Wchodzę tu z boku bo czytam i mam pytanie do Kupali - mówisz że rekwizyty to wsparcie dla skupienia ale są tradycje gdzie konkretny przedmiot jest nośnikiem czegoś, nie tylko pomocą dla umysłu. Tam jego obecność jest strukturalnie ważna. Jak to rozróżnić - kiedy przedmiot jest tylko pomocą, a kiedy czymś więcej?
Ale tu jest coś ciekawego - to rozróżnienie między przedmiotem jako pomocą dla głowy a przedmiotem jako nośnikiem może być samo w sobie zależne od podejścia. Ktoś kto wierzy że przedmiot coś trzyma, będzie czuł różnicę gdy go nie ma. Ktoś kto traktuje go jako kotwicę dla uwagi - nie. Więc to trochę pytanie co ktoś przyjął za prawdę.
I to jest właśnie miejsce gdzie każda rozmowa o rytuałach staje się kwestią wiary a nie techniki. Co mnie trochę sprowadza z powrotem do początku tego wątku - Ewelinia była wyśmiana właśnie dlatego że tamta osoba operuje innym zestawem założeń co jest możliwe. Nie ma tu jednego obiektywnego gruntu.
Właśnie. I chyba to co tutaj dostałam, co mnie trochę zaskoczyło, to nie było potwierdzenie że mam rację a tamta się myli. Tylko jakby... poukładanie tego w głowie. Że to moje jest moje i to wystarczy. Nie muszę jej przekonywać, nie muszę się bronić. I nawet nie muszę wiedzieć czy ona miała "rację" w jakimś obiektywnym sensie.
Czytam ten wątek od początku i rzadko piszę, ale to co teraz Ewelinia napisała jest dla mnie ważne. Że nie chodzi o wygranie sporu tylko o to żeby w sobie to mieć poukładane. Miałam podobną sytuację, nie z rytuałem, ale z czymś osobistym w co wierzę, i przez długi czas szukałam argumentów zamiast po prostu zostawić to dla siebie. Dopiero kiedy przestałam, poczułam spokój.
Ale jak to się ma do sytuacji gdzie ktoś bliski regularnie wyśmiewa albo podważa? Bo tu mówimy o jednorazowym incydencie. Co jeśli to jest wzorzec - partner, rodzic, ktoś z kim się mieszka i nie da się po prostu "zostawić dla siebie" bo ta osoba ciągle to podnosi?
Mnie na szczęście nie dotyczy ta cięższa wersja, bo to był jednorazowy moment z osobą która nie jest mi aż tak bliska. Ale mam świadomość że gdyby to był ktoś ważniejszy, ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej. I nie wiem jak bym sobie z tym radziła. Więc rozumiem to pytanie Jasminkii.
To co Ewelinia napisała o tej osobie, że nie jest jej aż tak bliska, to chyba jest kluczowe. Bo inaczej się przyjmuje śmiech od kogoś przypadkowego, a inaczej od kogoś z kim się dzieli życie na co dzień. I nie mówię że jedno boli mniej, tylko że mechanizm jest inny.
To nie jest albo-albo. Granica wynika z obu tych rzeczy jednocześnie - i z relacji, i z własnego poczucia co jest prywatne. Nie każde działanie rytualne jest tak samo osobiste. Są rzeczy które mogę pokazać obcej osobie bez mrugnięcia okiem i są takie których nie pokazałabym nawet bliskim.
To ostatnie jest ciekawe. Chodzi ci o to że wyjaśnianie samo w sobie coś zabiera, czy że się nie opłaca energetycznie?
Znam to. Jest takie poczucie że tłumacząc coś od podstaw trochę spłaszczasz to we własnej głowie :/ Jakbyś musiała cofnąć się do początku i stamtąd to opisywać, a przez to przez chwilę patrzysz na to cudzymi oczami. I nie zawsze chcesz tego doświadczenia.
To jest... właściwie tak. Nie pomyślałam o tym w ten sposób, ale coś w tym jest. Przez chwilę zobaczyłam siebie jakby z boku i poczułam się dziwnie. ale potem to minęło i wróciłam do swojego widoku, że tak powiem. Może to było potrzebne, nie wiem.
To co teraz piszesz brzmi zupełnie inaczej niż na początku wątku. Na początku brzmiało jakbyś szukała potwierdzenia że masz prawo do tego co robisz. Teraz jakbyś już to miała i po prostu to omawiasz. Nie wiem czy to forum, czy po prostu czas ale słychać różnicę.
