Mam pytanie do Rasphula - czy w tych praktykach liminalnych o których wspominałeś był jakiś element który pomagał określić kiedy ta faza się kończy? Czy to było coś co się po prostu czuło, czy były jakieś znaki? Bo jak się jest w środku tego to trudno zobaczyć kiedy jest wyjście.
Właściwie weszłam tu przypadkiem bo szukałam czegoś innego, ale ta rozmowa jest dla mnie bardzo ważna z zupełnie osobistego powodu. Nie będę pisać szczegółów, ale to co zostało powiedziane o fazie środkowej, o tym że zawieszenie bez formy jest nie do wytrzymania - to jest coś co będę pamiętać. Dziękuję za tę rozmowę.
Mam suszone, więc zostanę przy tym. I dziękuję za ten wątek w ogóle - nie spodziewałam się że zamiast odpowiedzi czy można czy nie można, dostanę coś zupełnie innego. Coś co ma sens. Zacznę od tej kąpieli i zobaczymy co będzie dalej.
To jest akurat dobre pytanie, bo wiele osób wchodzi w rytuał bez żadnego punktu odniesienia i potem nie wie jak ocenić czy cokolwiek się wydarzyło :/ Nie chodzi o oczekiwanie konkretnego rezultatu - to bywa pułapka - ale o jakieś wyczucie kierunku. chociażby: czy szukam spokoju, czy jakiegoś uwolnienia, czy po prostu chcę czuć że zrobiłam coś dla siebie.
Pamiętam że jak robiłam cokolwiek w bardzo trudnym momencie, to właśnie to wyczucie kierunku było tym co odróżniało "coś się wydarzyło" od "nic nie czuję". Nawet jeśli powiedziałam sobie tylko tyle, że chcę po tej kąpieli móc odetchnąć bez płaczu, to był jakiś punkt. I potem widziałam czy do niego dotarłam czy nie.
To jest jeden z najbardziej uczciwie opisanych powodów do rytuału jakie słyszałem i ma sens. Działanie w zamrożeniu jest samo w sobie zmianą stanu, nie trzeba mu dokładać wielkich oczekiwań. Ale mam pytanie praktyczne - masz już wybbrany moment, czas dnia? Bo przy kąpieli intencyjnej pora ma znaczenie, nie metafizyczne, ale czysto praktyczne, żeby nikt nie zakłócał.
To brzmi dobrze. Wieczór w samotności to naturalny czas na coś tego rodzaju. Mam pytanie trochę z boku - czy masz jakiś element który chciałabyś zachować po tej kąpieli? Coś materialnego. Niektórzy zostawiają świecę do kolejnego razu, albo wyjmują zioła i suszą je ponownie jako rodzaj śladu. To nie jest konieczne ale czasem pomaga mieć coś co mówi "to się wydarzyło".
ehh, ja bym powiedziała że właśnie dla takiej osoby to może mieć więcej wagi niż dla kogoś kto robi to rutynowo. Bo kiedy robisz coś po raz pierwszy i jesteś w tym całkowicie, to każdy element jest prawdziwy. Rutyna trochę to wypłukuje. Chociaż to nie jest tak że rutyna jest zła, po prostu działa inaczej.
Przyglądam się tej rozmowie od dłuższego czasu i chcę zapytać coś może naiwnego - czy ten rodzaj kąpieli, o której mówicie, różni się jakoś od zwykłej kąpieli relaksacyjnej z solą i ziołami? Bo słucham i zastanawiam się co tu jest tym elementem który sprawia że to jest rytuał, a nie po prostu kąpiel.
Ale wtedy znowu wracamy do pytania o intencję - czy wystarczy że mam ją gdzieś w głowie, czy trzeba ją jakoś wypowiedzieć? Bo znam osoby które twierdzą że myśl w zupełności wystarcza i znam takie które mówią że intencja musi być wypowiedziana głośno żeby działała. I nie wiem kto ma rację.
Chyba wypowiem to głośno. Sama ze sobą. Trochę się tego boję bo nie wiem co powiem, ale może właśnie o to chodzi. Dziękuję wam za ten wątek naprawdę. Dał mi więcej niż szukałam.
Zgadzam się z Zaklinaczem, ale trochę inaczej to rozumiem. Jak nic nie czujesz po rytualne, to też nie znaczy że nic się nie wydarzyło. Niektóre rzeczy dzieją się wolno, nie od razu, nie w trakcie, ale po dniach. Sama miałam tak że coś robiłam i wydawało mi się że to nie działa, a po jakimś tygodniu coś się przesunęło.
Jest takie pojęcie w psychologii rytualnej, nie pamiętam dokładnie kto to opracował, ale chodzi o to że rytuał w stanie liminalnym, czyli na granicy, w przejściu, ma inną strukturę niż rytuał w stanie stabilnym. W stanie kryzysu jesteś w tym liminalnym miejscu naturalnie, więc to co robisz tam ma inne znaczenie. Nie lepsze ani gorsze, po prostu inne.
Czytam to i myślę o Pigwowej. Ona jest teraz dokładnie w tym miejscu o którym mówi Damianek. Między jednym a czymś co jeszcze nie wiadomo czym będzie. Jeśli tak spojrzeć to ten moment to nie jest przeszkoda do robienia rytuałów, to jest właśnie czas dla nich.
Czytam was i to jest dla mnie dużo. Ta myśl że jestem gdzieś pomiędzy, że stary sposób patrzenia się rozpadł, to jest chyba dokładnie to. Nie myślałam o tym tak. myślałam że to jest złe, że jestem poniżej poziomu na którym powinnam być. hmm, a może po prostu jestem w przejściu.
Pigwowa, to co teraz powiedziałaś jest ważniejsze niż cały rytuał który zaplanowałaś. To zdanie o byciu w przejściu, a nie poniżej poziomu, to jest właśnie ta zmiana kąta widzenia o której mówiła Helenka57. I to się już wydarzyło, tutaj, w tej rozmowie.
Właśnie. I tu dodam tylko jedno, bo nie chcę żeby to brzmiało jak zamknięcie tematu. To co czujesz teraz rozmawiając z ludźmi to jest jedna warstwa. Kąpiel wieczorem to będzie coś innego, sam na sam ze sobą, w ciszy. I jedno nie zastępuje drugiego. to są różne rzeczy.
Mam pytanie do Pigwowej, bo coś mnie nurtuje od dłuższego czasu w tej rozmowie. Powiedziałaś że boisz się co powiesz jak zaczniesz mówić głośno. Czy to jest bardziej lęk przed tym co usłyszysz od siebie, czy przed tym że poczujesz za dużo?
Dorzucę coś od siebie bo ta rozmowa o formie mi coś przypomniała. w antropologii rytuału jest taki podział na rtuały performatywne i rytuały transformatywne. Pierwsze powtarzają drugie zmieniają. I ciekawa rzecz, w stanach granicznych, czyli właśnie takich jak teraz Pigwowejj, performatywny rytuał może działać transformatywnie. To znaczy samo powtórzenie jakiejś prostej czynności, gest, słowo, ogień, woda, może wyzwolić coś czego normalny rytuał transformatywny by nie ruszył. Jakby kryzys sam w sobie otwierał inne drzwi.
To co mówi Damianek zgadza się z czymś co sam obserwowałem. W bardzo trudnych momentach robiłem najprostsze rzeczy, zapalałem coś, siedziałem przy tym, gasłem razem z ogniem niejako. I to nie było żadne skomplikowane działanie, ale właśnie ta prostota sprawiała że mogłem w ogóle być przy sobie. Złożone rytuały wymagają obecności umysłu. A kiedy umysł jest rozbity, potrzebujesz czegoś co da mu jeden punkt.
Zastanawiam się czy to nie jest trochę tak jak z oddychaniem. Jak ktoś ma atak paniki, to nie mówisz mu medytuj, mówisz mu: weź jeden oddech. Jeden. I tyle na teraz. Może rytuał w kryzysie to jest właśnie ten jeden oddech, nie całe ćwiczenie oddechowe.
Czytam was i coś mi się zaczyna układać. Przez całą rozmowę bałam się że jestem w złym stanie na rytuał. A wy mówicie coś odwrotnego, że ten stan to nie jest przeszkoda, tylko inna wersja gotowości. Nie lepsza, nie łatwiejsza, po prostu inna. Nadal nie wiem czy dziś wieczór cokolwiek zrobię, ale przestałam się czuć jakbym musiała najpierw "naprawić się" żeby w ogóle zacząć.
Zgadzam się z Chryzoberyl73, ale dodam jedno. pigwowa, jak już cokolwiek dziś zaczniesz, to nie oceniaj tego w trakcie. Rytuał oceniasz po. Albo w ogóle nie oceniasz, tylko obserwujesz. Ocena w trakcie zabija przestrzeń którą właśnie budujesz.
