To jest bardzo warzna informacja o sobie. Nie coś do zdiagnozowania, ale coś do zostawienia jako obserwacja. Kiedy własne imię brzmi obco, to jest sygnał że gdzieś jest szczelina między tym jak cię świat nazywa a tym co czujesz że jest tobą. Nie musisz tego od razu naprawiać. ale warto wiedzieć gdzie jest.
Teodorka, a masz jakieś imię które lubisz? Nie koniecznie swoje - może jakieś historyczne, może z książki, może coś co ktoś kiedyś na ciebie powiedział i zostało 🙁 Pytam bo w pracy z runami często to co człowiek sam siebie nazwie mówi więcej niż to co zostało mu nadane.
To co powiedziałaś właśnie jest dla mnie ważniejsze niż cała reszta tej rozmowy. Masz już odpowiedź, po prostu jeszcze jej nie użyłaś. To imię od babci - jest twoje. może stamtąd zaczynasz, nie od nowa.
To jets coś czego nie powinniśmy ignorować. Zmiana tożsamości i żałoba często idą razem, bo tracimy nie tylko osobę, ale też wersję siebie która była w relacji z tą osobą. Może Teodorka traci nie tylko "kim jest" teraz, ale też "kim była" przy babci. I to jest strata którą rytuały żałobne próbują zaadresować - właśnie to, nie tylko samą śmierć 😀
Zatrzymajcie się na chwilę. To jest bardzo poważne co Teodorka właśnie powiedziała i nie chcę żebyśmy wchodzili w tryb dawania rad jak to "naprawić". Czasem na forum za szybko idziemy do rozwiązania. Teodorka - czy ty w ogóle chcesz teraz rozmawiać o tym co z tym robić, czy potrzebujesz żeby to po prostu powiedzieć?
Nie, okej, chcę rozmawiać. Właściwie to że to tu wypisałam to już jest dla mnie coś. Nigdy tego tak nie układałam. o matko, i wolę słyszeć pytania niż milczenie, bo milczenie mam w domu dużo.
To co powiedziałaś ostatnio - że milczenie masz w domu dużo - mówi mi że może potrzebujesz rytuału który jest głośny. Nie w sensie hałaśliwy, ale wypowiedziany. Może pisany i czytany na głos. Może coś z głosem babci w środku - jej imię dla ciebie, twoje słowa teraz. Nie wiem czy to ma sens ale tak to czuję.
To co napisała Jagodzianka o głośności mnie zatrzymało. Zgadzam się z tym, ale chcę doprecyzować - głośność nie chodzi tylko o dźwięk chodzi o ucieleśnienie. Kiedy pracuję z ludźmi którzy są w tym rodzaju rozmytości tożsamościowej, zwykle najpierw pytam co czują w ciele gdy mówią o sobie. Nie co myślą - co czują. I odpowiedź prawie zawsze pokazuje gdzie jest problem. Ciało wie wcześniej niż głowa.
Próbowałam tego właśnie teraz. Powiedziałam kilka rzeczy o sobie - "jestem pracowita", "jestem dobra w tym co robię", "jestem córką". I przy tej ostatniej coś się ścisnęło. Nie bólowo, ale jakoś... zwęziło. Nie wiem czy to ma sens.
Ma sens. "Jestem córką" - to jest rola która się zmieniła skoro babcia odeszła. Babcia była częścią tego co znaczyło bycie w rodzinie, bycie czyimś dzieckiem czy wnukiem. jak jej nie ma, ta rola nie znika ale jej znaczenie się zmienia. I ciało to zarejestrowało zanim zdążyłaś o tym pomyśleć.
Jest coś ważnego w tym co Wrzosianka opisuje i co Teodorka właśnie poczuła. W somatycznych podejściach do żałoby - Levine dużo o tym pisał - ciało przechowuje niezamknięte procesy jako napięcie albo skurcz. To nie metafora to dosłowna fizjologia. Rytuał który angażuje ciało może być pierwszym krokiem do rozładowania czegoś co jest tam "zamrożone". Ale - i to jest ważne - rytuał który jest tylko estetyczny, bez faktycznego kontaktu z tym napięciem, nic nie robi.
To wypalanie mnie zastanawia. Czyli chodzi o intencję a nie o samą forme? pytam bo słyszałam różne głosy na ten temat i nie mam jasności.
Dorzucę coś z własnego doświadczenia. kiedyś byłam w podobnym miejscu co Teodorka - kilka rzeczy zmieniło się naraz i nie wiedziałam jak siebie opisać. serio zrobiłam wtedy coś bardzo prostego: przez kilka tygodni każdego wieczoru zapisywałam jedno zdanie zaczynające się od "dzisiaj byłam tą osobą która". Nie "chcę być", nie "powinnam być" - tylko co faktycznie zrobiłam. I po czasie zobaczyłam wzorzec. To był bardziej dokument niż rytuał, ale coś we mnie się ułożyło.
Czytam to i myślę - ja nie mam teraz żadnego miejsca które byłoby "moje" w tym sensie. Przeprowadziłam się i wszystko jest nowe, nic nie ma historii. Może to też jest część problemu.
Nowe miejsce bez historii to jest bardzo trudny grunt dla budowania tożsamości. Nie bez powodu w wielu kulturach zanim się zamieszkało nowy dom, robiono rytuały "zaproszenia miejsca" - nie w sensie nadprzyrodzonego zaproszenia duchów, ale w sensie fizycznego i symbolicznego aktu który mówił: znam to miejsce, ono zna mnie, jesteśmy związani. To mogło być tak proste jak obejście każdego pokoju z zapaloną świecą i powiedzenie czegoś na głos w każdym z nich.
Wątek o miejscu jest ważny bo tożsamość jest mocno zakorzeniona w przestrzeni. Czytałam gdzieś że w neuropsychologii mówi się o "place cells" - komórkach hipokampa które kodują pamięć związaną z miejscem. Kiedy zmieniasz miejsce, część wspomnień staje się trudniej dostępna bo brakuje kontekstu przestrzennego. Więc to co Teodorka czuje może mieć dosłowny neurologiczny fundament, nie tylko symboliczny.
Nie wiem czy mam siłę teraz na jakiś duży rytuał z przygotowaniami. Ale mam wrażenie że po tej rozmowie zrobię jedno - pójdę dzisiaj wieczorem do każdego pokoju i coś powiem na głos. Nie wiem co jeszcze. Ale coś. Może zacznę od tego że w ogóle tu jestem.
To co Teodorka napisała na koniec - że pójdzie do każdego pokoju i coś powie na głos - to jest dokładnie to o czym mówiłam wcześniej. Nie ma znaczenia że nie wie co powie. Ważne że w ogóle to zrobi. Głos w nowym miejscu zostawia ślad. Dosłownie - akustyczny, ale też w pamięci ciała. Chciałabym wiedzieć potem jak to poszło.
Też jestem ciekawa. Teodorka, jakbyś mogła napisać potem - nawet krótko - co się stało, to byłoby ważne nie tylko dla ciebie. Bo ten wątek zaczął się od pytania czy rytuały pomagają przy utracie tożsamości i właściwie dochodzimy do czegoś konkretnego, nie do teorii.
Mechanizm jest taki - tożsamość nie siedzi tylko w głowie. Siedzi w tym co robisz, gdzie jesteś, jak mówisz o sobie i do siebie. Jak te rzeczy są rozbite albo nowe albo niejasne, to poczucie siebie się rozmywa. Rytuał daje formę - mówi "ty tu jesteś, teraz, i robisz to świadomie". To wystarczy żeby coś zaczęło się układać. Nie od razu, ale w ogóle.
To jest dobre pytanie i myślę że odpowiedź jest tak. W tradycjach z którymi pracuję - i to różnych - symbole mają funkcję skrótu. oj, nie musisz za każdym razem od nowa budować całej struktury znaczeniowej. Świeca zapalona z intencją "to jest moje nowe miejsce" niesie więcej niż samo zapalenie świecy, bo symbol działa warstw kulturowych, personalnych i wyobrażeniowych jednocześnie. Ale to nie znaczy że bez symboli nie ma efektu - jest, tylko wolniejszy i mniej skoncentrowany.
To jest dokładnie ta pułapka w którą wchodzą ludzie - szukają symboli które już coś znaczą, zamiast tworzyć nowe. A symbole można budować. Wymaga to czasu ale da się. jeden kamień wzięty z jednego miejsca, jeedn kubek, jedna fraza powtarzana regularnie - po kilku tygodniach to już ma historię, twojej historię, nie pożyczoną od nikogo.
Właściwie mam kilka rzeczy ze starego mieszkania. Taką bawełnianą serwetę po babci i kilka kamieni z ogrodu rodziców. Nigdy nie myślałam o nich w tym kontekście ale teraz jak to piszę to rozumiem że to są właśnie te rzeczy z historią. Może powinienem je wyjąć ze skrzynki.
Kamienie z ogrodu rodziców to jest bardzo konkretny materialny punkt tożsamości - coś co dosłownie pochodzi z ziemi gdzie wyrastałaś. W wielu tradycjach ziemia z miejsca urodzenia albo dzieciństwa była używana właśnie dlatego, żeby zakorzenić się w nowym miejscu. Nie jako zaklęcie, ale jako fizyczne przypomnienie ciągłości. Wyjmij je. I połóż gdzieś gdzie będziesz je widywać.
I to jest odpowiedź na pytanie Swietowita sprzed chwili - o co chodzi w tym rytuał kontra psychologia. Kamienie z ogrodu rodziców nie mają "magicznej mocy" w sensie nadprzyrodzonego działania. Ale mają pamięć, skojarzenia, ciągłość. Umieszczone świadomie w nowym miejscu z konkretną intencją - to jesst rytuał. A że przy okazji działa na poziomie neurologicznym i emocjonalnym jednocześnie, to nie osłabia jego sensu. Wzmacnia.
