Mam pytanie, bo rozmawiamy o rozpadzie praktyki i zmęczeniu, ale czy ktoś ma odwrotne doświadczenie? Że zaczął od bardzo prostego rytuału, a z wiekiem go rozbudował? Bo w tym wątku cały czas idzie narracja w stronę 'z wiekiem upraszczamy', a może to nie jest reguła.
Słucham tej wymiany między Geniem i Dodolem i myślę, że to jest w sumie najważniejsze pytanie w tym wątku. Jak w ogóle wiesz, które elementy rytuału 'robią robotę', a które są tylko przyzwyczajeniem? Czy ktoś to kiedyś sprawdzał metodycznie?
Ten wątek z losowaniem, do którego wróciliśmy trochę przez Dodolę i jej 'nie wiem, które elementy działają', jest dla mnie teraz bardzo aktualny. Bo może losowanie jest właśnie próbą odpowiedzi na to pytanie? Losujesz, żeby sprawdzić, czy bez tego konkretnego elementu praktyka nadal coś robi.
Wracam jeszcze do tego, co powiedziała Kasandra o pustce po rytuałach. Mam wrażenie, że to nie jest tylko sygnał zmęczenia czy złej zmiany, ale może też etap. W niektórych tradycjach, na przykład w hezychazmie, jest etap tak zwanej 'suchości duchowej', kiedy praktyka przestaje dawać to, co dawała wcześniej i trzeba przez to przejść. Nie wiem, czy tu to ma zastosowanie, ale może ta pustka po uproszczeniu nie była błędem, tylko czymś przez co i tak byś przeszła?
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że co chwilę wychodzi ten sam problem, że nie ma dobrego sposobu, żeby z zewnątrz ocenić swoją własną praktykę. Albo ufasz sobie, albo nie, a żadna opcja nie jest bezpieczna. Ale czy ktoś kiedyś prosił kogoś z zewnątrz, żeby spojrzał na jego rytuały i powiedział, co widzi? Czy to w ogóle ma sens?
Pytałam czy ktoś prosił kogoś z zewnątrz o ocenę i jakoś nikt nie odpowiedział, więc dopytam konkretniej. Mam na myśli kogoś bliskiego, nie żadnego coacha ani terapeutę, tylko zwykłą osobę, która po prostu patrzy z boku. Czy to w ogóle ma sens? Bo mam wrażenie, że rytuał to tak osobista sprawa, że ktoś z zewnątrz i tak nie będzie w stanie ocenić, czy to jest 'zmęczenie' czy 'ewolucja', bo nie wie, jak to wyglądało wcześniej.
To, co opisuje Bard85, jest bardzo charakterystyczne i trochę to ilustruje, dlaczego rytuał jest taki trudny do oceny z zewnątrz. On żyje w obserwatorze, nie w wykonującym. Jak zapraszasz obserwatora, zmieniasz warunki. Ale wracając do pytania Edytki, myślę że jest jeden wyjątek. Jeśli ta osoba z zewnątrz zna cię bardzo długo i widziała cię w praktyce przez lata, może coś zauważyć, czego ty sam nie widzisz. Nie treść rytuału, ale to, jak ty się w nim zachowujesz. Czy jesteś spokojniejszy czy bardziej spięty niż kiedyś.
Ale to zakłada, że ta osoba z zewnątrz rozumie, co obserwuje. Ktoś, kto nigdy sam nie praktykował, zobaczy tylko zewnętrzne gesty. Nie zobaczy, że ten moment ciszy jest inny niż poprzedni moment ciszy. Nie wiem, czy to jest użyteczna perspektywa. Może bardziej użyteczne byłoby nagranie siebie z różnych momentów i porównanie po czasie. Chociaż to też ma swoje problemy, bo nagrywanie zmienia zachowanie tak samo jak obserwator.
Czytam to i myślę o tym losowaniu, do którego wcześniej wracała Felicytka. Bo może właśnie nagranie i losowanie mają podobną logikę? Wyłączasz czynnik 'chcenia' i 'wyboru', żeby zobaczyć, co zostaje. W nagraniu wyłączasz swoją pamięć i widzisz, co naprawdę robisz. W losowaniu wyłączasz decyzję i widzisz, co naprawdę jest potrzebne. Ale może to jest zbyt duże uproszczenie.
Zostałam wywołana do tablicy przez Inkantację, więc dopowiem jeszcze jedno. Mówiłam o losowaniu jako teście, ale teraz myślę, że może losowanie ma jeszcze inną funkcję, której wcześniej nie uwzględniałam. Może nie chodzi o testowanie elementów, tylko o to, żeby rytua raz na jakiś czas wyszedł spod kontroli ego. Że decydujesz, że tym razem to nie ty wybierasz kolejność czy czas, i to samo w sobie jest jakimś ćwiczeniem. Nie wiem, czy to ma sens dla kogoś poza mną.
Ja kiedyś stosowałam coś podobnego do losowania, nie przez rzut kostką, ale przez karty. Nie pytałam kart o wynik działania, tylko pytałam kart, od czego dziś zacząć. Nie chodziło o wróżenie, chodziło o to, żeby oddać kolejność czemuś poza moim planowaniem. I co ciekawe, to nie było tak, że zawsze akceptowałam wynik. Kiedy karta mówiła jedno, a ja czułam wyraźnie, że nie o to chodzi, to też była informacja. Że jest coś, czego nie chcę odpuścić.
To jest ciekawe, że opór wobec wyniku losowania sam w sobie był informacją. Bo to zakłada, że masz już jakąś odpowiedź w sobie i losowanie tylko ją ujawnia przez kontrast. Ale wtedy po co losować, skoro i tak wiesz? Czy nie jest to trochę okrężna droga do czegoś, co już wiesz?
Wracam do wątku o tym, czy rytuały zmieniają się z wiekiem, bo trochę odeszliśmy w stronę samego losowania. Mnie w tym wszystkim zastanawia jedna rzecz. Czy ktoś zauważył, że zmiany w rytuale często następują po jakimś przełomie życiowym, nie stopniowo, tylko nagle? Bo ja mam wrażenie, że przez długi czas praktykuję tak samo, a potem coś się dzieje w życiu i nagle stare formy przestają pasować. Jakby życie zmieniało rytua szybciej niż decyzja.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo trochę zgubiłem wątek. Mówicie o tym, że rytuał zmienia się po przełomach życiowych. Ale jak rozpoznać, że zmiana, która przyszła po takim przełomie, jest dobra? Że to jest naprawdę nowy etap, a nie tylko reakcja na ból albo na stres?
To jest chyba jedno z bardziej konkretnych pytań, jakie tu padło. Bo Edytka ma rację, efekt nowości jest realny i dość powszechnie opisywany nawet poza ezoteryką. Psychologicznie to się nazywa habituation, czyli mózg przestaje rejestrować bodźce, które są przewidywalne. Więc jak coś jest nowe, uwaga automatycznie wzrasta. Ale to trwa może kilka tygodni, najwyżej miesiąc. Jeśli po tym czasie forma nadal trzyma uwagę, to już jest inny sygnał.
Myślę, że tu jest jedna ważna różnica, którą warto złapać. Jest różnica między nudą, która jest powierzchniowa, bo znasz już każdy ruch i twój umysł przestał reagować na formę, a nudą, która jest tak naprawdę oporem. Ta pierwsza to dobry znak, bo to znaczy, że forma zeszła w tło i coś innego może się pojawić. Ta druga to sygnał, że coś się nie zgadza. Ale jak to odróżnić od środka, to rzeczywiście nie jest proste.
Czyli rozumiem, że ta sama nuda może znaczyć dwie przeciwne rzeczy? To jak w ogóle można się na tym opierać jako na kryterium?
Słucham tego i wracam do czegoś, o czym wcześniej nie powiedziałam do końca. To losowanie, o którym mówiłam, nie było przez mnie zaplanowane jako metoda. Zrobiłam to raz z ciekawości, kiedy miałam kilka elementów i nie wiedziałam, od czego zacząć. I okazało się, że wylosowany element był tym, przed którym miałam opór. I to był właśnie ten sygnał, o którym mówi Kasandra. Nie sama informacja z losowania, tylko moja reakcja na wynik.
To co opisuje Felicytka ma swoją nazwę w pewnych tradycjach, choć rzadko się o tym mówi w takich rozmowach. W niektórych systemach tybetańskich jest pojęcie 'klesza', które obejmuje właśnie te drobne unikania, niekoniecznie duże strachy czy silne emocje, ale właśnie takie małe automatyczne preferowanie wygody. I jeden z celów regularnej praktyki jest dokładnie to, żeby te klesze stawały się widoczne, bo są zbyt subtelne, żeby je złapać w codziennym funkcjonowaniu. Rytuał jako powtarzalna forma może je wydobyć właśnie dlatego, że jest powtarzalny.
Wracając trochę do tego, co powiedział Bard85 o przełomach życiowych i zmianach w rytuale. Zastanawia mnie, czy to działa też w drugą stronę. Czy zmiana rytuału może być tym, co uruchamia przełom, zamiast po nim następować? Bo mam wrażenie, że w moim przypadku zdarzyło się raczej tak.
To jest coś, z czym się spotykam i co jest trudne do opisania bez wpadania w schemat 'rytuał przyciąga rzeczy'. Bo nie chodzi o przyciąganie. Chodzi bardziej o to, że zmiana formy praktyki zmienia ciebie jako obserwatora, i nagle widzisz lub zauważasz rzeczy, które wcześniej były, ale ich nie widziałaś. Więc to nie jest tak, że zewnętrzna rzeczywistość się zmieniła. Zmieniła się optyka, przez którą ją widzisz.
Ale czy to nie jest trochę wygodne wyjaśnienie? Znaczy, można tak powiedzieć o dosłownie wszystkim. Jak cokolwiek się zmieni wewnętrznie, to można powiedzieć, że zmieniła się optyka. Jak rozróżnić, że coś realnie się zmieniło na zewnątrz od tego, że tylko inaczej patrzysz?
Mnie to wszystko kieruje z powrotem do tytułowego pytania, które trochę zgubiłyśmy. Czy rytuały zmieniają się z wiekiem. I zastanawiam się, czy nie jest tak, że to co opisujecie, ta zmiana optyki, te przełomy, te opory, to właśnie jest ten mechanizm, przez który rytuały ewoluują. Że nie zmieniasz rytuału świadomie, bo dojrzałaś. Zmiana jest efektem samej praktyki, która cię gdzieś prowadzi, i w pewnym momencie stara forma po prostu przestaje pasować do osoby, którą jesteś teraz.
To co powiedziała Kasandra jest dla mnie kluczowe, że zmiana w praktyce zmienia ciebie jako obserwatora. Bo jeśli tak, to wiek nie jest bezpośrednią przyczyną zmiany rytuału. Przyczyną jest to, że się zmieniasz, a wiek jest tylko jednym z wielu możliwych czynników. Mogłoby to być cokolwiek.
Zastanawia mnie ta 'inercja formy', o której pisze Czarnobog. Bo z jednej strony to prawda, że forma się opiera. Ale z drugiej strony właśnie ta oporność może być tym, co sprawia, że rytuał dostarcza czegoś, czego nie dostarcza improwizacja. Jakoś oswaja ciągłość.
To co Emi opisuje jest dla mnie bardzo charakterystyczne i znam to z własnej praktyki. Rama zostaje, wypełnienie się zmienia. I to jest moim zdaniem najczęstszy mechanizm zmiany rytuału z wiekiem, nie rewolucja, tylko stopniowe przekomponowanie od środka.
Dobra ale jak to wygląda w praktyce? Że np. nadal zapalasz świeczkę o tej samej porze, ale robisz coś inaczej? Bo chcę to dobrze zrozumieć.
