Ale czy to w ogóle jest jeszcze zmiana rytuału, czy raczej zmiana tego, co myślisz podczas rytuału? Bo z zewnątrz wyglądałoby tak samo. Czy to ma znaczenie dla samego rytuału jako praktyki?
W tradycjach tantrycznych rozróżnienie, o które pyta Skrzat, jest kluczowe i nosi nazwę kriya versus bhavana. Kriya to zewnętrzna forma działania, bhavana to stan umysłu towarzyszący praktyce. Zakłada się, że same kriyas bez bhavany mają ograniczone działanie. Ale jednocześnie odpowiednia kriya może wywołać właściwą bhavanę nawet wtedy, kiedy jej nie ma.
To wprowadza nowy kąt do całej dyskusji. Jeśli forma jest wyćwiczona cieleśnie, to może zmiana rytuału z wiekiem jest też zmianą cielesną? Że ciało inaczej nosi pewne ruchy, gesty, pozy i to też wpływa na to, jak praktykujesz?
Czyli rozumiem, że rytuał zmienia się sam przez to, że ty się zmieniasz fizycznie, i nie musisz go świadomie modyfikować? Że to się po prostu dzieje?
Zenek63 pyta, czy to się dzieje samo. I tak, i nie. Ciało zmienia rytuał mimowolnie, ale uwaga i intencja też mają w tym udział. Jeśli nie zauważasz tej zmiany, nie możesz jej w żaden sposób poprowadzić. Więc nie jest to czysto automatyczne.
Czyli trzeba obserwować jak się ta zmiana dzieje? Żeby jej nie przegapić? Bo ja szczerze mówiąc nigdy tak nad tym nie myślałem, dla mnie rytuał to był rytuał, albo się robi tak samo, albo się robi inaczej.
No i właśnie to mnie zastanawia przy tej dyskusji o ciele. Bo jeśli ciało zmienia praktykę niezależnie od intencji, to gdzie jest granica między zmianą organiczną a zaniedbaniem formy? Że niby robię 'to samo', ale tak naprawdę robię coś innego, bo jestem inny fizycznie?
Ta uczciwość wobec siebie to brzmi łatwo, ale w praktyce jest dość trudna. Zwłaszcza jak robisz coś od dłuższego czasu, zaczynasz nie widzieć tego, co robisz. Coś jak ślepota rutyny.
Dokładnie to. I dlatego czasem dobrze jest zrobić przerwę, nie po to żeby porzucić, ale żeby zobaczyć, co właściwie robisz. Wróciłam kiedyś do pewnego rytuału po kilku tygodniach przerwy i zobaczyłam go zupełnie inaczej. Jakbym go robiła pierwszy raz.
A ta przerwa nie zaburzała samego rytmu? Pytam, bo u mnie jak raz zgubię ciągłość, to potem jest trudniej wrócić.
Zastanawiam się nad czymś innym. Wszyscy tu mówią o tym, że rytuał zmienia się stopniowo, organicznie i tak dalej. Ale co, jeśli ktoś świadomie zmienia rytuał, bo po prostu nie działa? Że wymieniasz formę, bo efektu nie ma?
Ja miałam chyba oba na raz i przez długi czas nie wiedziałam który jest który. Zmieniałam rozkład kart, bo wydawało mi się, że 'tak trzeba', a potem okazało się, że tak naprawdę zmieniało się to, czego szukałam w odpowiedzi.
A czy losowanie może być rytuałem samo w sobie? Bo mi się wydaje, że jak wyciągam kartę bez specjalnego spreadu, to też jest jakiś rytuał, tylko bardzo prosty. Czy się mylę?
No właśnie, bo mnie to też zastanawia przy losowaniu w numerologii. Losowanie daty, godziny urodzin nie ma sensu, ale są systemy gdzie się losuje coś pomocniczo. Czy to jest rytuał czy bardziej technika?
Mnie też to zastanawia, bo jak słyszę 'rytuał' to mi się wydaje, że musi być jakaś cała oprawa. Świece, intencja, skupienie. A może to właśnie to codzienne wyciąganie karty bez ceregieli jest lepsze, bo nie ma tego ciężaru oczekiwań?
Szczerze? Różnie. Rano jak jestem rozbudzona to tak, czuję że to coś znaczy. Ale czasem to jest czysto mechniczne, sięgam, wyciągam, odkładam. I zastanawiam się czy to w ogóle coś daje wtedy.
To, co opisuje Inkantacja, to jest właśnie ta szara strefa, w której większość praktyk żyje na co dzień. W literaturze dotyczącej antropologii rytuału jest pojęcie 'ritual efficacy', skuteczności rytualnej, które zakłada, że sam akt powtarzania ma wartość niezależnie od poziomu uwagi. Victor Turner pisał o tym w kontekście rytuałów przejścia. Nie wymaga się ciągłej intensywności, wymaga się formy.
Ja się z tym ciśnieniem spotkałem i trochę mnie to od pewnych praktyk odciągało. Miałem poczucie, że jak nie czuję wystarczająco dużo, to lepiej nie zaczynać.
To jest spójne z tym, co się mówi w kontekście medytacji. Nie oczekuje się, że każda sesja będzie głęboka. Liczy się samo siadanie. Forma zanim przyjdzie treść. Nie wiem, czy to jest ten sam mechanizm przy rytuałach, ale coś tu jest podobnego.
Ale wróćmy do tego losowania, bo zostało trochę porzucone. Zenek pytał o numerologię, Edytka o tę kartę bez spreadu. Mnie interesuje czy losowanie może w ogóle być rytuałem, skoro z definicji jest przypadkowe? Rytuał kojarzy mi się z kontrolą, powtarzalnością, a losowanie jest z gruntu niepowtarzalne.
Losowanie nie jest tak niepowtarzalne jak myślisz. Sama czynność jest powtarzalna, gest sięgania, moment zawieszenia, to, co robisz z wynikiem. To, że wynik jest każdorazowo inny, nie znaczy, że czynność nie ma stałej formy. Wyobraź sobie, że co rano rzucasz monetą i zapisujesz wynik w dzienniku. Sam rzut jest tym samym rytuałem.
Okej, to zmienia trochę moje myślenie. Czyli rytuał jest w oprawie, nie w wyniku. Ale co jeśli wynik ma znaczenie symboliczne, jak w tarocie? Czy wtedy losowość staje się częścią sensu?
Właśnie tak to rozumiem u siebie. Karta jest losowa, ale to, że jest losowa, jest sensem całej praktyki. Że coś przychodzi samo, że nie wybieram. To jest chyba rdzeń wróżby w ogóle, nie?
To jest zupełnie inny akt. Szukanie karty to praca z symbolem, nie wróżenie. Jedna praktyka nie jest lepsza od drugiej, ale są innymi rzeczami. Przy runach też można wyciągnąć konkretną runę i z nią pracować, ale nikt nie powie wtedy, że 'wylosował'.
A wracając do tego co mówiłem o numerologii, to tam losowania sensu stricte nie ma, ale są systemy gdzie się np. losuje pytanie z puli albo używa daty jako punktu wyjścia. I to się chyba różni od samej wróżby. To jest jakby rama przed obliczeniem, nie samo obliczenie.
