Mam ostatnio pewien temat, który siedzi mi w głowie i nie daje spokoju. Napisałem kiedyś rytuał - bardzo szczegółowo, krok po kroku, ze wszystkimi intencjami, godzinami, materiałami. Nigdy go nie wykonałem. I zastanawiam się, czy ten zapis cokolwiek znaczy sam w sobie, czy jest tylko martwą literą. Bo z jednej strony wiem, że sam akt pisania już coś uruchamia - skupienie, intencja, formułowanie myśli. Z drugiej strony - bez wykonania to jakby przepis na danie, które nigdy nie trafiło do garnka. Ktoś ma na to jakiś pomysł? Albo podobne doświadczenie?
To zależy co rozumiesz przez "wartość". Jeśli pytasz, czy coś się zadziało bez wykonania - to ja bym powiedziała, że zależy od tego, ile energii włożyłeś w samo pisanie. Znam kilka tradycji, w których tworzenie rytuału jest już częścią pracy, nie tylko wstępem. Ale jeśli pisałeś mechanicznie, bez skupienia, to mam wątpliwości. Czemu w ogóle go nie wykonałeś?
Mnie bardziej zastanawia, czy taki napisany rytuał można w ogóle traktować jak tekst magiczny z mocą, jeśli nigdy nie był realizowany. W niektórych systemach sam zapis ma znaczenie - jak w tradycji kabalistycznej czy w pewnych nurtach ceremonialnych, gdzie samo słowo pisane niesie ładunek. Ale to wymaga określonego podejścia do pisania, nie chodzi o spontaniczny zapis.
Nie wiem do końca jak to działa w kontekście magicznym, ale jak dla mnie samo pisanie czegoś zmienia moje myślenie o tym. Jak piszę co chcę osiągnąć, to jakby to bardziej realnieje w głowie. Może to nie jest efekt magiczny, a bardziej psychologiczny? Nie mówię, że to mało - po prostu zastanawiam się, czy to ta sama kategoria co rytuał wykonany.
Powiem szczerze, że mnie ta dyskusja zmusza do refleksji nad czymś innym. Czy w ogóle jest sens rozróżniać "wartość" rytuału napisanego od wykonanego, skoro w praktyce chodzi o to, co się dzieje w człowieku? Bo może napisany rytuał, który nigdy nie doczekał się realizacji, jest po prostu niedokończoną intencją. Ani żywy, ani martwy.
Ja mam trochę inne skojarzenie z tym tematem. Kiedyś opisałam pewne doświadczenie, które miałam, w formie czegoś na kształt rytuału - żeby je jakoś ustrukturyzować, przepracować. Nigdy tego nie "wykonałam" jako rytuał, ale sam akt pisania przyniósł mi spokój. Nie wiem, czy to ezoteryka, czy terapia, ale coś się wtedy zamknęło. Więc może wartość nie zawsze jest magiczna?
Dodam jeszcze coś z innej beczki. Znam ludzi, którzy piszą rytuały i nigdy ich nie wykonują - celowo. Traktują sam akt tworzenia jako zamknięty proces. W pewnych tradycjach sigilów Spare'a zniszczenie zapisu po jego sformułowaniu jest kluczowe właśnie dlatego, żeby odciąć się od przywiązania do wyniku. Więc może niewykonanie jest po prostu inną ścieżką, a nie brakiem czegoś?
Hej, a co to znaczy, że sigle Spare'a wymagają zniszczenia? Słyszałem o tym, ale nie bardzo rozumiem, po co niszczyć coś, co się stworzyło. Czy to nie jest trochę sprzeczne?
Dobra, rozumiem logikę z niszczeniem - ale to trochę zmienia obraz całej dyskusji. Bo jeśli u Spare'a zniszczenie zapisu jest wręcz kluczowym etapem, to właściwie rytuał niewykonany w sensie tradycyjnym, ale zapisany i zniszczony, mógłby być bardziej kompletny niż taki, który tylko leży w pliku. To odwraca pytanie z tytułu wątku.
U mnie było coś podobnego z zapisem, który robiłam po trudnym czasie. Nie traktowałam tego jako rytuał, ale jak czytam tę rozmowę, to zaczynam się zastanawiać, czy nie był. Czy żeby coś było rytuałem, to musi być tak nazwane od początku?
Definicja rytuału w sensie antropologicznym nie wymaga, żeby wykonujący wiedział, że to rytuał. Victor Turner pisał o tym w kontekście rytuałów przejścia - ważna jest struktura i funkcja, nie samoświadomość uczestnika. Ale w tradycjach magicznych to jednak inaczej - intencja jest konstytutywna.
A może ten brak pewności jest wbudowany w całą praktykę magiczną i trzeba to po prostu przyjąć? Bo jak czytam tę rozmowę, to mam wrażenie, że szukamy jakiegoś dowodu, który nie istnieje i chyba nigdy nie będzie.
Zastanawiam się, co w takim razie z rytuałami, które ktoś napisał dla kogoś innego, ale ta osoba ich nie wykonała. Czy tu jest jakaś różnica? Bo to jeszcze bardziej oderwane od wykonania.
Zapis dla kogoś innego, kto nie skorzystał - tu się zatrzymuję, bo to naprawdę inna sytuacja. Piszący miał intencję, ale nie był podmiotem wykonania. W magii ceremonialnej powiedzieliby chyba, że taki zapis jest jak otwarta brama, do której klucz ma ktoś inny. Ale skoro ten ktoś nie wszedł, to brama stoi. Co się z nią dzieje?
Właściwie to mój plik jest tylko plikiem. Żadnego druku, żadnego papieru. Czy to w ogóle zmienia postać rzeczy w porównaniu do zapisu odręcznego? Zastanawiam się, czy forma nośnika ma znaczenie, czy to tylko moje uprzedzenie wobec ekranu.
ja kiedyś celowo przepisałam coś z komputera ręcznie, bo czułam, że inaczej to "nie działa". Trudno mi powiedzieć, czy to był racjonalny wybór, czy tylko przyzwyczajenie do pewnego rodzaju fizyczności. Ale coś w tym jest - pisanie ręką angażuje inaczej, wolniej, bardziej uważnie. Choć pewnie ktoś powie, że to tylko psychologia.
Szczerze, to chyba przez samo pisanie. Kiedy formułuję coś jako rytuał - z konkretną strukturą, z określonym celem - to już w trakcie pisania widzę ten cel inaczej. Nie jestem pewny, czy to efekt rytuału, czy efekt precyzowania języka. Ale jedno i drugie się nałożyło.
Ja chyba zbyt długo patrzyłam na to przez pryzmat "czy zadziałało" i mało myślałam o tym, co się dzieje w trakcie pisania. Mój zapis z trudnego czasu naprawdę coś porządkował. Może to i jest ten rytuał - samo porządkowanie, niekoniecznie wynik.
Jak to czuję - nie czuję, żeby był wykonany. Jest w nim coś niedokończonego. Może właśnie dlatego do niego wracam. Gdyby pisanie było wystarczające, to chyba bym po prostu o nim zapomniał. A tymczasem on nadal czeka na coś, czego nie potrafię nazwać.
To "bałam się zajrzeć" jest mówi więcej niż jakakolwiek analiza aktualności. Jak się boisz do czegoś wrócić, to znaczy, że to coś jeszcze żyje - albo że Ty wokół tego żyjesz. Obydwa przypadki są ciekawe.
Ulga to za mało. Przynajmniej w moim przypadku. Pisałem go w bardzo konkretnym kontekście i ulga byłaby za mała odpowiedzią na to, czego wtedy szukałem. Chciałem czegoś więcej niż odpuszczenia napięcia - chciałem zmiany stanu, nie tylko zmiany samopoczucia na chwilę.
A jak rozróżniacie "jeszcze nie" od "nie trzeba iść dalej"? Bo mam kilka zapisów i szczerze nie wiem, do której kategorii należą. Jedno i drugie wygląda tak samo z zewnątrz.
Tylko jak to sprawdzić bez projekcji? Bo jak wracam do dawnego zapisu, to nigdy nie wiem, czy czuję napięcie, bo intencja żyje - czy dlatego, że właśnie ją przeczytałam i siłą rzeczy coś uruchomiłam. Kontakt z zapisem zmienia stan obserwacji.
No i wracamy do meritum. Mój rytuał istnieje właśnie w tym zawieszeniu - i nie wiem, czy ono ma wartość samo w sobie, czy jest tylko stanem przejściowym, który po prostu trwa za długo. Może zawieszenie też jest formą praktyki, tylko niezamierzoną.
okej, zajrzałam. I czuję, że to nadal moje, ale jakbym patrzyła na siebie sprzed paru lat przez szybę. Trochę nieswojo. Nie wiem czy to oznacza że mam przepisac czy po prostu... zamknąć jakoś?
