Jeśli tak to pytanie tytułowe jest właściwie pytaniem o drzwi, nie o to co za nimi. Wiara byłaby jedną z możliwych dróg wejścia, ciekawość inną, kryzys jeszcze inną. Ale co jest za drzwiami - może zawsze to samo?
Albo nie ma nic za drzwiami, tylko same drzwi. I przejście przez nie jest efektem. Nie lubię tej myśli bo trochę usuwa sens z tego o czym rozmawiamy, ale nie umiem jej odrzucić po tym co tu wszyscy powiedzieliście.
Dobra, muszę się tu odezwać jeszcze raz bo ta myśl Eufemki nie daje mi spokoju. 'Nie ma nic za drzwiami, tylko same drzwi.' To brzmi jak coś co powinno mnie uspokoić, a mnie bardziej niepokoi niż cała reszta tej rozmowy. Bo jeśli tak jest, to co ja właściwie szukam? Robiłem te rzeczy bo chciałem zobaczyć czy COŚ jest. Jeśli samo przejście jest wszystkim, to czy moje oczekiwanie czegoś więcej mnie blokuje?
Emilku, nie wiem czy cię blokowało. Ale to co opisujesz - szukanie czegoś za przejściem - może być właśnie tym co sprawia że przejście jest inne u ciebie niż u Klimci. Ona nie szukała. Ty szukasz. I oboje coś poczuliście, tylko inaczej nazwane.
To rozróżnienie między 'niewymagającym' a 'wierzącym' wydaje mi się bardzo ważne i chyba nikt do tej pory tego tak nie nazwał. Można praktykować bez wiary, ale z pewną formą otwarcia. To nie jest wiara w sensie doktrynalnym, ale też nie jest neutralność. To bardziej... brak oporu?
Ale jak można praktykować bez oporu jeśli się nie wierzy? To trochę sprzeczne. Jak robię coś co uważam za niedziałające, to chyba z definicji mam jakiś opór, bo moja racjonalna część protestuje.
Dadzbog, co rozumiesz przez 'zaangażowanie' jeśli nie wiarę? Bo to brzmi jak synonim i nie wiem czy naprawdę coś innego opisujesz.
Ale medytacja uważności nie jest rytuałem w sensie który omawiamy, prawda? Nie ma w niej elementu symbolicznego, nie odnosi się do niczego zewnętrznego. Rytuał chyba z definicji coś oznacza, a uważność jest czysto wewnętrzna.
Rappaport to jest ciężka artyleria jak na forum 🙂 ale serio, jeśli przyjmiemy jego definicję to rozróżnienie Modrzewki odpada i medytacja wchodzi do rytuału. Co z kolei zmienia całą naszą rozmowę, bo mamy masę badań że medytacja 'działa' nawet bez wiary.
Czekajcie, bo mam wrażenie że trochę odpłynęliśmy od pytania tytułowego. Emilek pytał o swoje doświadczenie - rytuał z ciekawości, bez wiary. I cała ta filozofia jest piękna, ale Emilku - ty po prostu coś poczułeś, tak? Powiedz nam co konkretnie. Bo może zamiast pytać 'dlaczego' powinniśmy zapytać 'co'.
No dobra, skoro Klimcia pyta to powiem wprost. Robiłem coś prostego, nic skomplikowanego - zapalałem świeczkę, wypisywałem coś na kartce, paliłem tę kartkę. Klasyka. I nie czułem że 'zadziałało' w sensie że coś się spełniło. Ale czułem że coś się zamknęło. Podobnie jak Klimcia opisywała. Jakby myśl przestała się kręcić w głowie. I nie wiem czy to rytuał 'zrobił' czy po prostu sam akt zapisania i zniszczenia dał mi psychologiczne zwolnienie.
A czy to ma znaczenie, które z tych dwóch? Serio pytam, nie retorycznie. Jeśli efekt jest identyczny, to czy źródło ma znaczenie dla ciebie praktycznie?
Dla mnie miałoby. Bo jeśli to jest tylko psychologia, to nie potrzebuję rytuału - mogę po prostu napisać na kartce i wyrzucić. Bez świeczki, bez ceremonii. A jeśli jest coś więcej, to każdy element ma znaczenie i nie mogę ich pomijać. Różnica jest spora.
Dokładnie to opisuje Michael Norton z Harvard Business School w badaniach nad rytuałami przed zadaniami - sama arbitralność, nawet kiedy ludzie wiedzą że jest arbitralna, zmienia sposób w jaki podchodzą do działania. Testowali to na graczach w golfa, na śpiewakach, na osobach jedzących marchewkę. I forma miała znaczenie nawet bez żadnego przekonania że ma znaczenie. Więc Hydromanta - prawdopodobnie wyrzucenie bez ceremonii byłoby mniej skuteczne, i nie musimy tego tłumaczyć mistycznie.
Norton i jego zespół to zresztą ciekawa historia metodologiczna, bo oni sami nie wiedzieli co zbadają. Weszli w to pytając o rytuały sportowe, a skończyli na czymś znacznie szerszym - na tym jak forma działania zmienia jego treść psychologiczną. I tu jest most do pytania Emilka: jeśli sama arbitralność formy coś zmienia, to może nie trzeba wierzyć w nic konkretnego, żeby ta zmiana zachodziła?
Szczerze? Nie szukałem zamknięcia. Miałem do zrobienia coś co wyglądało jak rytuał, zrobiłem, i dopiero po fakcie zorientowałem się że coś się przesunęło. Nie planowałem tego efektu. Może to właśnie jest ta różnica o której mówiliście wcześniej - brak oczekiwania.
To jest bardzo konkretna informacja i zastanawiam się czy nie kryje się za tym coś o tym jak intencja działa w ogóle. Emilek, a powiedz mi jedno - czy przed tym rytuałem byłeś w jakimś napięciu emocjonalnym, czy to był raczej spokojny eksperyment?
Obojętność emocjonalna przed rytuałem to chyba rzadziej opisywany stan w literaturze. Większość badań zakłada że ludzie wchodzą albo z wiarą, albo z sceptycyzmem. Ale coś pomiędzy, taka neutralna ciekawość badawcza jak to Emilek nazwał - to jest interesujące bo może właśnie neutralność zostawia więcej miejsca na coś nieoczekiwanego.
Ale tutaj nie mówimy o diagnozie, tylko o doświadczeniu rytuału. Czy naprawdę chcemy żeby rytuał był jak wizyta u lekarza - chłodna, zdystansowana? Mnie to trochę wytrąca z całej filozofii po co w ogóle to robić.
Ta uwaga o szamanach jest dobra. Czytałam gdzieś że w tradycjach rdzennych Ameryk osoba prowadząca ceremonię ma być w stanie określanym jako skupiony spokój. Nie chodzi o ich własne emocje, tylko o jakość uwagi. Ciekawe że to się pokrywa z tym co Dadzbog mówił o obserwatorze.
Boleslaw, a jak to się ma do kwestii powtarzalności? Bo Turner chyba mocno akcentował powtarzalność w definiowaniu rytuału, a Emilek robił to jednorazowo z ciekawości. Czy jednorazowy rytuał to w ogóle rytuał?
Zastanawiam się czy Emilek nie wpadł przypadkowo na to co wielu z nas robi świadomie - czyli wejście w rytuał bez przywiązania do efektu. Tylko że my zazwyczaj mamy kontekst z poprzednich praktyk, a on miał kontekst zerowy. I może właśnie ten zerowy kontekst zrobił różnicę, bo nie miał żadnych oczekiwań co do tego jak to powinno wyglądać.
Kontekst zerowy to ciekawe pojęcie. Ale zastanawiam się czy naprawdę istnieje - czy Emilek naprawdę nie miał żadnego kontekstu, czy może miał kontekst kulturowy, filmowy, z opowieści, który ukształtował jego wyobrażenie o tym jak rytuał wygląda i co powinno po nim nastąpić?
Fajny gest - i w tym może być klucz. Gest jako kategoria jest gdzieś między komunikacją a rytuałem. Marcel Mauss pisał że gesty mają wagę niezależnie od intencji, bo są wbudowane w język ciała który ciało rozumie zanim rozum zdąży ocenić. Emilek zrobił coś co ciało zakodowało jako zakończenie, i to wystarczyło.
Właśnie przeczytałem cały wątek i to jest niesamowite jak ta rozmowa się rozwinęła. Mam jedno pytanie do Emilka - czy po tym wszystkim zrobiłbyś to znowu? Czy to jednorazowe zamknięcie zmieniło coś w tym jak myślisz o takich gestach?
To co powiedział Emilek o stracie niewinności obserwatora jest dla mnie jednym z ciekawszych momentów tej rozmowy. Bo to właściwie oznacza, że ten stan zerowego kontekstu jest jednorazowy z definicji - nie możesz go odtworzyć. Trochę jak z pierwszym razem gdy cokolwiek robisz. Zastanawiam się czy to znaczy, że doświadczenie Emilka jest w pewnym sensie niereprodukowalne i czy w ogóle można z niego cokolwiek wyciągnąć dla kogoś kto kontekst już ma.
Wracam do kwestii kontekstu kulturowego, bo Emilek sam przyznał że miał obrazek z filmów. Zastanawiam się czy ten obrazek filmowy nie jest przypadkiem bardziej archetypiczny niż myślimy. Filmy korzystają ze zbiorowych wyobrażeń o rytuale - ogień, karty, kółka, sól - i może właśnie te obrazy mają jakąś wagę dlatego, że są skondensowanym symbolem z bardzo wielu różnych tradycji naraz. Emilek, czy ten rytuał który robiłeś wyglądał jak coś z konkretnego filmu czy to było coś bardziej ogólnego?
