Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, czy to co robię rano przed włączeniem komputera w biurze to jeszcze mój świadomy wybór, czy już tylko bezrefleksyjny nawyk. Mam taki rytuał: kawa, chwila ciszy, krótkie przejrzenie notatek z dnia poprzedniego, zanim wejdę w jakiekolwiek maile. Z początku to miało sens - dawało mi poczucie, że wchodzę w dzień na własnych warunkach. Ale ostatnio łapię się na tym, że robię to mechanicznie, bez żadnego skupienia. I zaczęłam się pytać, gdzie jest ta granica między rytuałem a przyzwyczajeniem. Bo chyba nie są tym samym, prawda? Rytuał zakłada jakieś intencjonalne wejście w stan - a jeśli tego nie ma, to zostaje nam tylko sekwencja czynności.
To jest dokładnie to pytanie, które sam sobie zadaję od dłuższego czasu. Prowadzę notatki z różnych praktyk i widzę wyraźnie, kiedy coś przestało "działać" - i prawie zawsze pokrywa się to z momentem, kiedy przestałem w to aktywnie wchodzić. Robiłem, bo był czas, bo taka pora, bo tak zawsze. Ale mam wrażenie, że rytuał biurowy to szczególny przypadek, bo środowisko totalnie nie sprzyja żadnemu skupieniu. Jak ty w ogóle chronisz tę przestrzeń przed tym, że ktoś zaraz podejdzie, telefon zadzwoni, teams mrugnie?
To co opisujesz - ta automatyzacja - to jest chyba jeden z bardziej niedocenianych problemów w pracy z rytuałem. W tradycjach, gdzie rytuały były naprawdę żywe, funkcjonowały mechanizmy, które wymuszały odświeżenie. W roku były okresy, kiedy dany rytuał był zawieszony, potem wracał z nową siłą. W biurze nie masz takiego rytmu narzuconego z zewnątrz, więc sami musicie go sobie tworzyć. I większość ludzi tego nie robi, bo nie wpadają na to, że rytuał może się zużyć.
A czy to nie jest tak, że jeśli rytuał przestał dawać efekty, to znaczy że po prostu nie był od początku odpowiednio skonstruowany? Pytam serio, bo mam wrażenie, że dużo ludzi po prostu kopiuje cudze praktyki bez dostosowania do siebie i potem się dziwi, że nie działa.
Hej, może głupie pytanie, ale co to w ogóle znaczy, że rytuał "działa" w kontekście pracy biurowej? Bo jak ktoś mówi, że rytuał przestał działać to co konkretnie przestaje się dziać? Pytam bo kompletnie nie wiem jak to mierzyć.
To "odhaczanie" to świetna obserwacja. Sama łapię się na tym przy porannym rozkładaniu kart - jak robię to zbyt szybko, bez zatrzymania się na obraz, to potem przez pół dnia mam wrażenie, że coś pominęłam. Jakby ciało wiedziało, że forma była, ale treści nie było. Przy biurowych rzeczach podejrzewam, że jest podobnie, tyle że tam łatwiej to zracjonalizować jako "jestem zajęta".
Mam wrażenie że to jest bardziej sprawa rytmu dobowego niż samego rytuału. Jak jestem na zmianie rannej to te rane rzeczy mają sens, ale jak mam spotkania od 8 to nawet nie ma kiedy. Wtedy wszystko odpada i paradoksalnie w takie dni czuję się bardziej rozproszony przez cały dzień. Choc może to koincydencja, nie mam dowodu żeby to był związek.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że mówicie o czymś co jest bardzo bliskie temu co czytałam o progach i przejściach w kontekście miejsc nawiedzonych - to znaczy, że pewne miejsca i chwile mają swoją "błonę", granicę między stanami. Biurowy rytuał to chyba właśnie próba świadomego przekroczenia takiej błony zamiast wpadania przez nią przypadkowo. Czy to ma sens czy za bardzo odbiegam?
Ma sens jako metafora, ale bym uważał żeby nie mieszać tych porządków. Progi i przejścia w tradycjach inicjacyjnych mają swoją własną logikę, tam chodzi o trwałą zmianę stanu. Biurowy rytuał to raczej codzienna kalibracja. Oba są wartościowe, ale działają inaczej i mylenie ich prowadzi do frustracji, bo oczekujesz od codziennej praktyki czegoś, co wymaga innego rodzaju pracy.
To jest inna diagnoza niż zużycie. Zużycie czujesz jako nudę, mechaniczność. Niezgodność formy z tobą czujesz jako opór - jakbyś miał wkładać buty, które są dobre, ale nie na twoją stopę. Znam to z własnego doświadczenia. Przez dłuższy czas trzymałem się praktyk, które zrobiły coś konkretnego na pewnym etapie mojego życia, ale potem działały jak ciasny garnitur. Forma była poprawna, intencja obecna, ale coś nie grało. I to "coś" to było to, że ja już byłem gdzie indziej.
A jak długo trzymałeś się tego zanim to zmienisz? Pytam bo sam mam podobne odczucie z jedną praktyką i nie wiem czy to chwilowy dołek czy rzeczywiście znak żeby pójść dalej.
Mnie w tej rozmowie zastanawia jedno - czy w środowisku biurowym w ogóle możliwe jest żeby rytuał był czymś więcej niż psychologicznym zakotwiczeniem? To znaczy, nie umniejszam psychologicznego wymiaru, ale na tym forum pewnie nie o samą psychologię chodzi. Czy ktoś ma poczucie, że biurowa praktyka dotyka czegoś głębszego, czy to zawsze zostaje na poziomie zarządzania własnym stanem?
Przepraszam że się wtrącam ale powiem szczerze - ta rozmowa jest interesująca ale trochę za bardzo filozoficzna jak na mój gust. Ja mam bardzo konkretny problem: robię rano tę samą sekwencję od kilku miesięcy i przez ostatnie tygodnie nie czuję zupełnie nic. Ani skupienia, ani niczego. I nie wiem czy to ja jestem zmęczona, czy to sezon, czy coś trzeba zmienić. Ktoś miał tak że to samo co działało nagle przestało i wiecie skąd to było?
To jest ciekawy wątek i trochę mnie dotyczy. Wróćmy może na chwilę do kontekstu biurowego, bo o tym rozmawiamy - u mnie ten problem braku żywości pojawia się konkretnie przy wejściu do open space. Robiłam taki krótki moment zatrzymania przy drzwiach, prawie niewidoczny dla innych. Przestał działać. Ale zastanawiam się czy problem jest w formie czy w tym, że samo wejście do biura przestało być dla mnie tym samym progiem.
Masz na myśli że zmienił się sens tego miejsca dla ciebie? Bo to by tłumaczyło dużo. Rytuał przy wejściu ma sens jeśli to wejście jest rzeczywiście przejściem. Jeśli praca zaczeła wchodzić w dom przez Teams, telefon, wieczorne maile, to ten próg przestaje być granicą.
Ja mam taki kubek akurat 🙂 serio, zawsze ten sam, przed pracą go robię w konkretny sposób i to jest mój sygnał. Nie myślałem o tym jako o rytuale ale chyba jest. Tylko że teraz myślę czy to nie jest zbyt proste żeby cokolwiek "robić".
Hm, ale jak w takim razie w ogóle rozwijać praktykę jeśli nie możemy jej analizować? To trochę bez sensu - z jednej strony trzeba wiedzieć co się robi, z drugiej nie można się nad tym za bardzo zastanawiać. Jak to pogodzić?
I właśnie tu pasowałoby to co pisałam wcześniej o sygnale sensorycznym. Jeśli skupienie jest celem, to może jakiś konkretny zapach albo sekwencja oddechów zanim otworzysz laptopa? Coś co zawsze znaczy "zaczyna się czas pracy" bez względu na to gdzie jesteś?
A czy to w ogóle ma znaczenie jak to nazwiemy jeśli skutek jest ten sam? Trochę gubię się w tej rozmowie o granicach między rytuałem, nawykiem i techniką.
Słucham tej dyskusji i zastanawia mnie jedno: czy ktoś z was miał sytuację że rytuał który przestał działać, wrócił po jakimś czasie bez zmian w formie? Pytam bo w kontekście miejsc sakralnych znam przypadki gdzie odwiedziny po długiej przerwie "resetowały" relację z miejscem i praktyką. Ciekawi mnie czy coś podobnego działa przy rytuałach związanych z codziennością.
W notatkach z zeszłego roku mam coś co może być pomocne w tym rozróżnieniu - pisałem wtedy o tym że kiedy rytuał traci aktualność, to pierwsze co znika to nie chęć wykonania, ale chęć przygotowania. Przestajesz myśleć o tym dzień wcześniej, przestaje ci zależeć na warunkach. Kiedy to tylko zmęczenie formą, nadal zależy ci na tym żeby było "dobrze", tylko konkretny sposób zaczyna uwierać.
Tak i właśnie dlatego moje rytuały biurowe są bardzo małe i niewidoczne. Żaden z nich nie wygląda jak cokolwiek. Trzy oddechy przed otwarciem skrzynki mailowej - wygląda że po prostu patrzę w ekran. Przestawienie kubka - wygląda że po prostu kładę kubek. To chyba jedyna strategia która działa długoterminowo w tym środowisku.
Mi to sie zdazalo przypadkowo. Przed jednymi zebraniami mialem taki nawyk ze zanim wszedłem do sali to patrzyłem przez chwile przez okno na zewnątrz. Zaczęło sie od tego ze po prostu wolalem wejsc ostatni, ale z czasem to patrzenie stało sie dla mnie czymś w rodzaju resetowania. Nie wiem czy to rytuał ale robiłem to konsekwentnie przez kilka miesięcy i faktycznie po tym byłem inaczej nastawiony na spotkanie.
Obojętność jako sygnał to dobry trop, ale ostrożnie z interpretacją. W tradycjach kontemplacyjnych jest pojęcie acedii - coś w rodzaju duchowej apatii, która nie oznacza że praktyka straciła sens, tylko że wchodzi w głębszą fazę. Mnisi średniowieczni pisali o tym sporo, Ewagriusz z Pontu zostawił szczegółowe opisy. Obojętność przy praktyce może być kryzysem jej sensu, ale może też być etapem w którym praktyka przestaje wymagać emocjonalnego zaangażowania i staje się bardziej ugruntowana. Jak to od siebie odróżnić?
