Ale to zakłada że Ewelinia będzie miała okazję do takich kolejnych doświadczeń i że nie zamknie się zanim to nastąpi 😉 A właśnie o to pytała - jak nie zamknąć się po tym jednym zdarzeniu. Trochę kręcimy się w kółko.
To akurat rozumiem i masz rację. Boję się że teraz podjęłabym taką decyzję odruchowo i potem bym tego żałowała. Może właśnie dlatego to tu napisałam - żeby nie siedzieć z tym sama i żeby ktoś powiedział że to mija 🙂
Mija. Ale nie samo z siebie i nie przez czekanie. Przez to że wracasz do praktyki i robisz swoje bez patrzenia się czy ktoś patrzy. To jest niby oczywiste ale w praktyce wymaga pewnego... nie wiem jak to nazwać. Takiego świadomego wybrania siebie zamiast czekania na pozwolenie od kogoś z zewnątrz.
Nie zgadzam się że to musi być wymuszone. Jest coś co w terapii traumy nazywa się renegocjacją - wracasz do przestrzeni która została naruszona i rboisz w niej coś małego, bezpiecznego, żeby mózg przestał kodować to miejsce jako zagrożenie. To nie jest udawanie że nic się nie stało. To dosłownie przepisywanie skojarzeń.
To jest dla mine nowe spojrzenie na to 🙂 Myślałam o tym głównie jako o problemie z tą jedną osobą, a nie o tym co dzieje się we mnie podczas praktyki. ale masz rację że teraz jak to sobie wyobrażam to widzę jej twarz i słyszę ten śmieh. Tego wcześniej nie było.
I właśnie to jest ten moment kiedy warto działać, bo jeszcze to skojarzenie jest świeże i plastyczne. Za kilka tygodni może być trudniejsze do przepracowania. Nie móówię żebyś jutro zrobiła coś wielkiego, ale nawet mały gest - zapalenie świecy, chwila ciszy przy ołtarzyku jeśli masz - może dużo zrobić.
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się czy nie robimy z tego większego problemu niż jest. Ewelinia - ile razy robiłaś ten rytuał zanim tamta osoba to zobaczyła? Bo jeśli to była ugruntowana praktyka to chyba ciało i tak pamięta więcej tych poprzednich razy niż ten jeden nieprzyjemny moment.
Jakieś kilka miesięcy regularnie. Więc masz rację że to nie jest tak że ona pierwszy raz to widziała i to był cały mój kontakt z tym. ale jakoś ten jeden raz bardzo głośno siedzi w głowie.
Jest jedno pytanie które mnie tu nurtuje. Ewelinia - czy ta osoba jest w twoim życiu stale, czy to był jednorazowy kontakt? Bo od tego zależy czy chodzi głównie o przepracowanie wspomnienia, czy o coś trudniejszego - czyli o to jak funkcjonować z kimś w pobliżu kto tak zareagował.
to zmienia obraz sytuacji. Wtedy to nie jest tylko sprawa powrotu do praktyki, ale też jakiegoś ułożenia sobie relacji z tą osobą w głowie. Nie mówię o rozmowie z nią - raczej o tym żebyś wiedziała co jej dasz dostęp, a co zostaje twoje i niewidoczne. Czy masz w ogóle poczucie gdzie są te granice?
To jest chyba centralny punkt całej tej rozmowy. Granica między tym co możesz pokazać a tym co zostaje twoje nie jest raz na zawsze ustalona - można ją przesuwać i świadomie decydować. I ta decyzja nie musi być reakcją na to co się stało. Może być po prostu twoją decyzją.
Mam wrażenie że Ewelinia potrzebuje teraz czegoś bardziej konkretnego niż kolejne warstwy analizy 😀 Może warto żebyś napisała co konkretnie robiłaś kiedy tamta osoba to zobaczyła - bo to może wpłynąć na to o czym mówimy. o matko inne jest kiedy ktoś wchodzi podczas czegoś bardzo osobistego, a inne kiedy to jest coś co mogłaś po prostu mieć na stole.
No to teraz mam pełniejszy obraz. Świece, karty, kamienie - to nie jest nic co wygląda "normalnie" dla kogoś kto pierwszy raz na to wpada bez kontekstu. Ale właśnie - ona weszła i od razu śmiech, nie zapytała co robisz, nie dała ci szansy powiedzieć cokolwiek. To jest chyba boleśniejsze niż sam fakt że to zobaczyła.
Właśnie to mnie uderza w tej historii. Nie że ktoś się nie zgadza, nie że pyta z dystansem - tylko że pierwszą reakcją był śmiech. To jest jakiś odruch, nie przemyślana odpowiedź. I zastanawiam się czy ta osoba w ogóle zdaje sobie sprawę że zrobiła coś niekomfortowego, czy to dla niej był zwykły żart i tyle.
To jest ta nierównowaga która sprawia że takie sytuacje tak długo siedzą. Dla niej zero, dla ciebie wszystko. i nie chodzi nawet o złą wolę z jej strony - po prostu nie ma dostępu do tego co to dla ciebie znaczy. Nie wie że dotknęła czegoś ważnego bo nie wie że to jest ważne.
Jest jeszcze jedna rzecz którą chcę tu powiedzieć. Śmiech jako reakcja na coś nieznanego to bardzo stary mechanizm obronny - dosłownie. Antropologicznie rzecz biorąc, grupy społeczne od zawsze używały śmiechu żeby markować granice między tym co swoje a tym co obce. To nie jest nowoczesny sceptycyzm, to jest coś głębszego i bardziej pierwotnego. Nie znaczy to że zachowanie było okej, ale to znaczy że ta osoba może nie mieć nad tym dużej kontroli.
Mnie zastanawia co Ewelinia teraz chce zrobić z tą sytuacją. Bo z tego co czytam, to wątek szedł w stronę powrotu do praktyki i tego jak to zrobić - ale czy jest też jakieś pytanie co zrobić z tą relacją? Bo to brzmi jak coś co nie jest do końca zamknięte.
Szczerze to chyba obie rzeczy naraz. oj, z relacją - nie ma co rozmawiać, to by tylko zrobiło dziwną atmosferę i pewnie skończyłoby się na tym że ona by się tłumaczyła albo pytała o szczegóły których nie chcę teraz dawać. Wolę to po prostu zatrzymać dla siebie. Ale to z praktyką jest trudniejsze bo jak piszecie, rzeczywiście teraz to jedno z drugim mi się miesza.
To co mówisz o "zatrzymaniu dla siebie" jest ważne i myślę że dobrze to czujesz. Decyzja żeby nie rozmawiać z tą osobą o tym co się stało - to też jest rodzaj granicy. Nie każda granica musi być wypowiedziana na głos żeby istniała.
I tu jest coś czego chyba nie powiedzieliśmy wprost przez całą tę rozmowę - prywatność rytuału to nie jest tylko sprawa tego co bezpieczne emocjonalnie, to jest kwestia samej struktury praktyki. Wiele tradycji celowo wprowadzało zasadę milczenia o tym co się robi i kiedy, nie dlatego że praktykujący coś ukrywali, tylko dlatego że zewnętrzne spojrzenie zmienia energię intencji. To ma konkretne uzasadnienie, nie tylko emocjonalne.
Ale wtedy pojawia się pytanie o coś praktycznego - jak się chroni tę przestrzeń kiedy mieszka się z kimś, komu nie mówi się o tym co się robi? Zamknięte drzwi, konkretna pora, coś innego 🙂
To prawda, ale jest różnica między "teraz medutuję, nie przeszkadzaj" a "teraz robię coś z kartami i kamieniami" w oczach kogoś sceptycznego. Ta sama prrośba o przestrzeń może być odczytana inaczej zależnie od kontekstu. Eweliniunia nie musiała tego przewidywać, ale to też jest coś do przemyślenia na przyszłość jeśli ta osoba jest stale w pobliżu.
I to jest chyba najlepsza rzecz jaka z tego wyszła, że Ewelinia sama to widzi, bez poczucia że msui to ukrywać bo jest się z czego wstydzić. Jest różnica między "chowam to bo się boję reakcji" a "strzegę tego bo to moje". Pierwsze jest reaktywne, drugie jest świadome.
To co Ewelinia powiedziała o tym że strzeże, a nie ukrywa - to jest chyba clou całego tematu. o matko, bo przez większość tej rozmowy kręciłam się wokół pytania czy w ogóle warto komuś mówić, a teraz widzę że to było złe pytanie. Lepsze brzmi: co ty z tym chcesz robić. i to jest tylko twoja odpowiedź.
Jeszcze bym dodała - i to trochę nawiązuje do tego co mówiłam wcześniej o granicy między swoim a obcym - że decyzja żeby rytuał był cichy i skromny, bo warunki tego wymagają, to też jest rodzaj intencji. Dostosowanie formy do okoliczności bez porzucania sedna. Znam osoby które przez lata praktykowały wyłącznie mentalnie, bo żyły w trudnych warunkach. I to działało.
Słyszę was i to ma sens. moje warunki są okej, mam swój pokój, więc to nie problem. mnie bardziej chodziło o ten automatyzm - że wcześniej nie myślałam o tym kiedy i gdzie po prostu robiłam kiedy chciałam. i to była moja niefrasobliwość. Ale do Centy pytania - jak ty to rozwiązujesz jeśli ta sytuacja cię dotyczy?
Trochę mnie dotyczy, tak. Dzielę pokój z siostrą która o niczym nie wie. Głównie korzystam z późnych godzin albo kiedy jej nie ma. Część rzeczy robię kompletnie na zewnątrz, bez żadnych fizycznych rekwizytów, po prostu skupienie i intencja. Nie wiem czy to "ortodoksyjne" ale dla mnie działa tak samo.
