Mam ostatnio taki dość konkretny problem z samym sobą i chciałem to gdzieś wyrzucić, bo zaczyna mi to chodzić po głowie. Robię rytuały od dłuższego czasu, różne, nie będę teraz wchodzić w szczegóły, ale zauważyłem pewien schemat - siadam do roboty, kiedy coś mnie uwiera. Nie w sensie, że szukam rozwiązania w magii, tylko... po prostu zamiast usiąść i pomyśleć, co mnie tak naprawdę boli, to zaczynam układać ołtarz, palę coś, skupiam się na detalach. I przez godzinę, dwie jest ok. Potem wróci to samo. ojej no, zastanawiam się, czy to mechanizm obronny jak każdy inny, czy może coś specyficznie złego w samej praktyce. Czy ktoś wpadł kiedyś na to u siebie?
To bardzo dobre pytanie tak naprawdę, bo ja też to czuję, ale zawsze to racjonalizowałam jako "skupianie energii". Jak rytuał, to coś robisz, a nie siedzisz z problemem. Ale teraz jak to piszesz, to zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest dokładnie to samo, co wyjście pobiegać albo sprzątnięcie kuchni na sto błysków, kiedy się trzeba z kimś poważnie porozmawiać.
Coś w tym jest. Ale czy to automatycznie złe? Mam na myśli, że bieganie zamiast rozmowy też może być czasem ok, daje czas, żeby ochłonąć. Rytuał może robić to samo. Pytanie chyba brzmi - czy po nim wracasz do problemu, czy on tylko przesuwa konfrontację w nieskończoność?
Słuchajcie, jest taki termin w psychologii, "magical thinking", i to nie jest koniecznie coś złego, ale w pewnych okolicznościach może właśnie działać jak zawór bezpieczeństwa, który nigdy nie daje kotłowi wystygnąć. Tzn. napięcie spada na chwilę, ale źródło zostaje. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale to co opisujesz, to brzmi trochę jak to. czy ten problem, który odpychasz, pojawia się po rytuałach częściej niż przed?
Przepraszam, że wchodzę z zupełnie boku, bo ja się na rytuałach nie znam, ale to co opisujecie brzmi dla mnie jak zwykłe prokrastynowanie, tyle że z ładniejszą oprawą. Nie mówię tego złośliwie. Serio. Czy wy sami, robąic te rytuały, macie poczucie, że to jest coś więcej niż właśnie taka przerwa?
A jak w ogóle sprawdzić, że rytuał robi cokolwiek pożytecznego, a nie tylko tę chwilową ulgę? Bo ja ostatnio robię medytacje i afirmacje i też nie wiem, czy to zmienia coś na dłużej, czy po prostu dobrze się z tym czuję chwilowo.
To co pisze Naparstnica jest ważne mnie kiedyś mocno uderzyło, jak sobie porównałam notatki sprzed kilku miesięcy z tym, co pisałam do rytuałów. Intencje były identyczne. Słowo w słowo prawie. I to był dla mnie dzwonek alarmowy, że gdzieś utknęłam i rytuał stał się pętlą, nie drogą.
Notatki, prowadzę dziennik od dość dawna. I właśnie dlatego to wyłapałam, bo jak czytasz ciągiem, to widzisz wzorzec. Jak robisz po jednym, to każdy wydaje się inny.
Hm, ale ja mam pytanie do samego tematu, bo troche mnie niepokoi to założenie wyjściowe. Że rytuał może być ucieczką - ok, może. Ale czy każde coś, co przynosi ulgę od trudnych emocji musi być ucieczką? Spacer też przynosi ulgę. Rozmowa z przyjacielem też. Nie każde uspokojenie jest unikaniem.
Czytam to i zastanawiam się nad sobą, bo mam zupełnie inne podejście do tego. Jak mi jest źle, to zaczynam się uczyć nowych run, nowych układów, zagłębiam się w teorię. I zawsze myślałam, że to jest rozwijanie się. Ale czy to nie jest to samo, o czym mówi autor tego wątku? Robię coś "pożytecznego" zamiast spojrzeć, co jest nie tak.
O rany, to jest dokładnie to, co ja robię z afirmacjami. Coś idzie nie tak i siadam do afirmacji zamiast zadzwonić do osoby, z którą mam problem. I potem mi lepiej przez chwilę, i mówię sobie, że "przetworzyłam". A na drugi dzień znowu to samo. Nie wiedziałam, że to może być właśnie to.
Przy tej rozmowie przychodzi mi do głowy coś z psychologii procesu, to co Arnold Mindell nazywał "secondary processes" - czyli te aspekty siebie, które są zbyt niewygodne, żeby je dopuścić do świadomości, i które dajemy sobie ujście przez działanie, które wydaje się konstruktywne. Rytuał, nauka, sprzątanie - wszystko może pełnić tę funkcję. Ale też każde z nich może być prawdziwą pracą. Granica jest płynna i naprawdę indywidualna.
Może brzmi to banalnie, ale jedyne co mi działa jako test, to zadać sobie pytanie przed rytuałem: co by się stało, gdybym zamiast tego usiadła i nic nie robiła przez pół godziny, tylko myślała o tym, co mnie trapi. I sprawdzić, jak na to pytanie reaguję. Jeśli pojawia się ulga na myśl o rytuałach, relief, że "mam z tego wyjście" - to może być właśnie ten sygnał.
To co mówi Wiktor ma sens, ale to nie jest tak proste. Dyskomfort w ciszy może być naprawdę lękiem przed pustką, może być wyuczonym nawykiem umysłu, który zawsze musi coś przetwarzać, allbo może być sygnałem, że tam jest coś konkretnego, od czego uciekamy. jak to odróżnić na bieżąco, na gorąco, bo nie zawsze jest czas na analizę?
Właśnie to jest to, o czym myślałam, ale nie powiedziałam wprost. Ten test z pytaniem "co by było gdybym nic nie robiła" to nie jest pewnik, to jest tylko sygnał. Jeśli sama odpowiedź "nic nie robię" wywołuje panikę, to już mówi coś o tym, co się próbuje pominąć.
Myślę, że tu jest ważna sprawa intencji. Kiedy wchodzisz w rytuał, musisz wiedzieć dlaczego. Jak intencja jest jasna i ugruntowana, to rytuał pracuje na twoją korzyść i nie staje się ucieczką. Wystarczy przed każdym rytuałem napisać jedną linijkę, co chcesz osiągnąć i wtedy nie można się zgubić.
Właśnie bo chyba mięszamy dwie rzeczy. jedno to: rytuał zamiast działania. Drugie to: rytuał jako część procesu, który obejmuje też działanie. I to drugie chyba nie jest ucieczką, nawet jeśli przy okazji przynosi ulgę od lęku.
Ja mam pytanie może trochę z boku, ale mnie się nasuwa. Czy ktoś z was w ogole próbował nie robić rytuału przez jakis czas celowo i sprawdzić co się dzieje? Bo to by chyba dało odpowiedź, przynajmniej częściową, czy to jest praca, czy naywk, czy ucieczka.
no dobra, sam próbowałem raz, nie z wyboru, po prostu się posypało kilka rzeczy jednocześnie i nie miałem czasu ani głowy. I co ciekawe, ten brak rytuału dał mi więcej informacji o sobie niż rok regularnej praktyki. Nie dlatego, że było lepiej, tylko dlatego, że było inaczej i zacząłem widziec, co rytuał w rzeczywistości tłumił.
Serio? I co tłumił? Możesz powiedzieć coś więcej, bo to jest bardzo konkretna rzecz, a tu mamy głównie teorię.
To co opisuje Sigilnik jest bardzo bliskie temu co w terapii schematu nazywa się "trybami radzenia sobie". Rytuał może wchodzić w rolę mechanizmu regulacji emocji, który redukuje napięcie, ale nie dotyka schematu, który to napięcie generuje. I to nie jest zarzut wobec rytuałów, to jest po prostu opis mechanizmu, który może działać niepostrzeżenie przez lata.
Mam takie skojarzenie, nie wiem czy trafne. Moja babcia chodziła do kościoła codziennie rano i wszyscy uważali, że to dewocja. Ale po śmierci dziadka to było jedyne miejsce, gdzie się zatrzymywała, i po kilku latach wróciła do życia. no ale, czy to była ucieczka? technicznie tak. Ale jakoś wyszło.
Ale czy wy w ogóle zakładacie, że każdy człowiek powinien "konfrontować" swoje problemy? Bo ja widzę w tej rozmowie taike ciche założenie, że terapeutyczna konfrontacja z rzeczywistością jest jedyną słuszną drogą. a co jeśli ktoś nie jest w stanie tego zrobić i rytuał jest tym, co utrzymuje go w funkcjonowaniu?
Słuchajcie, wchodzę w ten wątek trochę z boku, bo nie jestem z tej działki rytuałów, ale mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół czegoś, co psychologowie nazywają unikowym radzeniem sobie. I tam jest taki podział na dwa mechanizmy: jeden, gdzie unikasz problemu, i drugi, gdzie szukasz wsparcia emocjonalnego. Rytuał może być tym drugim, nie unikaniem, tylko regulacją. Czy wy w ogóle to rozróżniacie?
Mnie w tej rozmowie uderza jedno. Rozmawiamy o rytuałach jakby były czymś odrębnym od życia, jakimś osobnym pokojem, do którego się wchodzi i wychodzi. A dla mnie to nigdy tak nie działało. To raczej zmiana trybu myślenia niż wejście w inną przestrzeń 🙁 o matko, i może właśnie dlatego trudno ocenić, czy to ucieczka, bo granica nie jest wyraźna.
To jest bardzo trafne pytanie diagnostyczne. W terapii schematu byłoby to pytanie o to, czy mechanizm reguluje napięcie tak, żeby można było wrócić do pracy z jego źródłem, czy reguluje je tak dokładnie, że źródło staje się niewidoczne. I to drugie daje złudzenie zdrowia.
Mam pytanie do Sigilnika, bo on chyba najlepiej zna ten temat od środka. Mówił wcześniej, że przerwa w rytuałach dała mu więcej informacji niż rok praktyki. Ale co potem? Wrócił do tych rytuałów tak samo, inaczej, czy coś porzucił?
