Mam taki problem od dawna i nigdy nie widziałem żeby ktoś o tym wprost pisał. Wiekszość instrukcji do rytuałów, medytacji, pracy z czakrami zaczyna się od "wyobraź sobie złote światło" albo "zwizualizuj energię płynącą przez ciało". No i co mam powiedzieć - u mnie tam po prostu nic nie ma. Ciemno. Żadnego obrazu, żadnej barwy, nic. Przez długi czas myślałem, że po prostu robię coś źle albo jestem w jakiś sposób "upośledzony" w tej sprawy. Potem trafiłem na informację, że to się nazywa afantazja - brak zdolności do tworzenia mentalnych obrazów - i że dotyczy gdzieś między 2 a 4 procentami ludzi, choć niektóre badania mówią nawet o 10%. Więc pytanie do tych którzy też tak mają albo pracowali z kimś takim: jak w ogóle podchodzić do rytuałów kiedy wizualizacja jest poza zasięgiem?
To jest naprawdę ważne pytanie, bo rzeczywiście cała tradycja hermetyczna, wiele systemów pracy z energią i tak dalej - wszystko opiera się na założeniu, że człowiek może sobie coś "zobaczyć" wewnętrznie. A to po prostu nie jest prawda dla wszystkich. Sama miałam pacjentkę, hmm, no osobę z którą pracowałam, która miała dokładnie ten problem. Zaczęłam się wtedy zastanawiać czy w ogóle da się obejść wizualizację. I wiesz co - da się, ale to wymaga zupełnie innego podejścia do tego czym w ogóle jest rytuał.
Afantazja to jedno, ale trzeba też rozróżnić stopnie. Są osoby które nie mają obrazów wzrokowych, ale mają bardzo silne doznania słóchowe, dotykowe, albo proprioceptywne - czyli czucie ciała w przestrzeni. Neurolog Adam Zeman, który spopularyzował sam termin afantazja, zwracał uwagę że wyobraźnia to nie tylko obraz. dla praktyki rytualnej to jest wręcz otwierające, bo zmósza do pracy z innymi kanałami. Pytanie do autora tematu - czy masz jakieś silniejsze zmysły wewnętrzne, coś co "działa"? Dźwięk, odczucie w ciele, może jakieś wewnętrzne wiedzenie bez obrazu?
To na pewno się liczy, moim zdaniem nawet mocniej niż wizualizacja w wielu przypadkach. Jak pracuję z czakrami, to nie "widzę" kół energii - czuję je jako miejsca napięcia, ciepła, pulsowania albo pustki. I to jest dla mnie bardziej konkretne niż jakikolwiek obraz. Wizualizacja bywa tak naprawdę dość abstrakcyjna - co to znaczy "wyobrażam sobie złote światło"? Czy to nie jest trochę wymyślona konwencja? Natomiast odczucie w ciele jest fizyczne, sprawdzalne, powtarzalne.
no i Hej, ale tu mam pytanie bo trszkę sceptycznie do tego podchodzę - skoro czujesz "pulsowanie w czakrze", to skąd wiesz że to jest czakra a nie po prostu napięcie mięśniowe albo coś fizjologicznego? Mówię serio nie złośliwie, bo mnie to interesuje. Jak się to rozróżnia?
Wchodzę w ten wątek bo mam notatki z kilku różnych metod które testowałam właśnie z powodu podobnego problemu co autor tematu. Nie jestem stuprocentową afantazją, ale moja wyobraźnia wzrokowa jest bardzo słaba i niestabilna - obrazy pojawiają się na chwilę i znikają, nie potrafię ich utrzymać. Próbowałam trzech różnych podejść zamiast klasycznej wizualizacji. Po pierwsze - praca z zapachem i dotykiem jako kotwicami. po drugie - narracja słowna zamiast obrazu, tzn. opisuję sobie głośno lub w myślach co się "dzieje" zamiast tego widzieć. Po trzecie - ruch fizyczny jako forma rytuału, gdzie ciało robi to co "wyobraźnia wzrokowa miałaby robić". Każde z tych podejść działa inaczej i dla różnych typów rytuałów sprawdza się różne.
W tarocie jest podobny problem z niektórymi osobami - przychodzą, chcą się nauczyć czytać karty, i mówią że nic do nich "nie przemawia" wzrokowo z obrazków. I tutaj też się okazuje że dla takich osób lepiej działa skupienie się na tym co karta wywołuje w ciele - napięcie, spokój, odpychanie - albo na pierwszym słowie które się nasuwa. To jest właściwie całkowite ominięcie wizualnego kanału. Działa, sprawdzone.
Różnie. Najprostszy przykład - zamiast wyobrażać sobie że otaczam się ochronną energią po prostu wstaję i powoli okrążam przestrzeń fizycznie, z rękami wyciągniętymi. Ciało rejestruje granicę. To samo co rysujesz w wyobraźni - okrąg ochronny - tu rysuje się stopami i rękoma w przestrzeni. Inny przykład to praca z oddechem jako ruchem - każdy wdech to przyjmowanie, każdy wydech to odpuszczanie, i skupiasz się na fizycznym ruchu klatki piersiowej, nie na żadnym obrazie. To nie jest metafora, to jest ćwiczenie.
No tak, ale Starhawk pisała dla wiccan i tam rytuał jest zbiorowy, jest tańcem, jest śpiewem - to zupełnie inny kontekst niż samotna praca rytualna. Nie wiem czy można to tak bezpośrednio przekładać. Jak robisz rytuał sam w domu, to już nie masz tańca w kręgu, grupy która buduje energię razem.
Dorzucę coś z innej strony - w tradycjach słowiańskich i w ogóle w ludowej magii słowiańskiej (i nie tylko słowiańskiej, bo podobnie jest w tradycji celtyckich zamawiań) rytuał nigdy nie opierał się na wizualizacji. Opierał się na słowie, geście, przedmiocie i intencji. Zamawiania były mówione, śpiewane, szeptane. Przedmioty miały konkretny ciężar i zapach. To jest bardzo stara warstwa pracy rytualnej, dużo starsza niż hermetyczne tradycje wizualizacji.
A co z rytuałami opartymi na astrologii - jak planety, godziny dni tygodnia? Bo ja często buduję rytuały wokół momentów astrologicznych i tam też nie ma typowej wizualizacji - jest raczej intencja osadzona w czasie i symbolice. Morze dla kogoś bez wyobraźni wzrokowej praca z czasem i symbolem jest właśnie czymś co może zastąpić obraz?
Zazwyczaj buduję go wokół konkretnego momentu - płnia, nów, wejście planety w znak - i wtedy cały rytuał jest działaniem w tym oknie czasowym. Zapalenie świecy o konkretnej barwie, wypowiedzenie intencji głośno, może napisanie jej na papierze. Żadnych obrazów. Symbol jest zewnętrzny - kolor, przedmiot, zapis - nie wewnętrzny. I o dziwo to jest dla mnie bardziej konkretne niż wizualizacja, bo widzę ten przedmiot naprawdę, nie wyobrażam go sobie.
Podglądam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie, bo jestem mocno sceptyczna wobec całej tej strony. Znaczy - wszystko co tutaj opisujecie to w gruncie rzeczy różne sposoby na zaangażowanie się w rytuał bez wizualizacji. Ale czy ktoś z was zadał sobie pytanie czy wizualizacja w ogóle jest do czegokolwiek potrzebna? Że to może być po prostu jeden z wielu języków, a nie warunek konieczny?
Mam wrażenie że w tym wątku cały czas krążymy wokół jednej rzeczy - jakim kanałem wejść do stanu który pozwala na efektywną pracę rytualną. I te kanały to rzeczywiście wzrok, słuch, dotyk, propriocepcja, czas, symbol. Ale nikt jeszcze nie wspomniał o jednym - o zapachu. Zapach działa zupełnie inaczej niż inne zmysły neurologicznie - idzie inną ścieżką, bezpośrednio do układu limbicznego, bez przystanku w korze. Dla osób bez wyobraźni wzrokowej zapach jako kotwica może być wyjątkowo skuteczny.
Dokładnie. Konkretny zapach przypisany do konkretnego rytuału lub intencji - to jest zamiast obrazu. Jeśli za każdym razem gdy pracujesz z ochroną używasz tego samego kadzidła, mózg zaczyna łączyć ten zapach ze stanem. I w pewnym momencie samo wąchanie tego aromatu wprowadza w odpowiedni tryb bez żadnego wyobrażenia czegokolwiek. To nie jest magia, to dosłownie warunkowanie - ale rytuał to w jakimś sensie zawsze warunkowanie.
Zapach w tarocie też działa o ile to w ogóle można tak powiedzieć. Mam kilka klientek które mają problem ze skupieniem, i kiedy zaczynam sesję od konkretnego kadzidła, to wyraźnie widać że się przestrajają. Ale wróćmy do pytania Trzygłowa z początku - bo mam wrażenie że zebraliśmy tu całkiem dużo różnych dróg, ale ciekawa jestem jak ty sam, jako autor tematu, po tej rozmowie widzisz swój problem. co z tego co tu padło ma dla ciebie sens?
To ważna sprawa i sama z tym walczyłam. Nie ma jednej odpowiedzi, ale z mojego doświadczenia - cokolwiek nowego, to minimum kilka tygodni regularnej praktyki zanim w ogóle możesz oceniać. Pierwsze próby zawsze są niezgrabne, ciało i umysł muszą się nauczyć języka który im dajeesz. Jeśli po trzech próbach rezygnujesz, to naprawdę za mało.
Przepraszam że wchodzę tu z boku ale to pytanie o porzucanie metod mnie uderzyło, bo ja mam dokładnie ten sam problem. szybko zniechęcam się jeśli coś "nie czuć". Ale właśnie - co to znaczy "czuć że działa"? Bo może ja nie wiem czego szukać i dlatego rezygnuję?
Czytam ten wątek od początku i właściwie to przyszedłem tu z podobnym problemem co Trzygłow. Tylko że mój jest trochę inny - nie tyle brak wyobraźni wzrokowej, co kompletna niemożność wyciszenia głowy. jak siadam do rytuału, to zamiast intencji mam w głowie listę zakupow. Czy to jest osobny problem, czy te wszystkie metody które tu opisujecie działają też na to?
Właściwie myślę że trzeba to gdzieś spiąć. Wyszło z tej rozmowy kilka rzeczy które warto zapamiętać - może nie jako gotowe recepty ale jako kierunki do sprawdzenia. Propriocepcja zamiast obrazu, narracja słowna, ruch fizyczny, zapach jako kotwica, czas i symbol jako ramy. I to że "nie działa" może znaczyć że szukam złego sygnału. dużo mi to dało, serio. Choć dalej nie wiem do końca jak to złożyć w całość - może to zresztą do samodzielnego sprawdzenia.
Dobra, ale Trzygłow napisał "warto zapamiętać" i ja to rozumem jako próbę podsumowania, tylko że mi się wydaje że my ciągle gadamy o tym jak wejść w stan, a nie o tym co z nim zrobić jak już jesteś w środku. Może to i nieważne na tym etapie, ale mam wrażenie że dla mnie ten środkowy fragment rytuału - ta przestrzeń kiedy już jesteś skupiony - jest zupełnie niejasna. co tam właściwie robisz jeśli nie wizualizujesz?
Ten gest graniczny to jest coś o czym mało się mówi, a działa na wielu poziomach 😀 Myję ręce przed każdą pracą i to jest właśnie to - konkretna czynność która mówi ciału i głowie "teraz jest inaczej". Nie dlatego że rece są brudne, tylko dlatego że to rytuał przejścia. Podobnie z zapalaniem świecy - nie jako oświetlenie, tylko jako znacznik początku.
Nie jestem przekonana do tej drugiej opcji jako domyślnej. Znam osoby które od lat robią te same rzeczy mechanicznie i tłumaczą sobie że to "normalizacja", podczas gdy tak naprawdę od dawna są nieobecne w tym co robią. Myślę że uczciwa weryfikacja to jednak pytanie: czy po tym czujesz się inaczej niż przed? Nie dramatycznie inaczej, ale jakoś. Jeśli naprawdę nie ma żadnej różnicy, to może faktycznie coś wymaga odświeżenia.
To co mówi Trzygłow to jest właściwie integracja - znana dobrze w pracy z psychedelikami ale w rytualistyce mówi się o tym dużo rzadziej. Ta przestrzeń między zakończeniem a "normalnym" trybem to jest czas kiedy to co zrobiłeś może się "osadzić". Wyskoczenie z tego momentu od razu to jak wstanie z medytacji po 2 sekundach.
Wróciłam bo ta rozmowa poszła w ciekawe miejsce. Wciąż jestem sceptyczna co do mechanizmów, ale to co tutaj opisujecie - kotwice zapachowe, gest graniczny, cisza po - to jest naprawdę spójna psychologia uwagi. Bez żadnej magii. I to mnie zastanawia: czy dla efektu ma znaczenie czy ktoś wierzy w metafizyczny wymiar rytuału, czy wystarczy że traktuje go jako celową praktykę psychologiczną?
A wracając do tego skąd zaczął Trzygłow - pytanie o wizualizację i jej brak. Mam wrażenie że przez całą tę rozmowę wyszło że alternatyw jest naprawdę sporo i każda z nich angażuje inny zmysł lub mechanizm. Ale jest jedna rzecz której jeszcze nie nazwałyśmy wprost: budowanie rytuału od własnych wrażeń zamiast odtwarzania cudzej instrukcji. Może dla osób bez obrazu to jest w ogóle ważniejsze niż dla innych - trzeba po prostu zacząć od "co ja faktycznie czuję" a nie "co powinienem czuć".
Właśnie. I tu jest ten problem że większość materiałów - kursy, książki, YouTube - jest pisana przez osoby dla których wizualizacja jest naturalna, i oni po prostu zakładają że tak jest u wszystkich. Sama to czułam przez długi czas zanim zrozumiałam że moje "złe wykonanie" to po prostu inne wykonanie. Trzygłow, nie wiem czy to ci pomoże, ale to co opisujesz - że zapcah zmieniaa jakość uwagi - to jest bardzo konkretny, działający punkt wejścia. Nie "gorszy zamiennik", po prostu inny.
