wchodzisz w ten trudny materiał. pytanie tylko, czy masz jakieś konkretne momenty kiedy to się pojawia, bo to bardzo zmienia to, co można zrobić.
Czytam tę rozmowę i chcę dorzucić coś z innej strony. W magii ceremonialnej istnieje pojęcie banishingu - i to właśnie jest ta praktyka, która służy między innymi do oczyszczania przestrzeni wewnętrznej przed wejściem w trudną pracę. LBRP, czyli Lesser Banishing Ritual of the Pentagram, jest jednym z najlepiej znanych, ale jest też prostszy - Qabalistyczny Krzyż. To nie są rytuały, które cokolwiek odpychają na zewnątrz - działają głównie na operatora, uspokajają układ nerwowy, dają poczucie centrum. Testowałam to przez dłuższy czas i u mnie działa jak rodzaj mentalnego "stawania na nogi" przed wejściem w coś trudniejszego. Ale żeby było jasne - to wymaga regularności, nie można zrobić raz i oczekiwać że coś się zmieni.
fizycznie to może wyglądać różnie - niektórzy zakreślają koło palcem lub laską, inni używają soli, dymu, świec w czterech kierunkach. Ale szczerze? Ważniejszy jest zamiar i powtarzalność niż konkretny przedmiot. Protokół wyjścia to moment, kiedy świadomie zamykasz tę przestrzeń - może być słowo może być zgaszenie świecy, może być przejście przez próg dosłownie. Cokolwiek, co twoje ciało i umysł zaczną rozpoznawać jako sygnał "to już". To działa trochę jak pawłowski odruch - po pewnym czasie samo wejście w przestrzeń mówi ci że zaraz będzie trudna praca, a wyjście mówi że już po. Mózg to lubi.
Czytam i zastanawiam się - czy ten lęk przed własnymi myślami to w ogóle jest coś, z czym rytuał może pomóc, czy to bardziej sprawa dla terapeuty? Nie mówię tego złośliwie, naprawdę pytam. Bo sama miałam momenty kiedy myślałam że praca duchowa mi pomoże a potem okazało się, że potrzebowałam po prostu porozmawiać z kimś konkretnym.
Terapia to inna sprawa i to mam osobno. Pytam tutaj o rytuały bo terapia i praca rytualną to dla mnie nie są zamienniki, tylko dwa różne wymiary. Ale rozumiem skąd pytanie. Co do tego co czuję w ciele - głównie gardło. Jakby coś ściskało od środka i jednocześnie głowa zaczyna produkować obrazy i scenariusze szybciej niż jestem w stanie je przetworzyć.
Gardło to bardzo konkretna wskazówka, bo gardło w rozumieniu pracy z ciałem i energią to obszar związany z wyrażaniem, ale też z tłumieniem. Mam wrażenie, że ten lęk może być właśnie wokół tego - nie tyle same myśli są groźne, ile to, że coś się nie wydostaje. Coś, co powinno być powiedziane, zobaczone, wyrażone. Czy masz poczucie, że te myśli których się boisz to myśli, których się wstydzisz? Czy raczej coś jakby czarne dziury bez kształtu?
To co opisujesz - ciemny pokój bez konkretnej treści - to jest bardzo klasyczny opis pracy z nieświadomością. I tu właśnie rytuał ma sens, bo daje ci kontrolowane warunki żeby otworzyć te drzwi nie na oścież tylko przez szparę. Jest jedna praktyka, którą znam z tradycji hermetycznej, polegająca na pisaniu automatycznym, ale poprzedzona krótkim rytuałem otwierającym. Siadasz, zakreślasz przestrzeń, stawiasz świecę, zapisujesz intencję na kartce: "patrzę na to co jest". Potem piszesz bez cenzury przez kilka minut. I na końcu rytuał zamykający - możesz spalić kartkę albo zamknąć zeszyt z wyraźnym gestem. To nie jest psychologia, to jest rytuał, bo ma strukturę, intencję i granice.
Dorzucę coś do tej rozmowy, bo mi przypomniało się coś innego. istnieje w tradycji tybetańskiej praktyka zwana Chöd, która dosłownie polega na zapraszaniu tego czego się boisz i symbolicznym ofiarowaniu mu siebie. brzmi ekstremalne, ale idea jest taka, że lęk traci siłę kiedy przestajesz przed nim uciekać i zamaist tego świadomie mu mówisz "proszę, weź ode mnie to czego chcesz". To oczywiście uproszczenie, bo Chöd to rozbudowana praktyka z konkretną muzyką, tekstami i wizualizacjami, ale zasada konfrontacji przez zaproszenie jest genialna w swojej prostocie. Klimcia, czy coś takiego miałabyś odwagę spróbować?
Ojej, ale ten Chöd to nie jest przypadkiem coś co robią mnisi po latach przygotowań? Czytałam gdzieś że nie powinno się tego robić bez nauczyciela bo można się... nie wiem, pogubić? Nie chcę straszyć, ale wydaje mi się, że zapraszanie własnych lęków bez żadnego przygotowania może nie być najlepszym pomysłem dla osoby która pisze, że boi się własnych myśli.
Słuchajcie, a czy ktoś próbował pracować z tym przez przedmioty? Pytam bo sama mam doświadczenie z kamieniami i wiem że to brzmi może dziwnie jeśli chodzi o tego tematu, ale obsydian jest tradycyjnie używany właśnie do konfrontacji z cieniem, ze strefami trudnymi. Nie jako talizman szczęścia tylko jako lustro. Trzymanie go podczas takiej pracy, o której tu mówicie, mogłoby dać dodatkowy punkt zakotwiczenia - coś fizycznego w dłoni kiedy wchodzisz w trudny materiał. zastanawiam się czy to by nie ułatwiło tej pracy komuś kto jest wzrokowcem albo kinestykiem.
Obsydian to ciekawy pomysł bo ma tę właściwość że dosłownie odbija obraz - i to jest chyba metafora tego co chcemy zrobić w tej pracy. Ale mam pytanie do siebie i do was - czy kamień to nie jest jednak forma unikania? Zamiast stanąć z tym sam na sam, trzymam coś w ręku i patrzę przez to. Czy to nie rozmydla tej konfrontacji?
Zastanawiam się nad tym co Dobrochna napisała. Bo właściwie to całe pytanie o rytuały jest pytaniem o to samo - czy rytuał pomaga mi wejść w kontakt z tym czego się boję, czy tworzy mi estetyczną otoczkę żeby tego nie robić? I nie wiem jak to rozróżnić od środka, z własnej perspektywy.
właśnie o to chodzi. to jest chyba najważniejsze pytanie w całej tej rozmowie. Praktycznie rzecz biorąc - jeśli po rytuale czujesz ulggę bez żadnego kontaktu z tym co cię bało to pewnie rytuał zadziałał jako ucieczka. Jeśli czujesz że coś się poruszyło i zostaje to z tobą jeszcze przez chwilę - to jest znak że coś się naprawdę zadziało.
Wchodzę w ten wątek z obsydianem bo mam inne zdanie niż Anahata i mam wrażenie że warto to wypowiedzieć wprost. Obsydian jest często nadużywany właśnie przez osoby które pracują z lękiem - kupują kamień, trzymają, czują się chronione, ale nie robią nic poza trzymaniem. I to nie jest zarzut do Dobrochny, bo ona sama to zauważyła, ale chcę zaznaczyć że kamień sam z siebie nie zrobi tej pracy za ciebie.
Słucham i chcę wrócić do czegoś podstawowego, bo ta rozmowa zaczęła krążyć wokół przedmiotów a trochę zgubiliśmy wątek. Klimcia pytała o rytuały dla kogoś kto boi się własnych myśli. Obsydian, Chöd, LBRP - to są rzeczy które mogą wspierać kontekst, ale żaden z nich nie odpowiada na pytanie co właściwie robimy w tej pracy. Co to znaczy konfrontacja w rytuale?
A jak wyznaczasz koniec? Bo siedzę nad tym od jakiegoś czasu i problem który mam to że jak już wejdę w ten rodzaj skupienia nad czymś trudnym to potem to zostaje i nie wiem kiedy to się skończyło.
To z tym myciem rąk na końcu - gdzieś to czytałam jeśli chodzi o tradycji żydowskiej, że mycie rąk po kontakcie z tym co duchowo trudne ma konkretne znaczenie 🙂 Czy to jest coś podobnego czy przypadkowe skojarzenie?
nieprzypadkowe. Woda jako element graniczna pojawiia się w bardzo wielu tradycjach właśnie jeśli chodzi o przejść - wejścia i wyjścia z przestrzeni rytualnej, kontaktu z tym co uznawane za niebezpieczne lub sacrum. W tradycji szintoistycznej jest temizuya przed wejściem do świątyni, w greckiej był chernips, w rożnych tradycjach ludowych jest woda na wyjście po pogrzebie. Zimna woda konkretnie aktywuje też odpowiedź nerwu błędnego co ma efekt dosłownie uspokajający.
To co Hellan mówi o nerwie błędnym jest dla mnie ważne bo właśnie to łączy praktykę rytualną z tym co dzieje się w ciele. I wracając do Klimci - gardło które opisywałaś wcześniej to uczucie ściskania - nerw błędny przechodzi właśnie przeez ten obszar i jest bardzo czuły na wszystko co związane z tłumieniem. To nie jest przypadek że tam to czujesz.
Śpiew mnie zatrzymał. Bo to jest ostatnia rzecz którą bym skojarzyła z rytualną konfrontacją z lękiem. Możesz powiedzieć więcej co masz na myśli? Mruczenie to rozumiem - coś jak humming, prawda? Ale śpiew jeśli chodzi o siedzenia z własnym strachem to mnie zaskakuje.
wlaśnie humming, ale też cokolwiek co robi wibracje w klatce piersiowej i szyi. biorąc pod uwagę że się boisz czegoś w sobie i to coś mieszka między innymi w napięciu gardła - wprawienie tego w wibrację to nie jest metafora tylko fizyczne rozluźnienie tej blokady. W niektórych tradycjach tybetańskich śpiewanie mantr właśnie w obliczu strachu jest po to żeby nie milknąć - bo milczenie przy lęku go wzmacnia a głos przerywa ten schemat.
To z tym śpiewem i mruczeniem mnie trochę zaskoczyło, ale im dłużej o tym myślę tym bardziej ma sens. Mam pytanie do Anahaty - czy to musi być coś określonego? Jakiś dźwięk, ton, czy naprawdę cokolwiek co wibruje?
Ja mam inne pytanie zanim Anahata odpowie - czy to nie jest trochę tak że skupiamy się tu na technikach a zapominamy że Klimcia pytała o coś bardzo konkretnego, mianowicie o lęk przed własnymi myślami? Bo mruczenie przy napięciu gardła to jedno, ale lęk przed własnym umysłem to chyba jednak coś innego niż lęk przed czymś zewnętrznym. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Kolczasta i Hortensja mają rację że to jest ważne rzoróżnienie. Ale nie sądzę że to rozłączne. Lęk przed własnymi myślami zwykle oznacza że konkretne myśli wracają i to one wywołują lęk - czyli jednak jest jakaś treść. To co się tu opisuje to taka pętla: pojawia się myśl, pojawia się lęk przed tym że ta myśl jest, co wywołuje kolejną myśl i tak dalej. Rytuał konfrontacji może przerwać tę pętlę właśnie przez nadanie jej struktury. Pytanie do Klimci - czy tak to wygląda, ta pętla, czy to jednak coś innego?
Tak, to jest dokładnie pętla. Nie tyle sama myśl mnie przeraża co to że ona jest i że ja ją mam. jakby to że mam taką myśl mówi mi coś o mnie co mnie przeraża. I potem wszystko się kręci wokół tego czy taka myśl mnie definiuje czy nie.
To co Klimcia opisuje ma konkretną nazwę w psychologii - to jest mechanizm fuzji poznawczej. Myśl jest traktowana jako tożsama z rzeczywistością albo z tożsamością osoby. Rytualne wydzielenie przestrzeni - wejście, praca, wyjście - może działać jako coś odwrotnego: myśl pojawia się, jest obserwowana jako zjawisko, i zostaje w wyznaczonej przestrzeni kiedy się z niej wychodzi. Ale to wymaga żeby rytuał był naprawdę oddzielony od reszty dnia a nie wtopiony w codzienność.
