Nie wiem jak zacząć, ale napiszę wprost. Zaczęłam robić jeden prosty rytuał oczyszczający, coś z solą i świecą, żeby trochę poukładać sobie głowę po ciężkim okresie. I z jednego rytuału zrobiły się trzy, potem pięć, teraz mam dosłownie rozpisany harmonogram na cały tydzień i jeśli coś mi wypadnie albo zrobię nie tak, to mam poczucie, że cały dzień jest do niczego. Chodzę do pracy i myślę o tym, czy zapamiętałam żeby zgasić świecę w odpowiednim momencie. To miało mi pomagać, a teraz to mnie kontroluje. Ktoś przez to przechodził?
To nie jest rzadki problem, tylko mało kto o tym mówi głośno. Rytuał jako forma ma naturalną tendencję do rozrastania się, szczególnie jeśli zaczyna dawać jakiekolwiek poczucie sprawczości czy ulgi. Pytanie do ciebie, które jest dla mnie ważniejsze niż same rytuały: czego się boisz, że się stanie, jeśli jeden dzień po prostu pominiesz?
no i że cos złego się przydarzy. Albo że to, na co pracowałam, się rozpadnie. Wiem, że to brzmi absurdalnie jak to piszę, ale tak to czuję w środku.
Moja babcia mówiła, że modlitwa jest zdrowa, ale zamawianie co do słowa, bo inaczej się nie uda, to już jest przestrach a nie wiara. Myślę, że to mądra obserwacja niezależnie od tradycji. Jak rytuał zaczyna być magicznym zabezpieczeniem przed czymś złym, a nie wyrazem czegoś głębszego, to się zamienia w coś zupełnie innego.
hmm, w pracy z runami często słyszę, że ktoś nie może zacząć dnia bez rzutu. To już nie jest wróżba, to jest uzależnienie od odpowiedzi. Przy runach jest taki niepisany punkt, że jeśli boisz się dnia bez nich, to właśnie wtedy najbardziej nie powinieneś ich ciągnąć. Nie dlatego, że coś się stanie, tylko dlatego, że to ćwiczenie dla ciebie, żebyś zobaczył, że dzień i tak mija i nic się nie wali. ^^
ja miałam tak z afirmacjami i to też jest forma rytuału. codziennie rano 20 minut, musiałam powiedzieć każdą po trzy razy i w odpowiedniej kolejności bo inaczej coś mi nie grało. i jeśli mi się pomieszała kolejność to zaczynałam od nowa. i to trwało czasem godzinę. mąż się pytał, co tak długo w łazience:) w końcu ktoś mi powiedział żebym spróbowała jeden dzień bez tego. bałam się totalnie ale spróbowałam i nic się nie stało. ale to był dla mnie naprawdę duży krok
szczerze to nie zdecydowałam sama, miałam taki moment że byłam tak zmęczona tym wszystkim że po prostu nie wstałam i nie poszłam. i siedziałam i czekałam na coś złego przez cały ranek. i nic. i potem drugi raz też nic. ale wiem że to był przypadek i nie każdy tak trafi na ten moment
I tu jest sedno. Rytuał dał ci poczucie sprawczości w sytuacji, gdzie wszystko inne wymykało się spod kontroli. To jest jedna z głębszych funkcji rytuału w każdej tradycji, od szamańskiej po liturgiczną. Problem zaczyna sie wtedy, gdy poczucie sprawczości staje się ważniejsze niż sam cel rytuału. I wtedy właśnie rozrasta się, bo nie chodzi już o oczyszczenie czy intencję, tylko o to żeby znowu poczuć że coś trzymam w rękach.
to pytanie mnie uderzyło bo ja też przez długi czas nie wiedziałam gdzie jest "dość". i właściwie to nie ja to zatrzymałam, to zmęczenie mnie zatrzymało. nie wiem czy to dobra metoda bo to trochę jak czekanie aż cię to samo obali 🙂
Właśnie, bo to co opisujesz to nie jest kwestia wiedzy, tylko mechanizmu. Możesz wiedzieć że "wystarczy" i nadal nie być w stanie się zatrzymać, bo lęk wyprzedza rozum. to dlatego pytałem wczesniej o kontekst życiowy, bo jeśli ten lęk ma realne źródło, które nadal istnieje, to żadne ograniczenie rytualu samo w sobie nie wystarczy. Rytuał jest wtedy tylko warstwą na coś głębszego.
Chcę wrócić do tej kwestii "prostej formy" bo ona nie jest tak prosta jak brzmi. W runach jest coś co się nazywa staví, co można przetłumaczyć jako zatrzymanie, i to jest świadoma decyzja przed rzutem, nie po. Chodzi o to, żeby zanim zaczniesz, określić co jest wystarczające. Nie po fakcie. Ale to wymaga treningu, bo domyślnie mózg ocenia "czy wystarczyło" dopiero po, kiedy lęk już jest aktywny.
no ale ale to jest bardzo trudne do oceny samemu, prawda? bo jak jesteś w środku tego, to skąd wiesz czy wychodzisz z większą gotowością czy tylko z chwilową ulgą, która zaraz minie?
Czytam to i myślę, że u mnie zdecydowanie była ulga. Takie poczucie że chwilowo coś odeszło. I wracało dokładnie kiedy ta ulga mijała, czasem po kilku godzinach.
Odfajkowuję. Zdecydowanie. Czasem nawet nie pamiętam niektórych kroków, robię je automatycznie i sprawdzam czy zrobiłam wszystko. To jest chyba odpowiedź na kilka wcześniejszych wątków naraz, bo właśnie, nie ma żadnej uważności. Jest lista do odhaczenia. 🙂
a wiesz to jest bardzo ważna obserwacja i myślę że tu leży sedno. Kiedy rytuał staje się listą do odhaczenia, to przestaje być rytualem w jakimkolwiek sensie, staje się kompulsją. W OCD mówi się o tym jako o neutralizowaniu, czyli działaniu które ma zredukować lęk, a nie osiągnąć cel. I charakterystyczne jest właśnie to co opisujesz, sprawdzanie czy się zrobiło, automatyzm, brak obecności.
Póki co tyle ode mnie, muszę to jeszcze przetrawić. Może ktoś sie jeszcze podzieli swoim doświadczeniem, chętnie później poczytam.
